niedziela, 20 września 2015

Uninhabited rozdział 1

-Mam dla ciebie niespodziankę, kochana.-odezwała się moja przyjaciółka wchodząc do mojego mieszkania.
-Aż się boję.-przyznałam krojąc sałatę w kuchni. Zielonooka wkroczyła do pomieszczenia i usiadła na stołku naprzeciwko mnie. 
-Posłuchaj, płyniemy w rejs za dwa tygodnie! Trzeba jakoś uczcić wakacje!-uradowana oznajmiła. 
-Że co?-Skrzywiłam się.
-Tak, właśnie. Rozumiesz? Płyniemy w rejs.-Powtórzyła jeszcze radośniej. 
-Przecież ty się boisz wody.-parsknęłam. 
-Co ma piernik do wiatraka?-prychnęła. Tak. Moja przyjaciółka Taylor była bardzo ładna, naprawdę. Czasami nawet zazdrościłam jej tej idealnej figury i pięknej buzi. Tyle tylko, że inteligencją nie grzeszyła. Co było absolutnie smutną rzeczą. 
-To, że statek zwykle pływa po wodzie.-odparłam. Starałam się jej nie wyśmiać, ale marnie wychodziło mi ukrywanie rozbawienia. 
-Wiem.-Przewróciła oczami.-Chodzi mi o to, że nie potrzebuję do tego pływać. A nie boję się samej wody, a bycia w niej.-wyjaśniła. 
-Yhym.-mruknęłam chichocząc. Przygotowywałam kolację, a ta opowiadała mi o tej całej wycieczce.
-...Mówię ci będzie super.-Podsumowała swoje wywody. 
-Jeżeli się zgodzę.-Postanowiłam ją podpuścić. Nie dość, że nie za mądra, to jeszcze łatwowierna istotka. Ale trzeba jej przyznać, że bardzo zabawna, hojna, miła, życzliwa i towarzyska, co wychodziło na plus. Podbiegła do mnie.
-No co ty? Nie możesz mi tego zrobić.-Złapała mnie za ramiona.-Musisz pojechać.-Widziałam w jej zielono żółtych oczach zmartwienie i przejęcie.
-No przecież cię wkręcam, jadę jadę.-Przytuliłam niższą od siebie, jakieś piętnaście centymetrów, niewiastę. 
-Juls!-Uderzyła mnie w ramię.
-No przepraszam.-zaśmiałam się.
    Na prawie miesiąc miałyśmy opuścić LA. Cieszyłam się. Może to i miasto wiecznych wakacji, ale chciałam odpocząć od miejsca, jakie zamieszkiwałam od dziecka. Kochałam to miasto, lecz każdy potrzebuje oderwać się czasami od monotonii.
   Przez dwa tygodnie załatwiałyśmy formalności, chodziłyśmy na zakupy, planowałyśmy wszystko i bez przerwy nawijałyśmy o wyjeździe. Obie zwarte, spakowane i gotowe trafiłyśmy do portu. Statek był ogromny i luksusowy. Z zewnątrz, jak i z wewnątrz wyglądał przepięknie. Kiedy tylko odbiliśmy od portu, wraz z Tay wzniosłyśmy toast za ten wyjazd.
-Julia, spójrz.-Opierając się o barierkę odezwała się Taylor. Naprowadziła mnie ruchem głowy na dwóch niesamowicie przystojnych chłopaków.-Ale ciacha.-Przygryzła dolną wargę.
-To miał być babski wypad.-Skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej.
-Kto powiedział, że nie można się troszkę zabawić? Po za tym, nie powiesz, że nie masz apetytu na takiego przystojniaka.-Uległam jej. Oh, miała ten dar przekonywania. Przyjrzałam się obiektom naszych westchnień uważniej. Obaj wysocy. Blondyn, niebieskie oczy oraz chłopak z burzą brązowych loków na głowie, o zielonych oczętach. Przyznam, że obaj mnie kręcili, lecz bardziej spodobało mi się moje przeciwieństwo, czyli brunet. Dlaczego przeciwieństwo?Gdyż, mam długie, proste, jaśniutkie blond włosy, błękitne ślepia.-Blondas mój.-Zaklepała. Byłam szczęśliwa.
-Spoko, ten drugi i tak podoba mi się bardziej.-zachichotałam. Po chwili zdałam sobie sprawę, że nasza czwórka wygląda jak rodzeństwo. Ja i ten blondas, a kolejna para-Tay i wybrany przeze mnie mężczyzna.
-To my pierwsze, czy czekamy na ich ruch?-Oblizała wargi.
-Taylor, wiesz, że ja tak nie umiem.-Zaczerwieniłam się.
-Przestań, w końcu musisz się nauczyć.-Klepnęła mnie w ramię. No tak. Nie należałam do nieśmiałych osób, lecz jakoś tak nie umiałam jako pierwsza rozpocząć rozmowy, a co dopiero flirtu.
-Czekamy na nich.-Przez zaciśnięte zęby wycedziłam. Przewróciła teatralnie oczami.
-No dobra, ale się naczekamy.-Odwróciła się do obiektów naszych westchnień tyłem wieszając się na barierce. Akurat zachodziło słońce.
-Może nie koniecznie.-Szturchnęłam ją ukradkiem, a ta powróciła do swojej wcześniejszej pozycji. Otworzyła szerzej oczy, kiedy zobaczyła, że ta dwójka się na nas gapi.-Nie zapowiada się tak źle, co?-Zaśmiałam się...




Hej! Zaskoczeni? Tak! Zaczynamy nowe opowiadanie :D Chciałam was powiadomić, iż do "Blind Love" wrócę dużo później. Dlaczego? Hmm...Co nie zabiorę się do rozdziału, to płaczę, iż wiele moich wspomnień się z nim wiąże :'( Dlatego nie wiem kiedy zacznę pisać tak regularnie "Blind Love". Ale na pewno nie odpuszczę ;) Tu w zamian będzie pojawiało się coś takiego ;) Obiecuję, że będzie to inne ff i o niebanalnym wątku :D
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

Imagify

*Harry widzi jak tańczysz na imprezie.





*Grasz ze swoimi przyjaciółkami i One Direction w zbijaka. Harry to twój chłopak.
Niall: No dawać, dawać, dziewczynki!

















Harry: Pff...Wygramy, spokojnie. Laski są słabe.*Śmieje się szyderczo*
Ty:
















Liam: Auć! *Śmiech*
Ty: Payne! Ciebie też widzę!
Liam: *Pod nosem nerwowo* Cholera, cholera, cholera...Co robić? Co robić?




*Jesteś przyjaciółką chłopaków. Bardzo podobasz się Harry'emu, on nie wie jak Ci to powiedzieć, więc chłopcy postanawiają go wyręczyć.
Chłopcy:





*Niall próbuje poderwać Cię w klubie, ale mu nie wychodzi.
Niall: To jak mała?
Ty: Coś małego to ty raczej w spodniach trzymasz.
Harry:



















*Mieszkasz ze swoim narzeczonym Louis'em. Właśnie wraca do domu i słyszy z kuchni.
Ty: Tomlinson! Do cholery!
Lou: *W myślach* Wyjść czy ryzykować życie? Wyjść czy...Nie no nie mogę wyjść.




*Przyjaźnisz się z Harold'em, ale on coś do Ciebie czuje. Jednak ty jesteś z Horan'em
Ty: Hazz, chciałam Ci powiedzieć, że pobieramy się z Niall'em! Jestem w ciąży.
Harry: Emm..Gratuluję, kochani.





















Ty: Niall! Co to do jasnej Anielki jest?!
Niall: Yyy...

















Ty: Wow! Ale tu pięknie! Lou, masz coś wspólnego z tym wszystkim?
Louis: Może...

















Ty: Dawaj Herreh! Pokaż co umiesz! My Anaconda don't, my anaconda don't...
Harry:




















Ty: Nie, no. Hazz inaczej!
Harry: O tak?

Ty: Nie!
Harry: To może tak?





Ty: Zayn jesteś taki seksowny! *Sarkazm*
Zayn: Wiem, maleńka.
















*Jesteś na spacerze ze swoim chłopakiem. On cały czas chodzi zamyślony. Mówisz do niego, ale on nie słucha. W końcu postanawiasz to przerwać.
Ty: Harry...Jestem w ciąży.
Harry:

















*Trenujesz grę w cztery ognie od małego. Jesteś wielką fanką tego sportu. Podobasz się Louis'owi, a on chce cię poderwać.
Ty: Lubisz dodgeball?
Louis:






Ty: Niall?
Niall: Tak kochanie?
Ty: Możesz mi wyjaśnić co się właśnie dzieje?
Niall:







Hej! Taki krótki post :) Mam nadzieje, że się spodoba :3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*



Little Sweet Angel 65

 Ogólnie wszystko zaczęło się układać. Najwięcej czasu w sali Michi spędzała mała Emily. Nikt tak naprawdę nie znał tematu ich kilkugodzinnych rozmów, ale zarówno Emi, jak i Chelly były w wyjątkowo dobrych humorach po tych konwersacjach. Malutka Ems rosła w oczach i dojrzewała. Mimo, iż nadal była dziewczyną i córunią tatusia w różowej spódniczce, to się zmieniła na bardziej dorosłą. Nikt nie umiał wyjaśnić jak pięciolatka jest w stanie zrozumieć tak poważne wydarzenia, jakie miały miejsce. 
Nadszedł ten długo oczekiwany dzień, bałem się go, ale z drugiej strony nie mogłem wymarzyć sobie piękniejszego...
***
Michell miała wyjść ze szpitala. Wszystko było dokładnie zaplanowane. Niestety niefartem media dowiedziały się o tym. Cała chmara fotoreporterów zebrała się przed budynkiem. Przedarłem się przez ścianę paparazzi. Usłyszałem mnóstwo tyle samych pytań. Nie miałem zamiaru odpowiedzieć na choćby jedno. Kiedy znalazłem się przy recepcji podeszła do mnie mała blondyneczka o brązowych jak czekolada oczętach. Miała może z dziesięć lat. 
-Przepraszam pana bardzo, ale chciałam coś panu powiedzieć.-odezwała się zadzierając głowę wysoko. Uklęknąłem, aby jej to ułatwić. Ściskała swojego pluszowego misia do klatki piersiowej.
-Tak? Słucham cię.-Uśmiechnąłem się. Nie traciliśmy kontaktu wzrokowego, co było dla mnie zadziwiające. Zwykle dzieci nie są na tyle śmiałe. 
-Wierzę, że to nie pana wina. Ja jestem po pana stronie i nie chcę, żeby się pan smucił. Niech pan się częściej uśmiecha, ma pan wspaniały uśmiech. Wiem, że jest pan dobrym człowiekiem.-Uniosła kąciki swych ust. Nie wierzyłem w to co właśnie usłyszałem. Oczywiście, ludzie dzielili się na dwie grupy: nienawidzących mnie oraz twierdzących, iż jestem niewinny całemu zajściu z trafieniem Michi do szpitala. Jednakże, nigdy ktoś obcy i to w tym wieku nie wyrecytował mi tego prosto w twarz. Serce zabiło mi mocniej. Zamilkłem na dłuższą chwilę.-Do widzenia, powodzenia.-zachichotała. Przytuliła się do mnie. Wręczyła mi misia i odbiegła w nieznanym mi kierunku. Nie mogłem się otrząsnąć. Byłem w pozytywnym szoku. Słowa nieznajomej dziewczynki podniosły mnie na duchu.
-Harry! Wszystko okej?-Ujrzałem Elkę stojącą nieopodal. Wstałem jak na zawołanie.
-Emm...Tak, tak. Już idę.-Ruszyłem za nią. Starałem się na moment wyrzucić wydarzenie sprzed minuty z pamięci. Kilka pięter wzwyż, parę korytarzy i miniętych sal i trafiliśmy do właściwej. Michell siedziała ubrana w przewiewną sukienkę na boku łóżka, rozmawiając z przyjaciółmi zebranymi w wianuszku dookoła. Włosy miała rozpuszczone, chyba pierwszy raz od trafienia do szpitala. Na twarzy miała wymalowaną radość. Nie dziwiłem się jej, czekała na to bardzo długo. Odłożyłem pluszaka na szafkę. Zbliżyłem się do dziewczyny i musnąłem jej usta delikatnie, lecz namiętnie.
-Hej, skarbie.-Podałem jej bukiet kwiatów, który kupiłem wcześniej. 
-Cześć. Dziękuję, są piękne.-Rozpromieniła się jeszcze bardziej. Zmieniła się, zdecydowanie. Nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Stała cierpliwsza, co wcześniej zdawało się niemożliwe, wesoła, zabawna, współczująca. Wiele pozytywnych cech nabrała podczas pobytu w placówce. Jednak martwiłem się o nią mimo wszystko. Przez prawie dwa miesiące nie miała styczności ze światem zewnętrznym, bądź mediami. Byłem przekonany, iż odzwyczaiła się od wywiadów, fotografów, pytań, tabunów ludzi wokół. Miałem podejrzenia, że może się tym wystraszyć i znów stanie się coś niechcianego. Przyznam, że niemiernie stresowałem się tamtym dniem. 
-Gotowa?-zapytał Louis. Rozejrzała się po naszych twarzach szczęśliwa.
-Tak, zdecydowanie.-Brzmiała niezwykle pozytywnie. Nie było się co jej dziwić. Starałem się cieszyć jej reakcją, lecz nadal tkwiła we mnie ta nieprzyjemna obawa. 
-To chodźmy.-Zachęcił Luke. 
-Tak.-zgodziła się. Cal oraz brat Chelly zabrali się za torby niebieskookiej. Objąłem ukochaną. El, Lou, Niall, Tatiana ruszyli przodem. Kolejno Calum i Lu. Na samym końcu Michi ze mną. Podziękowaliśmy jeszcze kilku lekarzom i pielęgniarką. Zbliżaliśmy się do wyjścia. Na szczęście mieliśmy kilku ochroniarzy, którzy odpychali dziennikarzy na bok. Zerknąłem na Michell, jej mina nie zmieniała się. Nadal była pozytywna. Zaskoczyła mnie tym. Kiedy wyszliśmy nie wydawała się przytłoczona, wręcz przeciwnie wyglądała jak ryba w wodzie. Zgrabnie minęła wszystkie przeszkody. 
-Jak się pani czuje?-Padło pytanie.
-Dobrze, dziękuję.-Wsiadając do samochodu odpowiedziała. Pomachała jeszcze ludziom i odjechaliśmy. George podwiózł nas pod sam dom. Tym razem blondyneczka wysiadła pierwsza, ja za nią i reszta. Nabrała powietrza i wypuściła je powoli. Widać było, iż delektuje się piękną letnią pogodą. Weszła do salonu. Natychmiast usłyszałem jej radosny pisk. Kiedy zajrzałem do środka zobaczyłem jak rzuca się na szyję Ahton'owi. 
-Ash! Michael!-Później przytuliła Mi.-Daisy! Cindy!-Następne w kolejce były dwie siostry. Przywitała jeszcze Liam'a, Soph, Zayn, Perrie oraz Emily. 
-Rebecca.-przedstawiła się niska kobietka o różowych włosach.
-Michell, miło mi cię poznać.
-Niespodzianka.-Objąłem ją i pocałowałem w głowę.
-Najlepsza na świecie. Dziękuję ci.-Obdarowała mnie słodkim całusem. Zapowiadało się dobrze, szkoda, że nie do końca tak było...




Hej! Dzisiaj zaczynam o tak! :) Mam nadzieję, że rozdział się spodoba i nie jest taki najgorszy! :3 Tyle, że jak na złość znów mnie choroba rozbraja :'( A wczoraj jeszcze było okej, a przez krótkie spodenki wszystko szlak jasny trafił :/! Już chcę wyjść z tego durnego łóżka :(! Życzcie mi zdrowia :)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

sobota, 19 września 2015

Confidence 14

 Zastanawiało mnie co za substancja została mi wstrzyknięta we śnie, a czym była ta płytka wszczepiona mi do ciała. Pobiegłam do łazienki. Podciągnęłam koszulkę i spojrzałam na miejsce, które w moim śnie zostało nacięte. Kiedy tylko na nie zerknęłam, jakby mnie oświeciło...
***
Ułożyłam palce na tym właśnie miejscu. Zawsze myślałam, że to blizna po wycięciu wyrostka, jakie ponoć miałam za malucha. Wcisnęłam dłoń w skórę. Zabolało. Syknęłam. Wydawało mi się, że coś się we mnie porusza, właśnie w rejonach zastygłej rany. Niespodziewanie doznałam olśnienia.
   Wszystkie te obrazy pojawiające się podczas mojego snu śmignęły mi przez głowę po raz kolejny. Całe życie przebiegło mi przed oczami. Nigdy się nade mną fizycznie ani psychicznie. Moja matka wcale nie była prostytutką. Ojciec mnie kochał. Tata nigdy nie chciał dla mnie źle. Zawsze byłam blisko brata. Ci wszyscy mężczyźni mieli tylko nas ochraniać i uczyć nas tego. Cała działalność taty nie miała na celu zabijania. To wszystkie sny były jedną wielką retrospekcją. Łzy stanęły mi w oczach. Zrozumiałam, że byłam szkolona nie do zabijania, lecz do samoobrony. Że byłam kochana przez moją chorą, ale rodzinę. Że w ogóle ją miałam.
   Jednak nie rozumiałam dlaczego to co znałam musiało być jednym wielkim kłamstwem. Dlaczego mnie oszukiwali. Czemu nic z tego nie pamiętałam, a miałam obrazy tego co mi wmówili. Nic z tego co było mi opowiadane nie stanowiło już dla mnie prawdy.
   Doszło do mnie, iż to gdzie się wtedy znajdowałam to wcale nie żadna agencja mająca za zadanie pomagać. To właśnie była szkoła zabijania, a ja miałam być kolejnym ich celem. Chcieli mnie wykorzystać. Uważali mnie za maszynę do unicestwiania innych. Okłamywali mnie. Lecz mieli o mnie zbyt wiele informacji. Najgorsze, że znali mnie lepiej niż ja samą siebie. Byli świadomi faktów oraz fałszu jaki wgrano mi w głowę. Wspominali o tym jak "katował" mnie tato, więc mieli coś wspólnego z przeszłością jaką stworzono dla mnie. Pragnęłam dowiedzieć się czego tak naprawdę ode mnie oczekują.
    Nie miałam zamiaru marnować ani sekundy. Otarłam poliki. Czułam się gotowa na wszystkie ewentualności. Ubrałam czarne spodnie oraz bokserkę. Na stopy nasunęłam botki pod kolor, a na ramiona zarzuciłam skórzaną kurtkę nie wyróżniającą się barwą od reszty kompletu. Związałam włosy w kucyk. Złapałam za kilka narzędzi niezbędnych mi do działań i schowałam je szczelnie pod ubiorem. Otworzyłam okno. Umknęłam niezauważona do piwnicy. Wybrałam jeden z samochodów. Przypuszczam, że wiedzę o tym jak kraść auta nabyłam w młodości, gdyż poszło mi niezmiernie szybko. Ruszyłam. O dziwo nikt się nie zorientował. Sama nie do końca byłam pewna tego co czyniłam.
   Powiedzmy sobie, że wcześniej włamywałam się do systemu miejsca, w którym się znajdowałam. Informatyka akurat sprawiała mi łatwość dzięki czasowi, jaki spędzałam na studiach przy systemach komputerowego podobnego typu. Znałam adres Ernesta. Przejechałam około 50 kilometrów. Byłam bardzo skupiona. Ta "retrospekcja" przedstawiła mi prawdziwą mnie. Jakbym nieśmiała ja zemdlała tam gdzieś w środku zostawiając miejsce dla pewnej siebie Avecra'y. Dotarłam. Zaparkowałam z dala od budynku. Jednak poznawałam go. To właśnie tamto miejsce. Stara siedziba ojca. Dookoła krążyło wielu mężczyzn. Musiałam wślizgnąć się jakoś do środka bez problemów. Intuicja mówiła mi gdzie przebywał własnie mój brat. Znałam plan budowli na pamięć, jaka niedawno się "zaktualizowała". Wyczekałam dobry moment i wlazłam do piwnicy przez uchylone okienko. W półmroku dotarłam do schodów. Kiedy już wspięłam się na ostatni stopień otworzyłam lekko drzwi. Natychmiast zauważyli mnie dwaj faceci. Mieli zamiar się na mnie rzucić, to niewątpliwe. Nie miałam wyboru. Odruchowo już zawiesiłam się na szyi bruneta. Szybko kopnęłam drugiego w twarz z impetem. Od razu padł na ziemię nieprzytomny. Kolejno poddusiłam swój "wieszak" i mogłam udać się na górę. Bez większych przeszkód znalazłam się przed znajomymi mi z dzieciństwa dębowymi wrotami. Wzięłam głęboki oddech. Weszłam do pomieszczenia. Ciemną czuprynę brata odwróconą do mnie tyłem widziałam już z daleka. Wystawała zza białego skórzanego fotela.
-Mówiłem, że nie mam czasu, do cholery!-krzyknął. Zamknęłam za sobą drzwi, a ten powstał. Zwrócił się twarzą w mym kierunku. Mina chłopaka przeistoczyła się z wściekłej na wzruszoną.
-Chyba będziesz musiał go znaleźć.-odezwałam się.
-Avecra?-Zbliżył się do mnie.
-Czyli na pewno mam tak na imię?-zapytałam ze łzami w oczach. Zauważyłam, że iskra w źrenicach Ernest'a zmarła na moje słowa. Dobrze wiedział o co chodzi.-Powiedz mi...Dlaczego mnie okłamałeś? Po co to?-wydukałam.-Zrujnowaliście mi życie.-rzekłam.
-Vecra, to nie tak. Ty nic nie rozumiesz.-Spokojnym tonem zaczął.
-No jasne! Jak mam rozumieć cokolwiek, jeżeli te wszystkie lata były jakąś stworzoną przez was fikcją?!-darłam się. Do pomieszczenia wparowało kilku łysych goryli brata. Ze wściekłości na wejściu położyłam pierwszą trójkę, później zainterweniował Er. Złapał mnie i zblokował każdy z moich ruchów.
-Uspokój się.-wyszeptał mi do ucha. Płakałam jak dziecko. Ta cała sytuacja była nie do zniesienia.-A wy wynocha, zabrać ich!-polecił z marszu stojącym w progu. Znów zostaliśmy sami. Posadził mnie na sofie. Oparłam się o jego ramie i starałam zaprzestać łzom. Głaskał mnie i uciszał. Chyba był w szoku po tym co zobaczył. Wcale się mu nie dziwiłam. Ja też się zdążyłam pogubić.
-Błagam cię. Wytłumacz mi to teraz.-poprosiłam.
-Dobrze, powiem ci wszystko. Lecz nie tutaj i nie dzisiejszej nocy.-Spojrzał mi prosto w oczy.
-Dlaczego?-Nie zrozumiałam.
-Bo zapewne już jesteś poszukiwana, a tu jest zbyt wielu zwiadowców.-wyjaśnił po krótce. Wyjął z szafki dwie spluwy i kilka nabojów. Schował sprzęt w przeznaczone na nie saszetki przy ubraniach. Narzucił na siebie kurtkę i pociągnął mnie za rękę.
-Ale Ernest...-Znów nie wiedziałam co się dzieje.
-Spokojnie. Liam nic ci tutaj nie zrobi, ale znam bezpieczniejsze miejsca.-rzekł nawet na mnie nie zerkając.
-Czyli ty o nim wiesz? O co chodzi?-Aż dygotałam. Prowadził mnie na strych. Znowu na niego trafiłam.
-Proszę cię. Musisz być cierpliwa. Wszystko opowiem ci na miejscu.-nakazał. Postanowiłam poddać się jego prośbom. Posadził mnie na skraju jakiegoś zsypu, który krył się pod drewnianą klapą.-Złaź po tej drabinie.-nakazał. Nie odezwałam się tylko to uczyniłam. Zeszliśmy z dwadzieścia metrów w dół. Rozejrzałam się. Przyznam szczerze, że tego się nie spodziewałam...



Ernest



Hej! Uff...Napisałam :) Dzisiaj się już lepiej czuję, więc łatwiej mi to przychodzi :3 Dużo tutaj się dzieje! :D Domyślacie się przynajmniej o co może chodzić?! :3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

piątek, 18 września 2015

Imagine Louis cz.3 (Połowa)

-Proszę cię! Jestem okropna!-mruczałam zła.
-Wręcz przeciwnie...Jesteś piękna.-Przestał mnie łaskotać i spojrzał mi głęboko w oczy. Wtedy....Wtedy po raz pierwszy w życiu poczułam motyle w brzuchu. Przyglądał mi się z uwagą. Czas jakby stanął w miejscu. Jego twarz zbliżała się ku mojej. W środku tańczyłam ze szczęścia. Wydawało mi się to magicznym snem, a najlepszy był fakt, iż tak nie jest. Nie umiałam powstrzymać uśmiechu. Jednak jak to bywa w mojej rodzinie zawsze coś musi zepsuć każdą jedną piękniejszą chwilę...
***
-Dzień dobry!-krzyknął mój brat. Lou odsunął się ode mnie wystraszony. Nie wiem dlaczego, ale czułam się jak czternastolatka przyłapana na niedoszłym pierwszym pocałunku przez rodziców. Rumieńce rozpaliły moje poliki. Oboje usiedliśmy obok siebie zestresowani. Zaspany Gabe umieścił swój szanowny tyłek sportowca pomiędzy nami. Myślałam, że zdechnę ze wstydu.
-Cześć braciszku.-wycedziłam przez zęby. Aż się we mnie gotowało. Nie byłabym taka zła, gdyby tylko nie fakt, iż zrobił mi nie po raz pierwszy. Objął nas oboje i przyciągnął z uśmiechem.
-Co tam?-zapytał.
-A nic, tak się wygłupialiśmy.-Jak najmilej potrafił odezwał się Louis.
-Tak, właśnie. Sami.-podkreśliłam ostatnie słowo.
-Ej, (T.I) zrób nam śniadanie.-nakazał blondyn.
-Chyba już zrobiłam no nie?-warknęłam.
-O! Serio? Dobra, to chodź Tommo wszamiemy coś.-Najpierw wypchnął niebieskookiego, później sam wyszedł. Miałam szczerą ochotę zabić swojego brata. No proszę was, kto by nie miał? Przypomniałam sobie, że zostawiłam komórkę w kuchni. Udałam się do pomieszczenia. Oparłam się o blat grzebiąc w komórce. Chłopcy jedli rozmawiając o sporcie. Nagle rozległ się mój dzwonek.
-Kto to?-Ciekawski Gabriel zapytał.-Czyżby panna Tryston?-Zaśmiał się. Niespodziewanie, na słowa Gabe'a Lou wypuścił z dłoni widelec rozlewając sok na stół. Luknęliśmy na niego z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.
-Emm...Tak to Kitty.-potwierdziłam. Brunet złapał się za głowę przerażony.-Przepraszam, was na moment.-Opuścił pomieszczenie. Wzruszyłam ramionami i odebrałam.-Tak kochanie?-radośnie ją przywitałam.
-Nie uwierzysz!-pisknęła oburzona do słuchawki.
-Co się dzieje?-Miałam złe przeczucia.
-Twój ukochany braciszek przyjaźni się z tym kretynem, który mnie zdradził! Do tego był u niego na wczorajszej imprezie jak podaje gazeta internetowa.-wyrecytowała jak z automatu. Zatkało mnie. Nie wiedziałam co powiedzieć. Myślałam, że zawału dostanę. Już wszystko stało się jasne. Jednak postanowiłam zapytać z mikroskopijną nadzieją, że może jednak to tylko głupi zbieg okoliczności.
-A przypomnij słońce jak on miał na imię?-Starałam się nie dawać poznać swojego stresu przez głos.
-Louis.-odrzekła. Ścisnęłam powieki i wstrzymałam oddech.-Coś nie tak?-Po kilku sekundach się odezwała.
-Emm...Mogę oddzwonić do ciebie później?-Nie czekając na odpowiedź rozłączyłam się. Odłożyłam telefon na jego wcześniejsze miejsce i otworzyłam oczy. W tamtej chwili byłam wdzięczna Gabriel'owi, że nam przerwał. Mimo to, z drugiej strony Lou tak bardzo mi się spodobał i chciałam, żeby z naszej znajomości wynikło coś więcej. Byłam zawiedziona i wciąż ciągnęło mnie do flirtu z piosenkarzem, lecz chciałam również być lojalna w stosunku do przyjaciółki.
-(T.I) co jest?-Moje rozmyślenia przerwał stojący z metr przede mną zmartwiony blondyn. Ułożył swoją wielką łapę na moim ramieniu. Choć zachowywał się jak zazdrosny małolat, to ufałam mu. A to dlatego, że zawsze chciał dla mnie jak najlepiej i nie pozwalał mnie skrzywdzić. Opiekował się mną i pocieszał kiedy było trzeba. Nigdy nie zdradził żadnego z mych sekretów. Postanowiłam mu powiedzieć.
-...-Wyjaśniłam mu wszystko po kolei.-Co ja mam teraz zrobić, Gabe?-Wtuliłam się w zielonookiego.
-Mała, musisz pogadać z Kit, tak samo jak z Tomlinson'em.-Poradził patrząc mi prosto w ślepia. Westchnęłam tylko. Zdawałam sobie sprawę, iż ma rację...




Hej! Niestety nie uda mi się dzisiaj dokończyć tej części! Przepraszam, ale jadę do lekarza i czuję się fatalnie, więc nie mam nawet siły, żeby składać dobre zdania i wymyślać historie itd. :( Wybaczcie :/
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

Fire for a heart 1





















































:D Emm...Nope XD Haha































































My fave one <3 #AnotherDayAnotherSlay :D












XD hahahahahahahahahaha















































Hejka! Dzisiaj zaczynam w ten oto sposób :) Niedługo będzie...Hmm coś ;) Nie powiem :3 Sorry, choroba działa i nie myślę :/
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*