piątek, 30 października 2015

Imagin Liam

- Witaj Helen - przywitałem się z kasjerką w pralni niedaleko mojego domu.
- Cześć Liam - uśmiechnęła się do mnie promiennie wystawiając rachunek klientowi. Puściłem jej oczko i ruszyłem do pralki na samym końcu korytarza. Otworzyłem ją i włożyłem brudne ubrania. Włączyłem urządzenie. Gdy odchodziłem pod nogi wpadł mi niewielki skrawek materiału. Podniosłem koszulkę i podałem osobie, która ją upuściła. Była to seksowna blondynka o ciemnych oczach i długi, aż do nieba, nogach. Uśmiechała się do mnie zalotnie. Była piękna, ale zbyt sztuczna. Do tego było widać, iż jest dziewczyną "na raz". Kiedy się cofałem wpadłem na otwarte drzwi jednej z pralek, które uderzyły w coś po drugiej stronie. Szybko się odwróciłem, a moje oczy spotkały niewysoką kobietkę trzymającą się za głowę lewą ręką. Kiedy osłoniła obolałe miejsce zauważyłem lejącą się strumieniami krew.
- Ała! - wydarła się.
- Przepraszam, nie chciałem. Wybacz. Bardzo boli? - spanikowany zbliżyłem się do niej, a ta się odsunęła.
- Nie. Nie boli. Jest dobrze - choć w głosie dziewczyny przeważało poirytowanie, to nadal mnie to nie peszyło.
- Nie chciałem, zapatrzyłem się - powiedziałem. Krwi zaczęło się robić coraz więcej i więcej. Poważnie się wystraszyłem.
- Na tą cycatą pustaczkę? Widziałam - prychnęła z pogardą.
- Krwawisz. Zabiorę cię do szpitala - oznajmiłem.
- Nie - odpowiedziała.
- To nie było pytanie - wiedziałem, że inaczej nie można było z nią grać.
- A ty nie jesteś moim szefem, to raz. Dwa, nie znam cię i ci nie ufam. A co jak jesteś jakimś psycholem? Może masz zamiar mnie poćwiartować - zupełnie poważnie wyrecytowała. Miała rację, to fakt. Choć opryskliwa, to wydała mi się rozsądna i inteligentna.
- Tylko cie zaprowadzę, ulicę dalej jest lekarz. Jeżeli masz jakieś poważniejsze urazy, to za to odpowiadam. Rozumiesz? Nie mam wyjścia, tak samo nie dam ci tego olać. A teraz chodź, bo podłoga zaczyna się robić czerwona - nakazałem. Stawała się coraz bledsza i mętniejsza. Ledwo co doprowadziłem ją do przychodni przytomną. Po kilkudziesięciu minutach pielęgniarka do mnie wróciła, aby przekazać informacje.
- Rana dość poważna, przebiła skórę i odłamek plastiku niemal wbił się w kość, ale opatrzyliśmy głowę pacjentki i powinno zagoić się w przeciągu dwóch tygodni. Mimo to, trzeba zmieniać opatrunek i uważać, aby nie wdało się zakażenie. Blizna, niestety, zostanie, ale na szczęście niewielka. Zaraz przyprowadzimy pana dziewczynę - nie czekając na moją odpowiedź odeszła. Nie miałem zamiaru tłumaczyć jej, że nie znam nawet imienia poszkodowanej. Zaraz wyszła z bandażem owiniętym wokół głowy. Nie wyglądała na wesołą, w sumie co się dziwić. Nie dość, że jeszcze cierpiała, to wydawała się wściekła na mnie. To też nie niespodzianka.
- Jak się czujesz? - zapytałem po wyjściu z budynku. W odpowiedzi obrzuciła mnie jedynie chłodnym spojrzeniem. Głupie pytanie - to fakt. - Powiedz mi chociaż jak się nazywasz - poprosiłem.
- Nie - oschle odezwała się. - Cześć - rzuciła i przeszła na drugą stronę ulicę. Zatrzymałem się i obserwowałem jak odchodzi. Westchnąłem tylko i odpuściłem. Nie mogłem uganiać się za nieznajomą. Chociaż bardzo tego chciałem, nie mogłem aż tak się narzucać.
Kolejnego dnia wróciłem do pralni, aby uczynić to co poprzednio. Skręcając z alejki wpadłem na kogoś. Spojrzałem nieco w dół.
- Czy ty chcesz mnie zabić? - zapytała marszcząc czoło.
- Nie. Gdybym tego chciał nie martwiłbym się o ciebie całą noc - odparłem z pewną nadzieją.
- I co może mam się teraz rozpłynąć z podniecenia, bo powiedziałeś, że się o mnie martwić? - szyderczo parsknęła. Minęła mnie i zajęła się wkładaniem ubrań do pralki. Uniosłem kąciki ust i opuściłem budynek.
Tak minął tydzień, miesiąc, trzy miesiące, a każdego ranka spotykałem ją tam. Jednak nasza
'relacja' się zmieniała. Przestała na mnie fukać i zrobiła się milsza, choć wciąż szczera do bólu. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach, ale nigdy nie zrobiło się niezręcznie. Wyglądało na to, że nie znała tematu tabu. Bardzo podobał mi się charakter dziewczyny i nie tylko. Śliczna buzia, zdrowe włosy, ładne ciało. Jak dla mnie charyzmatyczny ideał. Jednak nie flirtowałem na siłę, bo i tak by przejrzała mnie. Po dwunastu tygodniach postanowiłem zaprosić ją na spotkanie poza pralnią.
- Nieznajoma - zwróciłem się do niej. Tak, wiem, że to może być żenujące i żałosne, ale nadal nie znałem jej imienia.
- Tak Liam? - uśmiechnęła się podczas swojej codziennej czynności.
- Może pójdziemy na kawę? - zaproponowałem. Zatrzasnęła drzwiczki pralki i spojrzała na mnie rozbawiona.
- Poważnie? - zachichotała w nietypowy sposób, jak miała w zwyczaju.
- Taaak - przeciągnąłem niepewny tego co mnie czeka.
- Po trzech miesiącach zebrałeś się na to, żeby zaprosić mnie gdziekolwiek? - zaśmiała się. Wpiłem wzrok w przestrzeń za nią ze wstydu. Zacząłem masować swój kark lewą ręką, aby choć trochę się rozluźnić. - Miałaś rację Helen, wiszę ci dziesiątkę! - zawołała do kasjerki. Zajrzałem w jej onieśmielające źrenice zdziwiony.
- Założyłaś się z Helen o to kiedy cię zaproszę? - nie dowierzając jęknąłem. Przymrużyła oczy nie tracąc humoru i pokiwała głową na tak.
- Stawiałam na więcej - przyznała.
- Dzięki - prychnąłem zażenowany. Z jednej strony nie było to jakieś specjalnie komfortowe i miłe, ale miało swoje plusy. Przynajmniej wiedziałem, że jest mną zainteresowana skoro o mnie rozmawia z innymi. Do tego wiedziała, że będę miał zamiar gdzieś ją zabrać. - Co z propozycją? - dopytałem.
- Powiedzmy, że się zgadzam - puściła mi oczko. Popadłem w taką wewnętrzną euforię, że nie zauważyłem kiedy zniknęła z pola mojego widzenia. Kiedy się ocknąłem zrozumiałem, iż nie wiem co, kiedy, jak i gdzie. Westchnąłem zwiedziony swoją postawą. Uderzyłem pięścią w ścianę obwieszoną urządzeniami i wyszedłem z pralni. Dochodziła godzina 17.30. Siedziałem na swoim łóżku i czytałem książkę kryminalną, gdy mój telefon dał o sobie znać.

Od: Nieznany
19.00 Parkour bar. Nieznajoma xx.

Odczytałem sms, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Odłożyłem lekturę i zebrałem się do przygotowań do spotkania. Uszykowany ruszyłem do baru. Po kilkunastu minutach stałem przed budynkiem. Zapłaciłem za wejście i trafiłem do środka. Wzrokiem przebiegłem po otoczeniu. Przy ladzie z alkoholami zastałem posturę nieznajomej. Siedziała na wysokim krześle popijając przeźroczystą ciecz z dodatkiem lodu w kostkach oraz mięty. Podszedłem do niewiasty.
- Hej - przywitałem się. 
- Cześć - odparła. 
- Skąd miałaś mój numer? - zapytałem.
- Tajemnica, obiecałam Helen, że nie powiem - zażartowała. 
- Wy konspirujecie, baby nieznośne - także dołączyłem do wypowiedzi nutkę humoru. Dosiadłem się do niej i zaczęliśmy poznawać się bliżej. Nie lubiła alkoholu, ani papierosów. Nigdy nie brała narkotyków, ale miewała problemy z prawem. Kilka razy wdała się w bójkę uliczną. Twierdziła, że to przez brak równouprawnienia i bronienie własnego zdania. Opowiadała o tym jak trafiła do dużego miasta z małej wsi, jakie filmy lubi, jakie książki czyta i czym się interesuje. Zajmowała się projektowaniem ogrodów kwiatowych. Satysfakcjonował ją jej fach. Dowiedziałem się wielu nowych rzeczy, jak i ona o mnie. Jednak ta podstawowa wciąż pozostawała tajemnicą. 
- ... O która to już godzina - zerknęła na zegar przed nami. Wskazówki pokazywały 00.40. - Muszę lecieć - oznajmiła. - Było bardzo miło, kiedyś musimy to powtórzyć - przyznała całując mnie w policzek. - Dziękuję, do zobaczenia - odeszła kawałek. 
- Powiedz mi jeszcze jedną rzecz!- zawołałem. Zerknęła na mnie. - Jak masz na imię? - nie odpowiedziała. Zaśmiała się i odeszła. Dokończyłem napój, zapłaciłem i wróciłem do siebie. 
Następnego dnia nie pojawiła się w pralni, co mnie zmartwiło. Ani następnego, ani za tydzień. Po tych siedmiu dniach nie wytrzymałem i musiałem zapytać jedyną osobę, która znała nas oboje.
- Helen? - postanowiłem dowiedzieć się czegokolwiek od kobiety pracującej w pralni.
- Tak? - zwróciła na mnie uwagę.
- Wiesz gdzie podziewa się ta dziewczyna... ? - nie dane było mi dokończyć.
- Nie - przerwała mi spokojnie. - Wiem natomiast, że zostawiła coś dla ciebie - spod lady wyjęła kopertę i podała mi ją. Obdarowała mnie pocieszającym uśmiechem. Podziękowałem i udałem się do alejki z moją ulubioną pralką należącą właśnie do niej. Zacząłem czytać.


Hej Liam, 
To ja. Na pewno zastanawiasz się gdzie jestem i dlaczego mnie nie ma. Nie myśl, że to twoja wina. Nie jest tak. Po prostu się wyprowadzam. Chciałam po raz ostatni się z tobą spotkać. Już prawdopodobnie nigdy cię nie zobaczę. Wyjechałam do Australii, samolot miałam trzy godziny po wyjściu z baru. Prawdopodobnie to koniec. Fajnie było kogoś poznać. Dziękuję za wszystko. 
Nieznajoma xx.



Kiedy to przeczytałem, zamarłem. Nie wiedziałem co robić, jak się zachować. Złapałem się za głowę. Zrobiło mi się ogromnie przykro. 
Następnego ranka bez życia wszedłem do pralni, ze spuszczoną głową. Przywitałem Helen mrucząc pod nosem. Przeszedłem do swojego stałego miejsca w budynku i wepchnąłem ubrania do urządzenia nastawiając odpowiednie parametry. Kątem oka zauważyłem ruch w okolicach pralki nieznajomej. Odwróciłem się twarzą w tamtym kierunku. Przy pralce stała średniego wzrostu kobietka. Spojrzała na mnie, a kąciki jej ust uniosły się. Odwzajemniłem gest. Wiedziałem, że nic nie będzie już takie jak z nieznajomą, ale nowe wcale nie znaczy gorsze...






Hej! Przepraszam, że bardzo późno, ale nie dałam rady wcześniej. Mam nadzieję, że imagin nie jest taki zły ;) 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

czwartek, 29 października 2015

Gifs

N: Moja...
H: Moja...
N: Ona jest moja...
H: No na pewno! 


















Ty: Gdzie są moje buty do cholery?! Zayn mówiłam ci, że mnie nie zatrzymasz! Pójdę choćby na boso! Zayn! 
Z: Kochanie, zostań. Oboje wiemy, że nie pójdziesz na boso ...






Darcy: *Mówi wierszyk w przedszkolu, na dzień ojca*
Harry: 















N: Była taka zgrabna i piękna i miała śliczne oczy i tak dobrze się ruszała na parkiecie...
Li: A jak miała na imię?
N: Em... Sar... A może Mil... Nie to na pewno Krys... Nie, a może... 





Li: Słońce nie będę śpiewał tego tu...
Ty: Śpiewaj!
Li: Ale ...
Ty: Mówię ŚPIEWAJ! *twoje oczy czerwienieją i stajesz się przerażająca*
Li: 























Ty: ... Poważnie, to jakaś maskara! Prawie nie odzywam się na uczelni i w pracy... Jestem nieśmiałą, jedną, wielką niemową. Ah... Nie mam szans wygadać się do cna...
Louis: 

















*Kiedy zdaję sobie sprawę, że 1D nie będą wydawać płyty, ani koncertować przez najbliższy rok, a ja nie będę miała co robić z życiem :) 



*Kiedy śni mi się ulubieniec i już prawie się całujemy i nagle wchodzi mama: 'Wstawaj leniu, czas do szkoły!'



*Kiedy już chcę iść do swojego pokoju po "odwaleniu" swojej roboty, która zadała mi mama i nagle słyszę "(T.I) wróć na moment!"






*Kiedy ktoś kogoś obgaduje, a później słyszę jak się do niego łasi 
MY FACE IS LIKE "REALLY?"







*Kiedy przychodzi do mnie nowy znajomy i moja rodzina zachowuje się nadzwyczaj miło
*Smells like... Ehkm... Bullshit




* Słucham BTW i wchodzi solo Niall'a 
N: You make me wanna Tsst...






L: Pójdę z tobą choćby na koniec świata, (T.I)
Ty: Poważnie? Mam pomysł... 
L: Dla ciebie wszystko, kotku!
*Na zajęciach Dancehall
Instruktorka: A teraz shake'i! 
L: * w myślach* Ta... "Dla ciebie wszystko" - co mi do głowy przyszło? Kretyn. 






















Hi! Dzisiaj nie dam rady napisać nic, bo jutro mam test diagnozujący po dwóch klasach gimnazjum i niedługo testy próbne ( przyszyły tydzień -.-), więc nie dałam rady, ale postaram się na jutro napisać coś extra ;) Do tego napiszę coś strasznego na Halloween :D Cieszycie się? Piszcie ^.^ A i przepraszam za to, że nie dałam rady, mam nadzieję, że nie jesteście źli :) 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 





środa, 28 października 2015

Imagin Louis

- ... Tak, chcę dzisiaj wyjść z Ellie na imprezę do Sary - powtórzyłam. Zacisnął szczękę ze złością. - Będą tam tylko dziewczyny, rozumiesz? Nocuję tam, to babski wieczór - dałam nacisk na słowo "babski". Jego wcześniej skrzyżowane ,na klatce piersiowej, ręce opadły na oba boki ciała bruneta. Wypuścił powietrze z ust. - Louis, jestem tylko i wyłącznie twoja, nie możesz być tak chorobliwie zazdrosny - dodałam wtulając się w jego tors. Musiałam podnieść głowę do góry, aby spotkać się z jego nadzwyczaj niebieskim źrenicami. Ułożyłam usta w dziubek, a on cmoknął je delikatnie. Dłonie splótł za moją talią i przycisnął mnie jeszcze mocniej.
- Wiem, słońce. Tyle tylko, że ja tak nie potrafię. Kocham cię jak szalony i jak sobie wyobrażę, że ktokolwiek prócz mnie mógłby cię ... - czułam jak puls mu wzrasta.
- Lou, spokojnie. Jestem TYLKO twoja. Obiecuję, że nigdy cię nie zdradzę i będę przy tobie na tyle ile będziesz chciał, żebym była - wyrecytowałam. Stanęłam na palcach i pocałowałam go namiętnie. - Zgadzasz się? - zapytałam z maślanymi oczami.
- Zgadzam, ufam ci - odparł. Uśmiechnęłam się radośnie.
- Dziękuję najukochańszy chłopaku na calutkim świecie - wskoczyłam na niego.
- Uwielbiam, kiedy tak mi słodzisz, to urocze - zdradził.
- Boo Bear - użyłam jego ulubionego przezwiska. Gdy ją usłyszał zamruczał jak kot i obdarował mnie pocałunkiem eskimosa. Wiedział, że mam tam łaskotki, więc zaczęłam chichotać. - Loui! - krzyknęłam cienkim głosikiem.
- No już, już - zarechotał. Niespodziewanie rozległo się pukanie do drzwi. Wtem ruszył ze mną na korytarz i otworzył je. Do środka jak bomba wtargnął jego najlepszy przyjaciel Zayn.
- Bro, wiem, że to twoja księżniczka, ale weź wspieraj przyjaciela po rozstaniu - zażartował.
- Tak, cześć Zen - przywitał się rozbawiony niebieskooki dając piątkę Mulatowi.
- (T.I) ! - przytulił moje plecy, kiedy Tommo nadal mnie trzymał.
- Malik!- tym samym tonem rzekłam.
- Dobra starczy tego - przerwał Tomlinson.
- Okej, ja lecę do galerii. Pa pa - pocałowałam go, złapałam za torbę i wyszłam z mieszkania. Po kilkunastu minutach znalazłam się w centrum handlowym.
- (T.I) ?- usłyszałam za sobą podczas oglądania ciuchów. Odwróciłam się na zawołanie.
- Harry? - oczy prawie wyszły mi na wierzch, na widok loczka.
- Ile to już lat minęło! - podekscytowany zapytał cmokając mój polik.
- Jakieś cztery - skrępowana odparłam. Nie czułam się dobrze z tym, że go spotkałam. Nasz przeszłość była intensywna, a rozstanie nie zbyt przyjacielskie.
- Ale się zmieniłaś, wypiękniałaś - zachowywał się tak jakby spotkał swoją najlepszą przyjaciółkę z przeszłości, a w rzeczywistości stanowiłam jego byłą dziewczynę. Szczerze, to stare,  bardzo szczeniackie czasy. Miałam piętnaście lat, on szesnaście. Wiadomo na czym głównie mu zależało, ja ze względu na mój wiek byłam zaborcza i nie dawałam się mu wykorzystać. Niby mi się podobał, ale nie wiedziałam co to miłość. Nie kochałam Styles'a. Byliśmy ze sobą niemal rok, gdy zdenerwował się na mnie o to, że odmawiałam mu seksu i popchnął mnie. Wtem zaczęła się afera z naszym rozstaniem, która ma wiadome zakończenie. W każdym razie, nie lubiłam go i zdziwiłam się, że jest dla mnie miły. Najgorsze jest to, że Louis wiedział o Harold'zie i tak samo nienawidził chłopaka. Bałam się, że kiedy się dowie to zabije zielonookiego i ... W sumie to tyle. Bałam się, że go zabije - tak to wszystko.
- Em... Dziękuję. Ty też wydoroślałeś, całkiem - jęknęłam postawiona w niezręcznej sytuacji.
- Może wyskoczymy na kawę? - zaproponował. Nie chciałam być niegrzeczna, ale tak podniósł mi ciśnienie tym zgrywaniem niewiniątka, że wybuchłam.
- Nie dzięki, nie jesteśmy w dobrej relacji i nigdy w niej nie będziemy. Nie ma o czym gadać, ja po pierwsze tego nawet nie chcę. Teraz możesz się odwrócić, odejść i nigdy nie wracać - pomachałam mu na pożegnanie i odeszłam na drugi koniec sklepu. Za sobą usłyszałam tylko.
- Suka! - kolejno, gdy się odwróciłam, jego już nie było. Odetchnęłam z ulgą. Po zakupach trafiłam do biura Louis'a. Musiałam się komuś wygadał. No tak... Tommo był właścicielem firmy handlującej nieruchomościami, właściwie to spadkobiercą po dziadku, ale nieważne.
- Witaj Misty! - przywitałam się z sekretarką niebieskookiego. Bardzo miła praktykantka, uczynna i przede wszystkim ładna. Dużo przeszła. W wieku szesnastu lat została wykorzystana na imprezie i zaszła w ciąże. Mimo, iż rodzice wyrzucili ją przez to z domu, to dała sobie radę w życiu.
- Hej, (T.I) - uśmiechnęła się do mnie promiennie.
- Lou wolny? - zapytałam.
- Tak, chyba nawet teraz ma przerwę i siedzi u siebie - puściła mi oczko.
- Dzięki, słońce - odwzajemniłam gest i udałam się do pomieszczenia. Tomlinson stał obok biurka i przeglądał jakiś katalog.
- (T.I)? - zdziwił się na mój widok.
- Boo Bear - jęknęłam zbliżając się do ukochanego i wtulając się w jego umięśniony tors.
- Co się dzieje kwiatuszku? - zmartwiony zapytał.
- Spotkałam tego chłopaka, który chciał mnie przelecieć w gimnazjum - Harry'ego i pokłóciłam się z nim, bo chciał zabrać mnie na kawę. Ja odmówiłam i to tak opryskliwie, bo go nie znoszę i teraz jestem taka zdenerwowana - wręcz na jednym oddechu wyrecytowałam.
- Spokojnie, nic się nie stało to tylko jakiś palant - wtedy to dopiero byłam zaskoczona. Spodziewałam się agresji, zazdrości albo czegoś jeszcze gorszego, a tutaj taka niespodzianka mnie zastała.
- Słucham? Kim ty jesteś? - dotknęłam prażona jego twarzy obiema dłońmi. Przyjrzałam się brunetowi dokładniej. Poważnie myślałam, że mi go podmienili. Zaśmiał się w odpowiedzi.
- Nie kochanie, po dzisiejszej rozmowie zrozumiałem, że nie jesteś małym dzieckiem i, że jesteś silna. Wiadomo, że cię kocham i jestem zazdrosny, ale nie mogę wciąż tego okazywać, bo to tylko może nam zaszkodzić i muszę się opanować. Rozumiem, że jesteś tylko moja i po naszej porannej rozmowie wiem, że nic tego nie zmieni dopóki będziemy okazywać sobie uczucia i będziemy ze sobą szczerzy - odparł zupełnie poważnie. W odpowiedzi wpiłam się w usta ukochanego.
Tydzień później Loui zabrał mnie na randkę do wesołego miasteczka. Wiedział, że uwielbiam takie rzeczy. Poszliśmy zagrać w zbijanie butelek. Jak zwykle Louis zbił wszystkie i wygrał dla mnie misia pandę, który mierzył z półtora metra. Podał mi go, więc zasłonił mi tym samym obraz. Kiedy jednak postawiłam pluszaka na bok nie spostrzegłam Tommo na stojąco, a na kolanach.
- Jesteś moim całym światem, wyjdziesz za mnie (T.I)? - zapytał, a mi w oczach stanęły łzy. Zasłoniłam usta dłonią. Kontem oka zauważyłam, że ludzie dookoła się zatrzymują. Wystawiłam rękę, a niebieskooki wsunął śliczny pierścionek na mój serdeczny palec.
- Tak - odpowiedziałam i rzuciłam się mu w ramiona. Nie spodziewałam się, że oświadczy mi się własnie wtedy. Wybrał idealny moment. W sumie z idealnym chłopakiem każdy moment był idealny i to trwa aż do dziś...



Hej! Dzisiaj zaczynam z takim imaginem na luzie, mam nadzieję, że się spodoba ;) Piszcie :D
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*




wtorek, 27 października 2015

Little Sweet Angel 75 połowa

Po tygodniu spędzonym w Holmes Chapel mieliśmy wylecieć do Mullingar, lecz postanowiliśmy zostać przez jeszcze trzy dni. Właśnie wybrałam się z Harry'm na spacer, kiedy zadzwonił mój telefon. Odebrałam, a kiedy dotarło do mnie to co usłyszałam, urządzenie roztrzaskało się o beton pode mną. To niemożliwe! - krzyknęłam w myślach...
***
-Spokojnie. Uspokój się.-Starali się mnie wspierać. Lecz tyle przeszło w zapomnienie. Tyle wspólnych chwil. Wzlotów i upadków. Uśmiechów, wyzwisk oraz rozmów. Przytuleń, zabaw, jak i bliskości. Wszystko stracone. Porad, żartów, poważnych konwersacji. Nakazów, zakazów, próśb i przeprosin. W jednej chwili odeszło tyle szczęścia.
-Nie! Wy nie rozumiecie! Ja już jej nigdy nie zobaczę, usłyszę, dotknę! Ani...-Mój krzyk rozległ się po pomieszczeniu. Kontrolowanie się nie było mi dane w tamtej sytuacji. Wściekłość mieszała się z rozpaczą, tworzą jedną, wielką histerię. Wszystko co stanęło mi na drodze zostawało zniszczone. Najmniejszy wazonik, książka czy stoliczek, każdy szczegół zostawał zdewastowany. To było nie do wiary. To co się stało stanowiło jeden z najgorszych koszmarów. Nikt nie był w stanie mi pomóc. Była tylko jedna taka osoba, ale jej wtedy nie było obok. - nie przytulę! Moja mama, moja jedna jedyna kochana mamusia - lamentowałam, podczas gdy moje rodzeństwo mnie pocieszało. Od razu po informacji o śmierci mamy przyleciałam z ukochanym do Mullingar. Tak samo zjawiła się Tatiana z Niall'em oraz bliscy matuli. Nie byłam jedyną osobą, która tak mocno zareagowała. Luke oraz Tats także popadali w głęboką depresję.
- Michell - usłyszałam szept tuż przy uchu. Nie był to nikt z pomieszczenia. Natychmiast pomyślałam, że wariuję. Odwróciłam się chaotycznie z załzawionymi oczami. - Michell, spokojnie - ponownie ten sam głos. Oboje patrzeli na mnie zmartwieni. Otarłam policzki i zaczęłam się cofać. Kiedy spotkałam się ze ścianą, zsunęłam się po niej na ziemię. - Jestem z tobą, a ona ze mną - znów to samo. - Bezpieczna, zdrowa, szczęśliwa. Spokój - kolejno dotarło do moich uszu. Nie miałam pojęcia co się działo. Po chwili szum zniknął, a ja znów popadłam w histerię. Już znałam ten ton. To mój stóż mnie odwiedził - pomyślałam. - Zaufam mu - postanowiłam sobie. Nie minęła sekunda, a u mojego boku pojawiła się bliźniaczka i pomogła mi wstać. Wpadłam w jej ramiona i w duecie  lamentowałyśmy. Luke starał się zgrywać silnego, gdyż pragnął nas wesprzeć, lecz było po nim widać, iż bardzo boli go serce. Uważam, że on od zawsze najbardziej był zżyty z rodzicielką, ponieważ nigdy nie wyjechał na stałe z miasta i polegał na nich. Ja od zawsze stanowiłam ideał dziadków, a Tats to córeczka tatusia. Jednak to nie umniejsza nas w obliczu tego jakim uczuciem darzyliśmy matkę. Już zaczynało mi jej brakować, bardzo. Nie wiedziałam jak sobie z tym wszystkim poradzę. Tyle złego na raz się  na mnie zwaliło. Psychicznie czułam się wycieńczona, ale chociaż fizycznie się u mnie poprawiło. Z całego stresu zaczęłam więcej jeść, co wychodziło tylko na plus. Jednakże, to wcale mnie nie pocieszało. Chyba nic, ani nikt nie był w stanie...




Hejka! Wybaczcie, że tak krótko itd. ale dzisiaj mam trening i nie za dużo czasu :/ Przepraszam Was, ale mam nadzieję, że nie będziecie źli i ta połówka się spodoba :)) Piszcie co będzie dalej :D
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

poniedziałek, 26 października 2015

Uninhabited 9

 Małe szczegóły pokazywały jak niepewna siebie bywa, a jak silną zgrywa. Miałem wrażenie, że na umór chce grać kogoś kim nie jest. Musiałem to zmienić, to stało się moim celem. Troszczyłem się o nią. Wydawała mi się oryginalną osobowością. Może to zabrzmi tandetnie i banalnie, ale widziałem w niej kogoś wyjątkowego. "Odkryć co kryje ta dusza?" ~ to zrobię...
***
Tamta noc wydawała się piękniejsza niż wcześniejsze. Chmury się rozpłynęły, tak więc i ulewa ustała. Wiatr się nieco uspokoił, ale ocean pozostawał wzburzony. Jednak w obrębach naszego tzw. obozowiska nie było to tak odczuwalne. Siedzieliśmy przy ognisku blisko siebie. Przyznam, że cudownie wyglądała w świetle płomieni.
- Masz jakieś marzenia? - zapytała zerkając na mnie. Zamilkłem na dłuższą chwilę, gdyż nie spodziewałem się takiego pytania.
- Tak, mam. Znaleźć kogoś kto będzie kochał mnie takim jakim jestem - odparłem ze spokojem. Uniosła kąciki ust przekrzywiając głowę w lewo. - No co? - zaśmiałem się.
- To takie ... Poetyckie - zachichotała.
- Dzięki
- Poważnie, to urocze, że nie jesteś taki zwyczajny - przyznała.
- Hm, co według ciebie znaczy słowo " zwyczajny " ? - nadal nie traciliśmy kontaktu wzrokowego. Siedziała tuż obok, dzielił nas dystans niecałych dwudziestu centymetrów. Dosłownie czułem bijące z niej ciepło i empatię. Jeszcze nigdy nie spotkałem tak pozytywnej osoby, w tak niepociesznej sytuacji.
- Niech pomyślę - zaczęła odchylając głowę do tyłu i przymrużając powieki. - Na przykład napalony na zaciągnięcie dziewczyny do łóżka - wróciła do patrzenia mi w oczy.
- Myślisz, że taki nie jestem? - postanowiłem sprawdzić na wszelki wypadek. Wcześniej uważano, że wyglądam na podrywacza. Szczerze, stała się pierwszą osobą, która tak mnie, wręcz, skomplementowała.
- Na pewno nie - potwierdziła.
- Po czym wnioskujesz? - dociekałem.
- Każdy inny facet wykorzystałby okazję przebywania w tej samotni z dziewczyną, na współżycie z nią, a ty ... A ty nigdy nawet nie dałeś mi do zrozumienia, że masz na mnie chrapkę - wyrecytowała zupełnie poważnie.
- Co jeszcze jest we mnie takiego " nadzwyczajnego" ? - kontynuowałem,
- Jesteś dżentelmen'em, masz zasady, klasę. Jesteś troskliwy, pomocny, pracowity, zdolny, inteligentny i przede wszystkim wiesz co powiedzieć w każdej sytuacji - odpowiedziała. Nie mogłem nadziwić się jak szczerą kobietę spotkałem.
- Czyli uważasz, iż reszta populacji męskiej o tych cechach wygasła? - zażartowałem.
- Powiedzmy - jej do śmiechu, najwyraźniej, nie było. Spojrzałem na nią pytająco. - Powiedzmy, że wcześniej spotykałam samych chamskich napaleńców, aktorów, którzy marzyli tylko o jednym. Nie szanowali po prostu dziewczyn i tyle. Nie rozumieli, że chcę zachować czystość dla kogoś ... - w tamtej chwili się zacięła. Chyba nie miała zamiaru się tak zagalopować. W sekundę, poliki blondynki zalał rumieniec, a wzrok wpiła w ziemię. Spuściła głowę zawstydzona.
- To znaczy, że ... - jakoś nie mogło mi to przejść przez gardło.
- Tak. Jestem dziewicą - moje przypuszczenia się potwierdziły. Widocznie czuła się zakłopotana, jednak nie widziałem ku temu powody. Dlatego postanowiłem to zmienić. Ująłem podbródek Julii i zmusiłem do kontaktu wzrokowego.
- Nie masz się czego wstydzić, to powód do prawdziwej dumy. Mało kto jest zdolny do czegoś takiego - przyznałem swój podziw. Wyrwała twarz z mej dłoni.
- Nie rozumiesz, tu nie chodzi tylko o miłość, ale o to jaka jestem. Wstydzę się zbliżyć do kogoś, bo nie akceptuję siebie. Tym samym, nie jestem zdolna do tego, aby przyswoić, iż ktokolwiek inny mógłby to uczynić. Dlatego traktuję to jako kolejną z wad, Harry - wyrecytowała z pomieszaniem smutku i wściekłości. Nic nie odparłem. Zwyczajnie objąłem ją i przytuliłem do swojego ramienia. Nawet nie wiem kiedy zacząłem nucić " As long as you love me " ,  sam nie wiem czemu. To chyba był impuls. Nawet nie zauważyłem, a Juls po prostu zasnęła. Wyglądała uroczo. Kiedy spała zawsze się uśmiechała, do tego zdarzało się jej odpowiadać o swoim dniu lub śpiewać. Przyznam, że potrafiłem nie spać pół nocy, aby jej słuchać, a później odsypiać kiedy ona jest już na nogach. Lubiłem kiedy zdarzało się jej bycie niezdarną, wydawała się wtedy taka bezbronna i słodka. A przeważnie zgrywała niezależną i silną, a takie zakłopotanie z jej strony stanowiło przemiłą odmianę. Do tego kiedy przy swoim imponującym wzroście nie mogła czegoś dosięgnąć, choć była pewna, że to się jej uda ... - przezabawne. Te jej przesadzone twierdzenie: " Dam radę sobie sama" , wydawało mi się nad wyraz śmieszne i urocze. Chyba jedyną wadą, którą w niej postrzegałem była właśnie niewiara w samą siebie. Wszystko inne stanowiło dla mnie w Julii ideał. Nie chciałem, żeby się zmieniała. Pragnąłem, aby tylko stosunek blondynki do siebie uległ małej rewolucji. Wszystko inne mogło zostać jakie było, a nawet musiało. Bałem się powrotu do rzeczywistości, wszystko mogło wyparować. Chwile - to co się liczy w życiu, wtedy zacząłem doceniać to jak nigdy wcześniej...







Hejka! Dzisiaj witam Was z tym oto powyższym rozdziałem, który mam nadzieję, się spodoba :) Piszcie co myślicie o Harry'm w tym opowiadaniu i jak potoczą się dalsze losy bohaterów ;) Uda się mu zmienić Julę na pewną siebie dziewczynę? :DD
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

niedziela, 25 października 2015

Imagin Lilo - zamówienie

- Jak to mamy ją wyciągnąć z paki? - pretensjonalnie zapytał Liam.
- Normalnie. Mam znajomości i wszystko załatwię, jeżeli chodzi o formalności, ale trudniejszym zadaniem jest przekonać ją żeby wybrała naszą propozycję od gnicia w więzieniu. Z resztą, z tego co wiem to bardzo zależy jej, aby wyjść na wolność - wyrecytował szef czyszcząc swoją broń.
- Kiedy? - prychnął Payne.
- Jutro po południu - odparł Tomlinson.
Louis, Liam i reszta pachołów niebieskookiego znaleźli się w więzieniu dla kobiet, w którym przesiadywał cel zbirów. Po przejściu kilku inspekcji osobistych weszli do pomieszczenia, gdzie przy długim, metalowym stole siedziała ona. Czarne jak smoła włosy, oczy tego samego koloru, dzięki soczewkom, bardzo mocny mroczny makijaż, ubrania ze skóry z łańcuchami przy kieszeniach. Sroga mina gościła na twarzy dziewczyny.
- Możesz już dzisiaj opuścić to okropne miejsce, ale jest warunek - zaczął Tomlinson. Nie otrzymał żadnej odpowiedzi, nadal pozostawała niewzruszona. - Mamy problem z jednym lewym handlowcem ekskluzywnych samochodów. Wchodzi na nasz rynek, psuje opinie i przede wszystkim jego świta wybija moich ludzi. Nie jesteśmy w stanie samodzielnie sobie z nim poradzić. Potrzebujemy kogoś... Doświadczonego, tak to dobre słowo. Kogoś kto będzie wiarygodny i skuteczny. Potrzebujemy ciebie - kontynuował. Ona tylko spojrzała na jego twarz czekając na dalszy ciąg. - Po tej sprawie jesteś zupełnie wolna, możesz robić co chcesz i jak chcesz. Już nam nie podlegasz - dokończył. Przeskanowała swoim chłodnym spojrzeniem postać niebieskookiego. Przez tego bezuczuciowego faceta, który zabija z zimną krwią, przeszły dreszcze. Nieco wystraszył się samego wzroku dziewczyny.
- To kobieta. Zakładam, że połowa waszej historii jest zmyślona i zapewne chodzi o coś osobistego co zaszło pomiędzy tobą, a nią. Nie chcesz oskarżeń o braku umiejętności bycia profesjonalnym. Ja mam po prostu ją załatwić, a ty przejmiesz jej interesy, bo jak znam życie coś cię z nią dalej łączy. Korzystasz na tym podwójnie, dlatego i mi zapłacisz, bo inaczej nie masz wyjścia. Przecież jestem ostatnim kołem ratunku, bo laski są dla ciebie za słabe, jeżeli chodzi o interesy i nie znasz ich za wiele. A ja jestem najbardziej znanym fachowcem, co szybko cię tu doprowadziło. Także chce pół miliona i potwierdzenia pewności, że po sprawie jestem nietykalna - odezwała się bez uczuciowo. Przejrzała cały spisek na wylot. Mężczyźni wymienili zszokowane spojrzenia. Chyba każdy z nich się wystraszył. Louis zaniemówił na dłuższą chwilę. Nie miał pojęcia jak tak szybko udało się jej rozszyfrować, skoro od trzech lat siedziała za kratkami. Starał się złożyć jakieś sensowne zdanie w głowie.
- Stoi, dostaniesz oba. Powiedz czy się zgadzasz - tylko na tyle było stać Tommo. Prychnęła rozbawiona postawą zdesperowanego gangstera.
- Niech będzie - obojętnie zgodziła się.
- Tak przy okazji - wtrącił się Payne. - w twoich wszystkich kartach brak jakichkolwiek informacji na temat twojej tożsamości. Jesteś bezimienna, nie masz dokumentów. Przyjęto tylko umowną datę urodzenia, a twoje imię nadano ci tu. Dla nas jesteś "Numer 47", ale czy możesz powiedzieć jak naprawdę się nazywasz? - naiwnie zapytał wystraszony nią Liam.
- Tak, pewnie - odpowiedziała zwracając na niego uwagę. - Dzisiaj mogę być Amanda Giggle, jutro Klara Tyson. Wybierz sobie jakieś imię, a tak mogę mieć na imię - zaśmiała się szydząc postacią ciemnookiego.
- Nieważne - przerwał Louis. - Zabieramy cię już teraz - oznajmił. Ruchem dłoni nakazał swoim pachołom wyjść. Szepnął Payn'owi, aby zawołał ochroniarzy pracujących w placówce. Został sam na sam z "Numerem 47".
- Powiedz, byliście razem czy zabiła ci kogoś ważnego? - zapytała swoim stałym tonem. Brunet wpił spojrzenie w ziemię.
- Wybierz sobie jaką opcję, a tak może być - użył jej mechanizmu obronnego. Parsknęła w odpowiedzi.
- Nie musisz być taki jak ja, później ciężko jest przestać, a tajemnice są tylko dla mocnych. Oboje wiemy, że nie jesteś taki z własnej woli i życie zmusiło cię do przestępczości. Masz jeszcze wyjście, proponuje podjąć tą decyzje. Dobrze wiesz co mam na myśli - wyrecytowała. Niebieskookiego znów zatkało. W tamtej chwili wtargnęli pracownicy więzienia i rozkuli dziewczynę. Po załatwieniu paru formalności świta Tomlinson'a przewiozła dziewczynę do siedziby. Poznała cały plan, została uzbrojona i otrzymała wszystko co było potrzebne do misji. Dochodziła godzina 23.00, wszystko było już przygotowane. "Numer 47" robiła ostatnie poprawki co do siebie i swojej broni w biurze Louis'a, który zniknął na długi czas z budynku. Niespodziewanie Tomlinson znalazł się przy niej.
- Koniec zabawy - odezwał się. Spojrzała w lustro i spotkała się z jego wzrokiem. - Nie chcę tego, to koniec. Dostaniesz to co miałaś obiecane, ale chcę się odłączyć. Wracam do normalnego życia - dodał. Odwróciła się.
- Nie - zaprotestowała.
- Jak to nie? - warknął.
- Nie pójdzie ci to tak łatwo, potrzebujesz kogoś kto zna się na ucieczkach, na rozpływaniu się w powietrzu, kto pomoże ci zniknąć. Zbyt wiele przestępstw masz na koncie, za dużo finansów, spółek, inwestycji w nielegalne i wrogów. Nikt ci nie odpuści, teraz cię nie ruszając bo masz interes, ale jak tylko zostawisz tą ochronę bańka mydlana pęknie i nie miną dwa dni, a zginiesz - wyjaśniła zwięźle. Fakt - nie pomyślał o tym.
- Co sugerujesz? - nareszcie się odezwał. Wiedział o co jej chodzi i to stanowiło tu największą zagadkę.
- Nie lubię dostawać pieniędzy za nic, a obecnie ich potrzebuję, więc ci pomogę. Uwolnisz się z przestępczego świata za moją pomocą, ale nie znasz mnie. Jasne? - przez zęby wycedziła. Zastanowił się przez moment.
- Zgoda - i tak zmieniło się wszystko. Początki nie były łatwe. Prawie jej nie widywał, a ona wciąż była blisko. Działała w ukryciu, tak aby nikt nie był w stanie się o niej dowiedzieć. Tylko Lou stał się wybrankiem godnym tej informacji. Rzeczywiście była w tym wspaniała. Szybko pozbyła się wszelkich informacji na temat Louis'a zastępując je fałszywymi. Każdy jeden system ochronny, przestępczy czy państwowy został przez nią zwerbowany. Nikt nic nie miał na Tommo, jeżeli chodzi o zapisane akta. Zajęła się także jego spółkami, wspólnikami i niedokończonymi sprawami w skuteczny sposób. Tomlinson jakby dosłownie wyparował, a nadal zamieszkiwał ten sam kraj. Miał czystą kartę i nowe życie. " Numer 47" z sukcesem zakończyła swoją robotę. Tym samym wyparowała i Louis, który zadurzył się w niej, już nigdy jej nie zobaczył. Ale poznał jej imię, zupełnie przypadkiem, sama mu powiedziała. "Przypadkiem", który zaplanowała. Chciała, żeby choć jedna tajemnica ujrzała światło dzienne. Uznała, że Louis jest dobrym wyborem, jeżeli chodzi o to. I tak do końca... (T.I) nie mogła się zmienić, nie umiała, ale była idealna taka jaką była. (T.I) - sławny "Numer 47"...




Hejka! Oto zamówienie dla Ewy, mam nadzieję, że się spodoba :)) Starałam się Kochana i mam nadzieję, że nie jest zły i czegoś takiego oczekiwałaś :)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

sobota, 24 października 2015

Little Sweet Angel 74

Pod budynkiem zamieszkałym przez Styles'ów rzeczywiście czekali już foto reporterzy. Sprawnie ich ominęłyśmy i wparowałyśmy do środka.
- Chcecie mi coś powiedzieć? - w korytarzu natrafiłyśmy na wściekłego Hazz'ę.
- Harry... - zaczęłam. Nie zapowiadało się wesoło...
***
- Mogło się wam coś stać, zwłaszcza tobie - oschle rzekł.
- Przepraszam - spuściłam głowę.
- To nasza wina - wtrąciła się Gemma.
- Nie prawda - zaprotestowałam.
- Michell ... - zaczęła Anne.
- Nie, sama się na to zdecydowałam - nie pozwoliłam jej, aby się obwiniała. Spojrzałam na Harold'a, który nadal nie tracił powagi. W jego źrenicach mieszało się kilka emocji. Złość, strach, zawód, miłość, troska, ale żadna z nich szczególnie nie przeważała.
- Masz zakaz wychodzenia samotnie z domu - oznajmił surowo. Myślałam, że się przesłyszałam. Wtedy mnie coś trafiło.
- Słucham? - jęknęłam nie dowierzając. - Nie pozwolisz? Harry, kocham cię i chcę z tobą być, ale nie  możesz dyktować mi jak, kiedy i z kim, rozumiesz? Już to przerabiałam i dziękuję za powtórkę. Nie możesz mi niczego zakazywać, nie jesteś moim panem, a ja nie jestem twoją podwładną i nigdy ją nie będę. Myślałam, że jesteśmy na zupełnie innym etapie... Najwyraźniej się pomyliłam. Przepraszam, że chcę funkcjonować jak normalny człowiek i wychodzić z domu, a nie tak jak mój szef mi każe - zakończyłam recytowanie z nutką sarkazmu. Nie przeszkadzał mi fakt, iż jego matka i siostra stoją obok, po prostu wdeptałam go w ziemię. Chociaż to może zbyt brutalne stwierdzenie... W każdym razie, odpowiedziałam mu tak, aby poczuł, że popełnił błąd mówiąc to. Szybkim krokiem ruszyłam na górę i złapałam za komórkę. Zamknęłam się w łazience i wybrałam numer do siostry.
- Tak? - po drugiej stronie usłyszałam głos Niall'a.
- Emm... Nialler? Możesz dać mi do telefonu Tats? - zapytałam zdziwiona.
- Jesteśmy na USG, więc nie bardzo - odparł ze skruchą.
- Ah, rozumiem. I jak dzidzia? - uśmiechnęłam się sama do siebie na myśl o tym, że niebawem zostanę ciocią.
- Bardzo dobrze, maluch zdrowy - zarechotał blondyn.
- To wspaniale, pozdrów ich. Powiedz Tatian'ie, żeby oddzwoniła do mnie w wolnej chwili - poprosiłam.
- Dzięki, przekażę. Pa - pożegnał mnie radośnie cmokając na koniec.
- Cześć Horan - zachichotałam. Strasznie chciałam pogadać z kimś bliskim, potrzebowałam rozmowy. Padło na Luke'a.
- Jak tam? - odebrał.
- Ahh... - westchnęłam. Jak zwykle minęły dwie godziny zanim wymieniliśmy się swoimi żalami i pocieszaliśmy się nawzajem. Pomogło mi to. Postanowiłam wziąć prysznic i przebrać się w piżamę, gdyż i tak nastała godzina 20.00. Kiedy byłam już gotowa i wyszłam z toalety, w sypialni zastałam Harold'a. Siedział na łóżku wpatrując się w podłoże. Nie zwracając uwagi na chłopaka odłożyłam swoje ubrania do walizki. Już miałam wychodzić, kiedy ujął mój nadgarstek. Odwróciłam się i spotkałam z jego przepełnionym poczuciem winy spojrzeniem.
- Michi, wybacz. Źle to zabrzmiało - przyznał. - Nie chciałem tego tak ująć. Przepraszam. Zachowałem się jak kretyn. Nie jesteś moją własnością, wiem to. Po prostu strasznie się o ciebie boję po tym wszystkim i dzisiejszy dzień wzbudził we mnie tyle emocji, że ... Nie umiem nawet tego zobrazować. Przepraszam, nie chcę się już kłócić - nie umiałam nie wybaczyć zielonookiemu.
- Dobrze Harry, ale nigdy więcej - pogroziłam mu palcem.
- Obiecuję, kochanie - ucałował mój policzek. - A teraz zapraszam na kolację! - przerzucił mnie sobie przez ramię i zniósł na dół.
- Nie lubię jak nosisz mnie jak worek ziemniaków - prychnęłam.
- Noszę cię jak worek z milionem dolarów słoneczko - zażartował.
- Zabawne - parsknęłam. Na stole pojawiły się same smakołyki. Oczywiście, starałam się zjeść jak najwięcej i zdecydowanie szło mi coraz lepiej. Kolacja we czwórkę minęła przyjemnie, choć na początku panowała lekko niezręczna atmosfera. Kolejno udałam się z Hazz'ą do pokoju na piętrze, gdzie obejrzeliśmy film i zasnęliśmy.
Późniejsze dni zapowiadały się ciężko, przez huczące o mnie media. Wypisywali przeróżne głupoty. Kilka razy przyczyną mojego zasłabnięcia było poronienie, choć nawet nie byłam w ciąży. Poważnie, to co podawali niczego nieświadomym ludziom było niedorzeczne. Jednak starałam się żyć jak najnormalniej. Wszystko stopniowo cichło.
Po tygodniu spędzonym w Holmes Chapel mieliśmy wylecieć do Mullingar, lecz postanowiliśmy zostać przez jeszcze trzy dni. Właśnie wybrałam się z Harry'm na spacer, kiedy zadzwonił mój telefon. Odebrałam, a kiedy dotarło do mnie to co usłyszałam, urządzenie roztrzaskało się o beton pode mną. To niemożliwe! - krzyknęłam w myślach...


Hejka! Wybaczcie, że wczoraj nic nie było, a dzisiaj tak krótko i późno, ale wczoraj trening, dzisiaj pogrzeb mojej wychowawczyni z podstawówki i tak o :'( Mam nadzieję, że rozdział bardzo nie rozczaruje ;) Piszcie ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*
P.S. Zapraszam do składania zamówień! :D 

czwartek, 22 października 2015

Imagin "Puzzle"



UWAGA! IMAGIN ZAWIERA SCENY DRASTYCZNE ( NIE EROTYCZNE! ) JEŻELI ODSTRĘCZA CIĘ KREW, URAZY I RZECZY TEGO TYPU NIE CZYTAJ TEGO!!! OSOBY PONIŻEJ 12 ROKU ŻYCIA W OGÓLE NIE POWINNY ZABIERAĆ SIĘ ZA CZYTANIE TEGO! 





Ta dziewczyna nigdy nie miała zwyczajnego życia. Zawsze wyróżniała się z tłumu. Nie ubiorem, makijażem czy fryzurą, a czynnikiem, jakiego zwyczajnie nie da się opisać słowem. Po prostu miała to sławne "coś". Tajemnicza, wolna i ciekawa świata - tak można było streścić ją ogólnikowo. Jak co noc usiadła na daszku, który rozciągał się tuż za oknem sypialni nastolatki. Bezchmurne niebo dawało idealny widok na gwiazdy oraz kawałek księżyca. Drzewa w lesie przed domem rodzinnym kobietki, bujały się pod wpływem letniego wiatru. Niemal idealną ciszę uzupełniało cykanie owadów i dźwięki, które wydaje sowa po zmroku. Myślała o wszystkim i niczym. Piękna dziewczyna, piękna noc, a przyszłość taka obrzydliwa. Tak obrzydliwa. Spokojna małoletnia nie miała pojęcia co ją czeka. Spomiędzy świerków dobiegł niezidentyfikowany hałas. Jak zawsze ciekawska młoda dama udała się sprawdzić źródło dźwięku. Nie zawahała się ani chwili. Zeskoczyła na trawnik i przeszła przez płot. Znalazła się w ciemnym lesie, gdzie ledwo co zauważała drzewa. Po plecach nastolatki przebiegł chłodny dreszcz, co wydawało się dziwne w tak gorący wieczór. Gęsia skórka pojawiła się na jej ciele. Strach nadal nie ogarniał odważnej poszukiwaczki przygód, brnęła przed siebie nie martwiąc się o swój los. Mimo, że cisza biła od dłużej chwili to ona się nie poddawała. Miała przeczucie, wcale nie dobre. Wiedziała, że skończy się to źle, lecz nadal mknęła, jakby miała to być najważniejsza rzecz na świecie. Miała świadomość tego, iż się zgubiła. Ktoś za nią szedł, a kiedy zdała sobie z tego sprawę nie zareagowała. Nadal szła, nie przyspieszyła, nie zwolniła. Przechodziły ją nieprzyjemne prądy.
- Ból - to słowo ją zatrzymało. Stanęła nieruchomo nadal równomiernie oddychając. Przerażenie jednak już się w nią dało. Ostatnia krzta nadziei na przeżycie wyparowała. Zdała sobie sprawę, że stoi na krańcu górki, z której był widok na światła miasta. Zdecydowanie lepiej widziała, dzięki nim. Serce zaczęło bić jej coraz mocniej, a pot lał się z niej. W myślach żegnała się już z życiem. Na swojej dłoni poczuła ostrze. Zerknęła w prawo. Zanim ujrzała nóż, do jej pleców przywarła osoba sporo większa od niej. Wolną dłonią napastnik przejechał po policzku dziewczyny pozostawiając swój obleśny oddech na jej szyi. Kolejno zostawił białe ślady na ramieniu nastolatki po swoich długich paznokciach. Nóż wbił się w bladą skórę dziewczyny. Zacisnęła zęby. Łzy pojawiły się w jej oczach. Wtem ostrze trafiło jeszcze głębiej przecinając po kolei żyły młodej kobiety. Krew sączyła się powoli, a cierpienie stawało się coraz bardziej uciążliwe. Niespodziewanie została złapana za włosy i położona na ziemię. Oprawca ciągnął ją po ziemi, na której natrafiała na kolce, ostre kamienie i gałęzie, jakie raniły jej plecy i nogi. Krzyczała, ale to nic nie dawało. Znalazła się w ... Domku, drewnianym domku w środku lasu. Została przykuta do krzesła z ćwiekami, jak z średniowiecza. Każdy jeden wpił się w dziewczynę pozostawiając po sobie okropny ból. Z pociętej kończyny nastolatki mocno tryskała krew, czego nie dało się zatamować. Płacz w niczym jej nie pomagał. Żałowała swojej głupiej decyzji. Mężczyzna przejechał opuszkami palców po czerwonej cieczy, kolejno oblizał każdy z nich delektując się ukochanym smakiem. Postanowił zacząć oprawiać resztę swojego chorego dzieła. Ujął wcześniejsze narzędzie i skupił się na nacinaniu ścięgien u lewej nogi nastolatki, która nie szczędziła okrzyków cierpienia. Czynił to dokładnie, ze skupieniem, jakby trzymał dziecko. Pierwszy wycięty przez niego skrawek mięśnia powiesił na haku wiszącym na ścianie. Odstającą z łydki skórę oderwał jak plaster. Powąchał swoją zdobycz i zaśmiał się zwycięsko. Rzucił mięso na podłogę i począł kontynuować. Postanowił przyspieszyć przyjemny dla niego proces zamieniając nóż na tasak. Pozbył się prawej ręki, która zdawała się być dla niego skończona. Odrzucił ją na bok i zajął się wyciąganiem wypadających z ciała, pół żywej dziewczyny, narządy, żyłki i kości. Czynił to z nieprawdopodobną łatwością, gdyż nie tamten raz nie stanowił pierwszego. Wrzaski zaczęły go drażnić, więc ze spokojem zaszedł nastolatkę od tyłu i skręcił jej kark z przyjemnością. Rozciął jej klatkę piersiową, brzuch, odciął głowę. Wszystko układał w rzędzie na podłodze. Kiedy dzieło zostało skończone uśmiechnął się zwycięsko. Odsunął krzesło i padł na kolana, aby wetrzeć w siebie krew rozlaną po panelach. Delektował się wonią i smakiem czerwonej cieczy. Powstał i zaczął składać części w jedną całość. Z kończyn, mięśni, kości i narządów trupa ułożył napis, który przypiął na hakach zawieszonych na ścianie ~ "Ból". Zaśmiał się tak, że wystraszyłoby każdego, jak miał w zwyczaju i oblizał dłonie. Pozostało mu tylko czekać na kolejną ofiarę. Nie mógł się doczekać, musiał wymyślić nowe słowo do swoich kolejnych puzzli. Padło na " żal ". Każda kolejna zabawa wydawała się coraz bardziej przyjemna, a powtarzała się coraz częściej i częściej. A czy ty lubisz nocne spacery po lesie? Zapraszam do zabawy...




Hej! Witam Was w czymś co w ogóle nie powinno być tu wstawiane, ale za prośbą moich dwóch najukochańszych czytelniczek zgodziłam się wstawić coś w moim ulubionym stylu :) Rozumiem, że może się nie spodobać, bo nie każdy lubi takie klimaty, tak samo nie jest to szczyt moich możliwości, ale nie chciałam, aby było za drastycznie, bo nie taki był zamiar na prowadzenie tego bloga ;)) Mam tego wszystkiego więcej, ale postanowiłam, że raczej więcej nie  będę wstawiała tego typu imagin'ów, gdyż to nie dla każdego, a moje opowiadania miały właśnie takie być :) Przepraszam, jeżeli kogoś przestraszyłam albo zniechęciłam, czy zniesmaczyłam, ale takie rzeczy uwielbiam pisać i tak wyszło =^.^= Choć trzymam więcej krwawych historyjek i to zdecydowanie bardziej chorych, to pozostawię je dla siebie, żeby nie przesadzać ;D Mam nadzieję, że mimo wszystko nie jest tak źle :3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

środa, 21 października 2015

Save me 3

Moje życie kręciło się tylko i wyłącznie wokół Adley. Poza pracą mało co mnie obchodziło. Czasami, aż sam sobie się dziwiłem. No może była jeszcze jedna rzecz, która znaczyła dla mnie bardzo dużo, a ją pominąłem - Acris...
***
Adi skończyła sześć lat, urządziłem jej urodziny w parku linowym wraz z Acris. Mała i jej zaprzyjaźnieni rówieśnicy bawili się świetnie. Minęło kilka dni. Styrany wróciłem z pracy po długim dniu, lecz już cieszyłem się na powrót do domu, gdzie czekała mnie zabawa z Dley.
- Boo Bear! - usłyszałem kiedy tylko znalazłem się w wejściu. Mała wskoczyła na mnie i ucałowała w polik.
- Hej, księżniczko ty moja - ucieszyłem się. - Jak było dzisiaj z Lottie i mamą? - zapytałem krocząc w kierunku salonu z brunetką na rękach.
- Dobrze, ale Charlotte nie przyszła, bo dzisiaj zaczęła szkołę, nie pamiętasz? - zachichotała bawiąc się skórą na moich policzkach.
- Zupełnie wypadło mi z głowy - zaśmiałem się.
- Nie uwierzysz co się dzisiaj stało - puściła moją twarz. Zerknąłem jej w oczy. - Poznałam dzisiaj takiego Adama, odwiedził mamę, wiesz? - uśmiech natychmiast zniknął z mojej twarzy. Właśnie znalazłem się w salonie. Ujrzałem przejętą Acris stojącą przy sofie. Postawiłem małą na nogi nie spuszczając wzroku z Cris.
- To wspaniale, słoneczko. Może pójdziesz przygotować koce i krzesła, co? Za jakiś czas się pobawimy, bo teraz muszę porozmawiać z mamusią. No leć - posłałem radosną niebieskooką do jej pokoju.
- Louis, on tu był - westchnęła zestresowana. Zbliżyłem się do przyjaciółki.
- Czego chciał ten łajdak? - warknąłem jak najciszej, aby Adley nie usłyszała.
- On chce... On chce do mnie wrócić Louis - głos dziewczyny zadrżał, a w mojej głowie te słowa odbiły się echem. Ciemność stanęła mi przed oczami na kilka sekund, zrobiło mi się słabo, a świat zawirował. Jednak udało mi się pozostać przy zmysłach. Wiedziałem jak to się skończy, już wiele razy przerabiałem tą historię. Jednak tamtym razem zabolało zdecydowanie mocniej, gdyż nie traciłem jednej, a dwie najważniejsze dla mnie osoby. Mętnym wzrokiem, ze łzami w oczach spojrzałem na twarz Acris.
- I co zamierzasz? - z ostatnią krztą nadziei w tonie zapytałem. Wpiła spojrzenie w podłogę, a ja już znałem odpowiedź. - Po tym wszystkim? - jęknąłem.
- On się zmienił i pragnie stworzyć z nami prawdziwą rodzinę - odparła. To był cios poniżej pasa. Nigdy nie spodziewałbym się takich słów skierowanych przez Crisi.
- Dobrze wiedzieć, że nigdy nie potrafiłem wam jej stworzyć, nie ważne jak się starałem - rzekłem i odszedłem zapłakany.
- Lou to nie tak, źle to powiedziałam! - usłyszałem za sobą, ale to mnie nie zatrzymało. Znalazłem się w łazience. Łzy lały się po moich policzkach strumieniami, siedziałem na podłodze i starałem się uspokoić. Niespodziewanie drzwi się uchyliły. Byłem wręcz pewien, że to Acris. Jednak po paru sekundach do mojego ciała przywarła Adley. Nic nie mówiła, po prostu się do mnie przytuliła. Nie dociekała, zwyczajnie starała się mnie pocieszyć. Moje serce choć na moment zapomniało o tym co będzie miało miejsce. Po chwili to wróciło i zabolało ze zdwojoną siłą. Wiedziałem, że za jakiś czas już nie będę mógł wychowywać Adi. Nie będzie już moją najsłodszą Dley, która czeka na mnie co wieczór z szerokim uśmiechem. Zwyczajnie nic nie będzie takie samo. Ściskałem małą, jakby miał to być nasz ostatni raz w życiu.
- Kocham cię - szepnęła. Ucałowałem czubek jej głowy i uśmiechnąłem się sam do siebie, mimo wszystko.
- Kocham cię, księżniczko - powtórzyłem tak samo cicho. Udało mi się zatrzymać lament. Przebrałem się w coś wygodnego i ruszyłem do pokoju Adley. Bawiłem się z nią i kompletnie z głowy wyleciały mi problemy, nic tylko ona. Po kąpieli małej, ułożyłem ją do snu, przeczytałem bajkę i kiedy zasnęła, wróciłem do swojej sypialni. Tamtego dnia, już nie zobaczyłem Acris.
Obudziła mnie jak zawsze Ad.
- Dzień dobry - przywitała się wskakując pod moją kołdrę.
- Hej, maluchu - zacząłem ją łaskotać.
- Boo Bear? - mruknęła kiedy zapadła chwila odpoczynku po fali śmiechu.
- Tak kochanie?
- Nie zostawisz mnie, prawda? - smutnym wzrokiem na mnie zerknęła. Zrobiłem się poważny.
- Oczywiście, że nie. Nigdy - odpowiedziałem jeżdżąc kciukiem po policzku brunetki.
- Nie chcę się wyprowadzać, nie chcę mieszkać z nikim innym - na różowym policzku niebieskookiej pojawiła się łza. - Adam nigdy nie będzie tobą, nie chcę innego Boo Bear - rozkleiła się. Nie miałem pojęcia skąd wiedziała o tym wszystkim. Natychmiast ją przytuliłem. Serce pękało mi słuchając jej płaczu.
- Nie pozwolę na to, obiecuję - odezwałem się. Odkleiła się ode mnie i otarła słodką buźkę.
- Naprawdę? - jęknęła.
- Tak - moje usta przywarły do czoła Adley.
- Dley! Śniadanie - w drzwiach stanęła Cris. Mała obdarowała mnie całusem w policzek i wybiegła w podskokach z pomieszczenia. Moja mina zrzedła. Blondynka nadal się nie ruszyła i wpijała ślepia we mnie. Niechętnie wstałem nie zwracając uwagi na przyjaciółkę. Ubrałem koszulkę i przeczesałem włosy ręką. Właśnie mijałem dziewczynę w wejściu, kiedy złapała mnie za obie ręce i zmusiła do kontaktu wzrokowego.
- Czego więcej ode mnie chcesz? - mruknąłem.
- Lou, dobrze wiesz, że wczoraj nie chciałam tego powiedzieć. Uwielbiam cię, tak wiele dla nas zrobiłeś i jestem za to ogromnie wdzięczna. Tyle tylko, że on naprawdę się zmienił... - tonem, który zawsze mnie przekonywał, powiedziała.
- I ty poważnie masz zamiar tak mnie zostawić i wrócić do kogoś kto zostawił cię w najtrudniejszym momencie twojego życia? Tak po prostu, po tych niemal siedmiu latach masz zamiar odebrać mi jedyne szczęście jakie miałem dzięki wam? Nie wierzę, że podejmujesz aż tak nieodpowiedzialną decyzję - warknąłem i zostawiłem ją samą. Nie potrafiłem przeboleć tego wszystkiego.
Nie minął tydzień, a ja zostałem sam. W tym wielkim domu, wszędzie było pusto. A ja tęskniłem za tym uroczym chichotem, zabawami, całusami, słowami " Kocham cię ", a najbardziej po prostu za ich obecnością...




Hejka! No to jestem! :) Mam nadzieję, że rozdział nie taki zły :3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

poniedziałek, 19 października 2015

Uninhabited 8

- Niesamowite - przyznałam. 
- Kiedy nabierzesz dobrych wspomnień z czymś, czego się boisz, automatycznie zaczyna się to stawać normalne i nie należy już do grupy fobii, zawiązanych w twojej głowie - odezwał się. 
- To wspomnienie, na pewno mi pomoże - mój wzrok ponownie spotkał się z jego zielonymi źrenicami. Nie mogłam uwierzyć jak świetnego człowieka miałam szczęście spotkać...
***
Kolejnego dnia pogoda nadal nie dopisywała, ale mi to już nie wadziło. Zaczęłam dostrzegać plusy takiej aury. Pokochałam deszcz. Jedynym minusem burzy stał się chłód. Robiło się coraz zimniej, a Harry nie chciał, abym oddała mu jego koszulę. Źle czułam się z tym, że przeze mnie traci.
- Idę poszukać czegoś do jedzenia - oznajmił.
- Poczekaj! Też idę - ruszyłam w ślady zielonookiego.
- Nie wiem czy to najlepszy pomysł - zatrzymał mnie.
- Dlaczego? Przecież i tak na mnie pada, a wszystkie świństwa, które mogą mnie ukąsić czy użądlić się pochowały przed ulewą - skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej.
- Ehh, no dobrze - westchnął. Po kilkunastu minutach poszukiwań, dostrzegłam owoc na drzewie. Wzrokiem przebiegłam po otoczeniu i nie dostrzegłam Harold'a. Postanowiłam samodzielnie zdobyć cel. Hazz i tak robił o wiele za dużo, po za tym po raz kolejny musiałabym obciążyć jego ramiona, co nie wydawało się przyjemną perspektywą, zwłaszcza dla mnie. Uwiesiłam się na gałęzi i podciągnęłam się, pomagając sobie oparciem nóg na pniu drzewa. Zaczęłam przesuwać się do końca wybranej gałęzi, gdzie wisiał pożądany owoc. Nie było wysoko, może z dwa metry, lecz miałam obawy, jak to ja. Kiedy w mojej dłoni spoczął przyszłe śniadanie, rzuciłam go na ziemię, a sama zawisłam na gałęzi. Niespodziewanie poczułam dłonie na swoich biodrach, kolejno ramię pod sobą. Siedziałam na lewym ramieniu Styles'a.
- Chcę na ziemię - przez zaciśnięte zęby wycedziłam. Miałam wrażenie, że lokaty zaraz się pode mną załamie, a ja znów się skompromituję.
- Nic się nie stanie, jesteś lekka. Wcale mi nie ciążysz - odpowiedział.
- Harry, nie czuję się komfortowo - powiedziałam zdenerwowana.
- Jesteś piękna, nie masz czego się wstydzić. Popatrz, mogę skakać - zaczął to robić próbując udowodnić swoją rację. - mogę tańczyć - kręcił obroty nadal mnie trzymając. - Mogę cię nawet po podrzucać!
- Co?! Nie! - tylko tyle zdążyłam wykrztusić zanim zaczęłam latać we wszystkie strony za jego sprawą. Na plecy, na ręce, korba, obrót, niżej, wyżej. Chyba znalazłam się w każdej możliwej pozycji. Może nie było to delikatne, ale nie czułam się już tak skrępowana. Sama nie jestem pewna dlaczego. Nareszcie skończył i postawił mnie na nogi. Zakręciło mi się w głowie, a on znów musiał mnie podtrzymać. Nasze ciała, praktycznie, się stykały. Gdy odzyskałam wyraźny obraz i nieruchomy grunt, spojrzałam Harry'emu w oczy. Wyglądał, jakby czekał na cios. - Zabiję cię kiedyś - wydusiłam.
- Czemu? Chcę pokazać ci, że nie jesteś gruba i ciężka. Jesteś piękna! Kobieca i seksowna. Masz cudowne ciało i śliczną twarz, nie potrzebujesz być nikim innym, bo jesteś wspaniałą sobą. Uwierz mi, jesteś niesamowita - wyrecytował bez zająknięcia. Łzy stanęły w moich oczach. Przytuliłam się do chłopaka. Krople deszczu uderzały w nasze ciała co sprawiało, że mój płacz nie był widoczny dla chłopaka.
* Oczami Harold'a
- Dziękuję - wyszeptała. - jeszcze NIGDY tego nie słyszałam - dodała. Myślałem, że się przesłyszałem. Słowo "nigdy" w tym zdaniu zdecydowanie mnie przeraziło.
- Nie komplementowano cię? - zapytałem zmartwiony. Oddaliła się ode mnie i westchnęła.
- Nie. Moi rodzice byli zdania, że przez to stanę się pyszna. Oczywiście kilka osób rzucało komplementy na wiatr, ale wiadomo jak to jest. Za chwilę odwrócili się plecami i skomentowali mój wygląd w drugą stronę - smutno odparła. Wróciliśmy do obozowiska. Rozpaliłem ognisko pod daszkiem i obrałem owoc, aby był do zjedzenia. Dziewczyna zaimponowała mi swoją odwagą, kiedy opowiedziała o swoich kompleksach. Przypuszczam, że dla kobiety nie jest to łatwe, a zwłaszcza kiedy zwierza się mężczyźnie. Postanowiłem zapewnić ją, że nie jest sama w nieidealnym życiu. Chciałem podtrzymać ją na duchu. Przechodziłem przez podobny okres i samodzielnie się z niego wykaraskałem, pragnąłem pomóc jej uczynić to samo. Oprócz słów, łez i wahań emocji, kiedy natoczył się temat wagi, bądź tuszy, Julia miała swoje nieświadome zachowania. Małe szczegóły pokazywały jak niepewna siebie bywa, a jak silną zgrywa. Miałem wrażenie, że na umór chce grać kogoś kim nie jest. Musiałem to zmienić, to stało się moim celem. Troszczyłem się o nią. Wydawała mi się oryginalną osobowością. Może to zabrzmi tandetnie i banalnie, ale widziałem w niej kogoś wyjątkowego. "Odkryć co kryje ta dusza?" ~ to zrobię...




Hej! Kochani wybaczcie, że tak późno i coś takiego, ale wena się dzisiaj jakoś mnie nie trzyma i ogólnie zmęczona jestem po szkole, bo od 7.45 do 16.00 i masakra :/ Kartkówki, sprawdziany, przygotowania, prace klasowe itd. Za dużo tego i pragnę tylko herbaty, koca i książki do czytania, bo na myślenie nie mam co liczyć xD Mam nadzieję, że zrozumiecie i się nie pogniewacie :) Jutro niestety, raczej, się nie pojawię, bo powtórka z rozrywki z dnia dzisiejszego, no i trening :p Gdzieś tam się z niego cieszę, ale jestem wyczerpana i tak w sumie to nie wiem czego chcę :0 Przepraszam jeszcze raz i trzymajcie się Kochani :) Oby, nie było tak źle :3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

niedziela, 18 października 2015

Little Sweet Angel 73

- Jak na razie to nic o tym nie wiem - zaśmiałam się nerwowo. Nie mogłam zaprzeczyć, bo mogłaby źle o mnie pomyśleć, ale nie mogłam także potwierdzić i dawać jej, tym samym, nadziei.
- Na razie - podkreśliła uśmiechając się znacząco. Jednakże, ja nie wiedziałam o co chodzi...
***
Pozostało mi jedynie się uśmiechać. Nie wiedziałam co odpowiedzieć, aby nie być niegrzeczna. Zapadła chwila ciszy. którą wolałam od niezręcznych pytań. - Gdyby cokolwiek miało się wydarzyć to pamiętaj, że zawsze jestem do twojej dyspozycji kochana i służę pomocą - ułożyła dłoń na moim udzie.
- Dobrze, dziękuję - skinęłam głową.
- Michell! - do pomieszczania wparowała uradowana Gemma ~ siostra Hazz'y.
- Hej Gem - przywitałam ją uściskiem.
- Dawno cię nie widziałam - rzekła zduszonym,przez przytulenie,głosem.
- Tęskniłaś? - zachichotałam.
- Bardzo - wspólnie wybuchnęłyśmy śmiechem. - Opowiadaj jak się czujesz - nakazała siadając na krześle obok swojej mamy. Również posiadłam swoje wcześniejsze miejsce.
- Lepiej, dobrze - odparłam spokojnie.
- Mam ci bardzo dużo do powiedzenia - podekscytowana ujęła moje ręce. W tamtym momencie dołączył do nas mój chłopak.
- Cześć siostra - cmoknął Gemm'ę w polik.
- Siema brat - odrzekła.
- O czym tak sobie,trzy najważniejsze kobiety w moimi życiu,rozmawiają? - ciekaw zapytał wtulając się w moje plecy. Wymieniłam niepewne spojrzenie z Anne.
- O wszystkim i niczym - surowo odpowiedziała, dając mu tym do zrozumienia, żeby nie kontynuował dochodzenia.
- Tajemniczo - podsumował prostując się. - Głodny jestem - poinformował.
- Tak? To świetnie, akurat zrobisz kolację - oznajmiła matka Styles'a. Uwielbiałam to, jaki wpływ miała na syna. Nie oszczędzała go. Nie mógł pozwolić sobie na lenistwo, czego w sumie przeważnie nie robił, ale jednak w domu rodzinnym miał rygor. Podziwiałam Anne, że potrafi tak zmusztrować faceta. który jest typem wolnego ptaka  i "niezależność" to jego motto. Mi nie udawało się tak zwerbować ukochanego.
- Emm... Dobrze mamuś - skruszonym tonem zgodził się, co wydawało mi się niesamowicie urocze.
- A my przejdziemy się na małe zakupy - zaproponowała brunetka. Zerknęłam na loczka.
- Nie wiem czy to dobry pomysł - odezwałam się niepewnie.
- Dlaczego? - wtrąciła się Gemma.
- Media nas śledzą, fanki, pytania... Miejsca publiczne są na tą chwilę nie najlepszą opcją, jeżeli chodzi o naszą dwójkę - wyjaśnił zwięźle Harold.
- Jest 19.30, do tego to Holmes Chapel, tu mało kto kręci się o tej porze po galeriach - powiedziała Anne.
- Mamo...
- Nie - przerwałam zielonookiemu. - Pójdę, muszę w końcu stawić temu czoła. Po za tym nie będę sama - stwierdziłam. Wstałam i złapałam za chłopaka za łokcie, aby go przekonać.
- Pewna jesteś?
- Tak, kochanie jestem pewna - uśmiechnęłam się delikatnie.
- No dobrze - pocałował mnie namiętnie.
- To ruszajmy - G klasnęła w dłonie. Po kilkunastu minutach jechałyśmy samochodem siostry Hazz'y, kierując się do centrum. Stresowałam się, lecz nie chciałam dawać tego po sobie poznać. Znalazłyśmy się w pierwszym sklepie. Nic się nie wydarzyło, kasjerka rozpoznała mnie, ale zachowywała się normalnie i traktowała jak zwykłą klientkę z czym niektórzy sprzedawcy miewali problemy. Wszystko szło dobrze. Znalazłyśmy się w butiku. Przed wejściem nie zauważyłam nazwy, ale kiedy zrozumiałam, że moja twarz reklamuje tam markę, pożałowałam odwiedzin sklepu. Pracownice obskakwiały mnie komplementując i odpowiadając jaką jestem dla nich inspiracją, czego nigdy nie rozumiałam, ale cóż. Przedstawiały mi przeróżne ubrania i nie dawały spokoju. Czułam się osaczona. Nie było mi z tym dobrze, co chyba jasne. W pomieszczeniu zaczęło przybywać osób. Wszyscy wchodzili tylko dlatego, że ja tam byłam. Przekrzykiwali się nawzajem w zadawaniu mi pytań, których nawet nie słyszałam. W tłumie zgubiłam Anne i Gem. Kompletnie nie wiedziałam gdzie jestem. Na szczęście po jakimś czasie, zainterweniowała ochrona i odpędziła ode mnie stado fanów. Zrobiło mi się słabo. Usiadłam na sofie przy przymierzalniach.
- Czy mogłaby pani podać mi wodę? - zapytałam jedynej spokojnej ekspedientki. Po chwili zjawiła się z butelką lodowatej H2O. Pomogło.
- Mogę coś jeszcze dla pani zrobić, panno Robinson? - odezwała się przejęta moim stanem.
- Znalazłaby pani mamę i siostrę mojego partnera? - niepewnie zapytałam.
- Te dwie panie z którymi pani tu... ?
- Dokładnie - przytaknęłam. Skinęła głową i zniknęła z mojego pola widzenia. Do sklepu nie mieli wstępu ludzie, których zatrzymywała ochrona, a ja słyszałam jedynie pisk i płacz, co wynikało z braku możliwości poznania mnie. Oczywiście, że nie czułam się z tym dobrze, ale nie mogłam nic wskurać, gdyż taka ilość osób to dla mnie za dużo. Po jakichś dwudziestu minutach ujrzałam przed sobą An oraz Gem. Wydawały się przerażone.
- Nic ci nie jest? - zapytały wspólnie.
- Nie. Chcę już wracać - oznajmiłam.
- Jasne - zgodziły się.
- O tym więc mówiłaś? - zapytała blondynka prowadząc, już, auto.
- Mniej więcej, bywało gorzej - stwierdziłam bezsilnie.
- Chryste - westchnęła przejęta.
- Właśnie, a teraz pod domem będą sterczeli paparazzi każdego dnia, czekając tylko na zdjęcie ze mną - złapałam się za głowę.
- Przepraszam. Mogłyśmy nie wyciągać cię na te zakupy na siłę - wtrąciła się Anne.
- Spokojnie, to nie wasza wina. Sama chciałam tam iść - odparłam. Pod budynkiem zamieszkałym przez Styles'ów rzeczywiście czekali już foto reporterzy. Sprawnie ich ominęłyśmy i wparowałyśmy do środka.
- Chcecie mi coś powiedzieć? - w korytarzu natrafiłyśmy na wściekłego Hazz'ę.
- Harry... - zaczęłam. Nie zapowiadało się wesoło...






Hej! No to jestem :) Mam nadzieję, że rozdział się spodoba :) Piszcie ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

sobota, 17 października 2015

Save me 2

 Przyznam, że widok nie był za ładny, ale czułem, że to niezapomniany moment. Uśmiechałem się jak szalony wspierając w porodzie przyjaciółkę. Kiedy płacz malucha wypełnił salę, z mojego serca zszedł ogromny kamień. Odetchnąłem i czekałem na informację od lekarza...
***
- Dziecko jest zdrowe - poinformował. - Pani stan również jest dobry - dodał. Oboje odetchnęliśmy z ulgą. Acris wyglądała na wyczerpaną, co rozumiałem. Mimo to, lekki uśmieszek nie znikał z twarzy blondynki. 
- Jestem z ciebie taki dumny - przyznałem głaszcząc jej twarz opuszkami palców. 
- Dziękuję, że tu jesteś Louis - rzekła przymykając oczy. - Zdecydowałam, że ty wybierzesz imię dla dzidzi - oznajmiła. 
- Poważnie? - podekscytowany jęknąłem. - Ale jesteś pewna? - nie potrafiłem powstrzymać radości. 
- Tak, Lou. Wierzę w ciebie i, że nie będzie to coś w rodzaju Britney lub Ahley - zażartowała. Podziwiałem, że ma w sobie tyle życia. 
- Obiecuję - ucałowałem jej dłoń. Po chwili pielęgniarki zabrały ją na badania i na salę. Znalazłem się w poczekalni. Po kilkudziesięciu minutach zostałem zawołany do pomieszczenia, gdzie w szklanym łóżeczku czekało na mnie maluśkie zawiniątko. 
- To dziewczynka - szepnęła do mnie czarnoskóra kobieta sprawująca opiekę nad małą. Nachyliłem się nad nią i po raz pierwszy zobaczyłem jak spokojnie oddycha śpiąc. - Zostawię pana tu z nią na chwilkę - rzekła radośnie i opuściła pomieszczenie. 
- Tak dziękuję - zdążyłem jej odpowiedzieć. - Hej malutka - przywitałem córeczkę Acris. Najdelikatniej jak tylko potrafiłem, wziąłem ją na ręce. Była taka krucha i urocza. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia, jakby była moim dzieckiem. - Jesteś piękna, wiesz? - łzy ciekły po moich policzkach strumieniami. Bardzo się wzruszyłem. - Adley - wyszeptałem. Niespodziewanie jej małe oczka się uchyliły, a obłędnie błękitne źrenice spoczęły na mnie. Zaśmiałem się cicho sam do siebie. - Witaj na tym świecie, będziesz moją małą księżniczką. Nikomu nie dam cię skrzywdzić, kwiatuszku - wydukałem. 
Pozwolono mi zobaczyć się z Acri. Kiedy wszedłem do pokoju Acris trzymała swoją córkę i wpatrywała się w nią jak w obrazek. 
- Jest cudowna - odezwała się zanim jeszcze usiadłem obok jej łóżka. 
- To prawda - przyznałem. 
- Nie mogę uwierzyć, że jest już tutaj, że nosiłam ją pod sercem, że tworzyło się we mnie nowe życie... - recytowała. - To takie niewiarygodne.
- Niewiarygodne - zgodziłem się.
- Moja mała ... - wzdychała Acris.
- Adley - dopełniłem wypowiedź blondynki.
- Adley? - zapytała wzruszona.
- Tak, bardzo mi się podoba to imię - odparłem.
- Dziękuję, jest super - przyznała.
- Mała już jest, imię już ma, teraz cała reszta - rzekłem. Niebieskooka spojrzała na mnie ze spokojem i przytaknęła.
Powrót do domu był pełny radość. Malutka wydawała się najgrzeczniejszym noworodkiem świata. Zaniosłem ją w nosidełku do kuchni.
- Tu będziemy gotować ci obiadki, a tu jest salon, gdzie będziesz rozkładała swoje zabawki i oglądała bajki, tu łazienka i wielka wanna, w której będziesz się pluskać wieczorami, oto moja sypialnia, sypialnia mamusi, a tu jest twoje królestwo, słoneczko - odprowadzając ją po domu opowiadałem. Postawiłem nosidełko na fotelu obok łóżeczka i z radością patrzałem jak błądzi wzrokiem po pomieszczeniu, niekontrolowanie ruszając kończynami.
- Jesteś uroczy Loui - zachichotała dołączająca do nas Acris.
- Dzięki, jeżeli to ci nie odpowiada, że tak mnie ponosi, to mogę przestać - nerwowo złapałem za kark.
- Żartujesz? - lekko się odchyliła. - Bardzo się cieszę, że poczuwasz się do takich gestów i pokochałeś małą - ujęła moją dłoń. - Dziękuję ci, jesteś najlepszym z najlepszych przyjaciół na świecie. Jestem wzruszona tym jak bardzo mi pomagasz, mimo tego wszystkiego - wtuliła się w mój tors.
- Cris, natychmiast przestań - nakazałem. - Tyle o tym rozmawialiśmy i dobrze wiesz co o tym sądzę, jestem tu, bo kocham was i zależy mi na was, siostro - wymruczałem do ucha blondynki.
- Siostro... - zaśmiała się.
- No dobra! Skoro wolisz bracie, to bracie -zażartowałem. Jej pięść trafiła w moje ramię nie pozostawiając po sobie żadnych obrażeń, choćby chwilowego bólu.
                                  ***
Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem... Czas płynął niewiarygodnie szybko, a Adley rosła w oczach. Kupiłem dom, aby Ad mogła bawić się na powietrzu z psiakiem, którego znalazłem pod naszym wcześniejszym miejscem zamieszkania. Acris zajmowała się opieką nad małą, kiedy pracowałem. Moja siostra pomagała młodej matce, gdy nie do końca sobie radziła z nadmiarem obowiązków. Przyjaciółka nie szukała miłości, skupiła się na macierzyństwie. A ten kretyn, który ją skrzywdził już się nie odezwał. Tworzyliśmy dziwną, lecz szczęśliwą rodzinę. Dley wyglądała zupełnie inaczej niż Acri, ale tak samo wcale nie przypominała swojego biologicznego ojca. Miała ciemne, podkręcane włoski, niebieskie oczy, lecz inny odcień niż Cris, spiczasty nosek, małe usteczka, wystające kości policzkowe oraz szczupła buźkę. Wiele osób mówiło, że to mój mały klon, mimo to nie komentowałem. Wolałem omijać ten temat, ze względu na to ile wycierpiała Acris przez poruszanie go. Adley kochała mnie, codziennie usypiałem ją, karmiłem, myłem i przewijałem. Kiedy miała cztery latka czekała na mnie w oknie, aż wrócę i będę mógł poczytać lub pobawić się z nią. Nie nazywała mnie "tata", ani nie mówiła na mnie po imieniu. " Boo Bear"- tak mnie ochrzciła, co stało się niezmiernie wygodne i kompatybilne do sytuacji. Przyznam, traktowałem ją jak córkę i oddałbym za nią życie, no i że żałowałem, że nie jest moją biologiczną księżniczką, a po prostu "księżniczką". Czułem z nią więź, jakiej nie da się opisać... Przypuszczam, że nawet Cirsi nigdy nie posiadła owej względem własnego dziecka. Co wieczór piliśmy kakao z bitą śmietaną pod kocykiem w gwiazdki, na sofie w salonie przy kreskówkach. Ganialiśmy po całym domu, budowaliśmy fortece z krzeseł, gotowaliśmy w zabawkowej kuchni, układaliśmy puzzle. Bezcenne chwile. Niebieskooka nigdy do końca nie była słodkim dziewczęcym maleństwem, gdyż uwielbiała grę w nogę i mecze, nie cierpiała lalek, różu, lubiła wspinaczki i inne spoty ekstremalne na podwórku, nie bała się ubrudzić i ogółem nic nie stanowiło dla niej wyzwania. Trzeba także dodać, iż potrafiła zaleźć za skórę. Moje życie kręciło się tylko i wyłącznie wokół Adlyy. Poza pracą mało co mnie obchodziło. Czasami, aż sam sobie się dziwiłem. No może była jeszcze jedna rzecz, która znaczyła dla mnie bardzo dużo, a ją pominąłem - Acris...





Hejka! Wybaczcie, że tak długo czekaliście. Jeatem u tatulka i tu nie mam lapka i haseł, ulubionych stron itd. Więc cieżko napisać rozdział :( A ten pisałam na telefonie, więc wybaczcie wszystkie błedy ale ciężko do nich dojść na takim ekraniku -.- Mimo wszystko, mam nadzieję, iż rozdział przypadnie do gustu Wam moi Kochani :) Co sądzicie o tym wszystkim i o relacji Lou i dziewczyn? Piszcie ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

czwartek, 15 października 2015

Little Sweet Angel 72

- Harry... - zwróciłam się do ukochanego, kiedy George odwoził nas do Tatiany. 
- Tak, kochanie? - spokojnie odpowiedział. 
- Chcę, żebyśmy polecieli do twojej mamy i później Mullingar  - rzekłam. - Co ty na to? 
- Oczywiście, musimy odpocząć po tym wszystkim - ucałował czubek mojej głowy. Oparłam się o jego ramię i wpatrywałam w mijający krajobraz na szybą. Nie wiedziałam co będzie dalej. Od środka, czułam się... Zdemolowana? - Tak to dobre słowo... 
***
Jak zawsze prasa rozpisywała się na temat zajścia pomiędzy mną, Rich'em, a Harold'em, lecz zostawialiśmy to bez komentarza. Chcieliśmy trzymać się blisko siebie i starać zapomnieć o wydarzeniu. Tylko najbliżsi znali całą historię. Moi rodzice, rodzeństwo, przyjaciele, mama Harry'ego - wszyscy dzwonili, pytali, przychodzili i pocieszali. Oczywiście, byliśmy wdzięczni, lecz przez to trudniejszym zadaniem wydawało się wyrzucenie z pamięci tego co miało miejsce. Styles pracował, ja zaliczyłam dwie sesje, gdyż na więcej nie było mnie stać psychicznie. Trzymałam się dla Harold'a, dla bliskich. Gdyby ich nie było zapewne płakałabym non stop. Rozbrajało mnie to, że przeze mnie narażony stał się mój ukochany, rodzina... Nie wyobrażałam sobie stracić tego wszystkiego. Akurat świętowaliśmy rocznicę poznania z Harry'm. W domu Lou oraz El zorganizowaliśmy wieczorek filmowy. Pierwszy film musiał być bardziej cenzuralny, gdyż mała Emi oglądała z nami. Jak zawsze wtuliła się pomiędzy mnie, a Harold'a. Cóż, rzadko widywaliśmy ją w tamtym czasie. Wolałam oszczędzić jej spotkań z osobami, które są zdruzgotane i w ciągłym szoku od kilkunastu dni.
- Michell - szepnęła do mnie tak, abym tylko ja usłyszała. Zerknęłam w jej czekoladowe źrenice. - Zlobisz mi kakałko? - poprosiła speleniąc. Bez zastanowienia zgodziłam się. Zabrałam ją do kuchni i posadziłam na blacie. Rozmieszałam mieszankę z cukrem oraz mlekiem i wstawiłam do mikrofali.
- Podoba ci się film? - zapytałam, aby zagadać małą. Spojrzałam w jej oczka. Ponownie zmieniły kolor na jasnoniebieski. Cofnęłam się o krok. To nie stanowiło normalności, przerażało mnie to.
- Nie bój się, on już nigdy nie wtargnie w twoje życie. Dostanie dożywocie, wiesz? A ty nie martw się. Niebawem pojawi się ktoś komu będziesz musiała pomóc, skup się. Jest już dobrze. Masz chłopaka, miłość, rodzinę i przyjaciół, nie trzeba ci niczego więcej. Wychodzisz z choroby i będziesz już niebawem zdrowa - wyrecytowała dorosłym głosem. Serce biło mi tak mocno, że myślałam, iż zaraz wyskoczy mi z piersi. Niespodziewanie urządzenie podgrzewające dało o sobie znak charakterystycznym dźwiękiem, aż podskoczyłam. - Spokojnie, nic jej nie zrobię. Ona tu jest, ale... Muszę jakoś się z tobą kontaktować. Emily jest bezpieczna... - dodała.
- K... Kim ty jesteś? - drżącym głosem wydukałam.
- Twoim stróżem - odparła spokojnie. - Nie bój się mnie, nie skrzywdzę nikogo. Jestem tu, żeby ci pomóc - wyjaśniła. Otworzyłam usta, aby coś powiedzieć, ale do pomieszczenia wparowała Sophia. Oczy Emi natychmiast zmieniły barwę, na tą codzienną.
- Co tam dziewczyny? - ze śmiechem nasypywała popcorn'u z paczki, do miski. - Michell? Coś nie tak? - zapytała widząc moje przerażenie.
- Nie, nie. Wszystko okej - skłamałam starając się uśmiechnąć.
- Gdzie moje kakałko? - Ems dała o sobie znać.
- Już, już - podałam jej ciepły napój. Uniosłam kąciki ust i zerknęłam na Soph, która chyba mi uwierzyła. Zachichotała widząc radość małej i wróciła do swojego wcześniejszego zajęcia. Odetchnęłam z ulgą. Postawiłam Emily na nogi i poprowadziłam za rękę do salonu. Nie miałam pojęcia o co chodzi. Zdecydowanie byłam roztrzęsiona, ale dziwny, ciepły, wewnętrzny spokój mnie wypełnił. Jakby kamień spadł mi z serca. To co powiedział "stróż", zadziałało na mnie pozytywnie. Choć nie miałam pojęcia o co chodzi i jak to możliwie i czy nie miewam zwidów, to wierzyłam. Brunetka wydawała się niewzruszona, jakby to było normalne. Całą noc rozmyślałam tylko o tym i kompletnie nie miałam kontaktu z rzeczywistością. Jakim cudem? Oszalałam? Czy ona nad tym panuje? Czy Emily wie o co chodzi, czy to ten stóż ją włada i ona nie ma pojęcia o niczym? - tysiące pytań kłębiło się w mojej głowie.
Dzień za dniem, a mi żyło się coraz lepiej, po wydarzeniu z naszej rocznicy.
Po tygodniach zeznań, spotkań i wyjaśnień, mogliśmy wyjechać do rodzinnego miasteczka Harold'a. Cieszyłam się na wizytę u mamy chłopaka, gdyż dawno jej nie widziałam. Kiedyś u niej byliśmy i bardzo się polubiłyśmy, ona też kilka razy nas odwiedzało i martwiła się o nas, ale długi czas jej nie widzieliśmy.
- Dzień dobry - przywitałam ją, kiedy stanęła w wejściu do własnego domu, czekając na nas.
- Witaj, słoneczko - przytuliła mnie ciepło.
- Cześć mamuś - Harry otrzymał soczystego całusa w policzek od rodzicielki. Kiedy ten wnosił walizki, ja rozsiadłam się z Anne w kuchni przy filiżance kawy i ciastkach czekoladowo - budyniowych z nutką orzechów.
- Michi, powiedz... Czy ten chłopak na pewno nie zrobił ci krzywdy? - zapytała przejęta. Już tyle razy słyszałam to zdanie, że nawet mnie nie wzdrygnęło.
- Nie, jestem cała. Kiedyś, owszem, ale przy tej konfrontacji nic szczególnego się nie stało. Byliśmy w rozsypce zaraz po tym zdarzeniu, ale teraz jest lepiej i zmierzamy ku dobremu - wyznałam szczerze.
- To dobrze - odetchnęła. - Powiedz mi jeszcze jedną rzecz - widziałam w jej oczach ciekawość, taki znaczący błysk.
- Słucham - uniosłam kąciki ust.
- Czy planujecie ślub? Dziecko? Wyjazd? - moje serce na moment się zatrzymało. Nie spodziewałam się takiego zestawu. W sumie to niekoniecznie się nad tym zastanawiałam. Miałam 19 lat, niebawem miałam skończyć 20. Pomysł na wesele, potomstwo i rodzinę w tak młodym wieku, nie wydawał mi się rozsądny. To, że moja siostra była w ciąży, dało mi do myślenia. Choć była szczęśliwa z Niall'em, i pogodziła się z tym, że zostanie matką, to wiedziałam, że muszę uważać. Dlaczego? Ponieważ to ogrom niepewności. Trzeba uzbroić się w cierpliwość, mieć pieniądze na utrzymanie dzidziusia, kochać i wychowywać, uczyć jak żyć. A ja sama jeszcze nie wiedziałam jak to robić, więc jak mogłabym uczyć kogokolwiek nieznanego mi samej? Zawsze uważałam, że czas na potomstwo zamyka się w 26 - 30 roku, jeżeli o mnie chodzi. Oczywiście, cieszyłam się szczęściem siostry i wcale nie potępiam kobiet, które urodziły wcześniej, czy później, ale sama nie byłabym gotowa. Jeżeli o ślubie mowa, to może ... Nie wiedziałam. Szczególnie nie twierdziłam, iż to wyjątkowy dowód miłości, ale marzyłam o tym. Jednak, to również planowałam na dalszą przyszłość. Co do wyjazdu, nie wiedziałam co myśleć.
- Jak na razie to nic o tym nie wiem - zaśmiałam się nerwowo. Nie mogłam zaprzeczyć, bo mogłaby źle o mnie pomyśleć, ale nie mogłam także potwierdzić i dawać jej, tym samym, nadziei.
- Na razie - podkreśliła uśmiechając się znacząco. Jednakże, ja nie wiedziałam o co chodzi...






Hejka! Dodaję kolejny rozdziałek LSA <3 Jak się podoba? :) Co myślicie o Emily? O co chodzi Anne? Czy popieracie poglądy Michell? Czy Harry coś planuje? Piszcie ;) Mam nadzieję, że rozdział się spodoba :3 Właśnie słyszałam "Perfect" z audycji na żywo w radiu BBC 1 <3 No i zakochałam się =^.^= Piękna, oby Was też przypadła do gustu :3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

Uninhabited 7

- Myślisz, że nas znajdą? - zmieniłam temat. 
- Na pewno - pomasował dłonią moje ramie. 
- Nie wiem czy chcę wracać do rzeczywistości, tu jest tak magicznie - spojrzałam na niebo. 


- Tak, to prawda - czułam jak wpija wzrok w moją postać. - Tu jest magicznie - powtórzył szeptem...
***
Obudziłam się tuż obok Hazz'y w szałasie, który zbudował rano. Bezszelestnie wstałam i wyszłam poza teren naszego "obozowiska". Poprawiłam kucyk na głowie i westchnęłam. Uśmiechnęłam się na widok otoczenia. Zielone rośliny, słońce, ptaki śpiewały, cykady cykały, wszystko wydawało się idealne, takie beztroskie i łatwe, Chciałam przygotować coś na śniadanie, więc wybrałam się na poszukiwania czegokolwiek do zjedzenia. Udałam się na plażę. Do dzisiaj nie mam pojęcia jak to się stało, ale dałam radę samodzielnie złowić rybę. Złapałam za ostry kamień i rzuciłam w jedną z pływających blisko mnie. Przygniotło ją i zdechła. Kiedy wracałam obok mnie z palmy zleciał kokos, więc w wolą dłoń zabrałam i jego. Czułam, że to mój szczęśliwy dzień. Rozpaliłam ogień, co stanowiło nie lada niespodziankę, i upiekłam zdobycz z oceanu. Starałam się otworzyć kokos, ale nie udało mi się. Zabrakło sił. Nie należałam do obdarzonych mocnymi kończynami, więc nie do końca miałam predyspozycje, aby poradzić sobie z owocem drzewa palmowego. 
- Harry! - krzyknęłam opadając na niego. Powieki chłopaka zadrżały, aż spojrzał mi w oczy. - Dzień dobry! - wesoła przywitałam go. 
- Jesteś szalona - zaśmiał się. 
- Wiem - przytaknęłam. - i do tego zdolna - dokończyłam chichocząc. Usiadłam obok podekscytowana. 
- Co masz na myśli? - zapytał zaciekawiony. 
- Chodź i sprawdź - pociągnęłam go za rękę. 
- Wow, no nieźle. Nie spodziewałem się - wydał się bardzo zaskoczony. 
- Mam nadzieję, że nic nie sknociłam i nie jest surowe - przyznałam. 
- Jest okej - pochwalił po zjedzeniu swojej porcji. 
- To się cieszę - puściłam mu oczko. 
- Czarne chmury idą - zamruczał zaraz. Spojrzałam w górę. Miał rację, słonko zniknęło za ponurymi kłębiastymi chmurami na niebie. W tym samym momencie zagrzmiało tak potężnie, że myślałam, iż ziemia zaczęła drżeć. Moje źrenice natychmiast się rozszerzyły. 
- O nie, nie, nie, nie ... - zaczęłam się jąkać. 
- Co jest ? - zapytał niepewnie. 
- Bo ja potwornie boję się burzy - wyjaśniłam. 
- Poważnie? - zarechotał. 
- To nie jest zabawne - warknęłam. 
- Trochę jest - nie przestawał się śmiać. 
- Nie prawda - tupnęłam nogą. 
- Prawda - przekomarzał się ze mną. 
- Ehhh - wściekła wydusiłam. Zapewne musiało to wyglądać komicznie - blondynka w poszarpanych ubraniach, z wilgotnymi włosami, denerwująca się jak małe dziecko. Weszłam do szałasu i skuliłam się. Po kilku minutach zaczął padać deszcz. Na szczęście "dach" nie przeciekał, więc pozostawałam w pół mokra, nie całkowicie. Tak wiem, to głupie, ale niestety prawdziwe. Harold robił coś na zewnątrz, ale nie interesowało mnie z czym się zmaga. Po jakimś czasie znalazł się obok mnie i podał mi otwarty kokos. 
- Przepraszam - odezwał się. Nie należę do pamiętliwych osób, ale na pewno muszę coś przetrawić, żeby wybaczyć. Tamtym razem było inaczej. Nie umiałam gniewać się na niego, kiedy wpatrywał się czule w moje oczy. 
- Nigdy więcej - nakazałam i napiłam się mleka kokosowego, które smakowało wybornie. 
- Podaj mi rękę - poprosił. Zerknęłam na Styles'a niepewnie. Jednak ufałam mu, gdyż po tym co dla mnie zrobił nie mogłam wątpić w jego dobre intencje. Ujął moją drżącą ze strachu dłoń i pociągnął. Znaleźliśmy się pod ulewą. 
- Co ty robisz? - przerażona jęknęłam. 
- Pomagam ci przezwyciężyć strach, zaufaj mi - przyciągnął mnie bliżej siebie. - No chodź - prosił. - Pokażę ci jakie to piękne zjawisko - choć pioruny nad nami biły to on nie okazywał wzruszenia. Ja, szczerze, myślałam, że za moment zejdę z tego świata, ale obecność Hazz'y podtrzymywała mnie na duchu. Nie mam pojęcia gdzie dokładnie się znaleźliśmy, ale otoczenie wyglądało jeszcze piękniej w deszczu. Po długich namowach zaczęłam wspinać się na ogromne, rozłożyste drzewo. Chłopak dążył tuż za mną i pomagał mi, kiedy dalsza droga wydawała mi się niemożliwa do pokonania. Znalazłam się na szczycie. Zielonooki tuż obok. - Spójrz tylko - rzekł. Rozejrzałam się po krajobrazie rozciągającym się pod nami. Wszystko wyglądało pięknie. Kompletnie zapomniałam o burzy. Jeszcze nigdy nie widziałam czegoś tak zniewalającego. Zieleń pokrywająca wyspę bujała się we wszystkie strony synchronicznie, ocean szumiał głośno przy rozbijaniu się o brzeg. Nie przejmowałam się tym, że zaraz mogę zginąć. Mogłam umrzeć, bo byłam szczęśliwa. Uśmiechałam się tak szeroko, że zabolała mnie twarz. 
- Niesamowite - przyznałam. 
- Kiedy nabierzesz dobrych wspomnień z czymś, czego się boisz, automatycznie zaczyna się to stawać normalne i nie należy już do grupy fobii, zawiązanych w twojej głowie - odezwał się. 
- To wspomnienie, na pewno mi pomoże - mój wzrok ponownie spotkał się z jego zielonymi źrenicami. Nie mogłam uwierzyć jak świetnego człowieka miałam szczęście spotkać...


Hejka! Dzisiaj nawet wcześnie, bo nie wytrzymałam do końca w szkole i wróciłam do domu :/ Strasznie boli mnie brzuszek :( Nie wiem co się dzieje, ale mam nadzieję, że nic poważnego :( Mam nadzieję, że rozdział nie taki zły ;) Piszcie ;) 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

środa, 14 października 2015

Imagin 1D

Był to dopiero początek kolejnej trasy tych chłopców, którzy poprzez zupełny przypadek trafili na szczyt. Od dawna coś nie grało. Zayn' owi nie podobało się to, że podlega ścisłemu kontaktowi, przez co muzyka piosenkarzy nie przypominała tej jaką preferował Mulat. Nigdy nie czuł się z tym dobrze i dusił się w tych utworach. Mimo, to dla dobra reszty paczki i fanów starał się przemóc. rosnącą w nim, niechęć do występów publicznych. Opowiadał o tym Louis' owi, Liam' owi, Harry'emu oraz Niall' owi, lecz nie byli w stanie zadziałać na własną rękę. Starali się trzymać razem i przebyć przez trudny okres, z nadzieją na postęp. Malik kruszył się powoli, milcząc. Nie dość, że był nieśmiały, to utwory, które miał wykonywać, przytłaczały chłopaka, więc tym bardziej brakowało mu ochoty do wywiadów itd. Pracował nad sobą i próbował przyzwyczaić się do, niezadowalających go, dźwięków. Jedno wydarzenie sprawiło, że niestabilna całość posypała się. Wybuchł jeden wielki skandal, po tym jak Zayn przytulił pewną blondynkę, którą nie była jego narzeczona. Wtem połowa świata go znienawidziła. To przyprawiło wokalistę o wiele łez. Nikt nie był w stanie go pocieszyć. Wiedział, że to koniec, że to za wiele. Nie dość, że nie był szczęśliwy w wykonywaniu swojej pasji, to przyprawiała go o takie ryzyko, związane ze stałością partnerstwa.
- Chłopcy? - pokazał się w pomieszczeniu, gdzie znajdowała się pozostała piątka. 
- Tak? - odezwał się Horan. 
- Przepraszam was, ale to koniec. Nie potrafię tak dłużej żyć. Ciągła depresja, niezadowolenie... Do tego te ciągłe plotki... Nie jestem stworzony do takiej pracy, postanowiłem odejść. Mimo wszystko, to bardzo trudne. Pokochałem was jak braci i dobrze wiecie jak bliską mamy relację, ile przeszliśmy i w jaką potęgę urośliśmy w piątkę. Będzie mi tego brakowało, wspólnych wygłupów, imprez i biwaków, a przede wszystkim waszej obecności. Przepraszam, że rezygnuję z tego, ale to mnie rujnuje. Nie chcę zapomnieć o tych wszystkich chwilach i tak się nie stanie, lecz na tą chwilę brak mi sił na dalszą walkę i dla mnie to koniec - wyrecytował płaczący Zayn. Pozostała czwórka także nie wytrzymała napięcia i uroniła wiele łez. Sprawa nie należała do nowych, więc niespecjalnie wdał im się szok. Powstali w milczeniu i otoczyli przyjaciela tuląc go. Nie umieli się uspokoić, sytuacja wydawała się nierealna. Żaden z nich nie wyobrażał sobie przyszłości boysbandu bez jednego członka. Mieli świadomość ile komplikacji, lecz szczęście brata zdecydowanie bardziej się liczyło. Dali odejść mu w spokoju i zgodzie. Tak się stało. Zagrali ostatni koncert jako piątka. Łzy się lały, lecz żaden nie chciał tego pokazać.
Po tygodniu wybuchła fala rozpaczy, przekleństw i szyderstwa, gdyż wiadomość rozsiała się po świecie. Oczywiście, każdego bolało serce na widok dramatycznych komentarzy, lecz nie można było popadać w paranoję. Liczono, że to minie. Tak się stało. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc... Wszystko cichło. Media się uspokajały, fani przyzwyczajali. Chłopcy zaczęli przyswajać fakty i wszystko wróciło do normy. Mimo to, wciąż brakowało tego pięknego głosu w każdej z piosenek chłopców. Wiele skandali wybuchło po ubyciu jednego członka One Direction, mimo to reszta wciąż trzymała się jako boysband. Postanowili zrobić sobie rok przerwy od trasy i nagrywania płyt. Wiadomo, że żadnego wielbiciela wokalistów nie zachwycało wydarzenie, ale wierzyli, iż w 2017 1D wróci.
W ciągu tych 365 dni wiele się zmieniło. Zayn nagrywał swoją muzykę, Harry zawarł kilka kontraktów reklamowych, Liam zajął się pisaniem piosenek dla innych artystów, Louis zaczął grać w nogę bardziej profesjonalnie, a Niall szlifował swoje umiejętności komentatorskie oraz sportowe. Życie bez ciągłego stresu i w podróży spodobało się całości, więc niechętnie wrócili do dawnego życia. Mimo, że w głębi serca tęsknili za koncertowaniem, to spokój wydawał się przyjemniejszy. Zdecydowali. Tamta trasa, miała być ich ostatnią. To już nie było to, nie czuli tego czegoś, co wypełniało ich dusze niegdyś. Nadszedł ten ostatni koncert, ten na którym mieli pożegnać miliony.
- To będzie ostatnia piosenka... Piosenka, którą zaśpiewaliśmy po raz pierwszy w piątkę i po raz ostatni zrobimy to także w piątkę. Po dwóch latach, pełnych niepewności i łez ponownie witamy Zayn'a na scenie. To ostatni występ One Direction, drodzy państwo. Od XFactor po szczyt. Rozpoczęliśmy to jako 1D i zakończymy to jako 1D. Dziękujemy za wszystko - głos zabrał Liam.


Liam: 
Let's dance in style, let's dance for a while, 
Heaven can wait, we're only watching the skies,
Hoping for the best but expecting the worst,
Are you gonna drop the bomb or not?

Harry: 
Let us die young or let us live forever,
We don't have the power but we never say never,
Sitting in a sandpit, life is a short trip, 
The music's for the sad man.

Together:
Forever young, I wanna be forever Young
Do you really want to live forever, forever, forever young.

Niall: 
Some are like water, some are like the heat,
Some are a melody and some are the beat,
Sooner or later they all will be gone,
Why don't they stay young?

Harry: 
It's hard to get old without a cause,
I don't want to perish like a fading horse,
Youth is like diamonds in the sun,
And diamonds are forever...

Together:
Forever young, I wanna be forever young
Do you really want to live forever, forever or never.
Forever young, I wanna be forever young
Do you really want to live forever, forever or never.

Liam and Louis:
So many adventures couldn't happen today,
So many songs we forgot to play,
So many dreams are swinging out of the blue,
We let them come true.

Liam and Harry
Forever young, I wanna be forever young
Do you really want to live forever, forever or never.

Together: 
Forever young, I wanna be forever young
Do you really want to live forever, forever or never.
Forever young, I wanna be forever young
Do you really want to live forever, forever or never.
Forever young, I wanna be forever young
Do you really want to live forever, forever young

- Hi we were One Direction! - tymi słowami pożegnali swoją młodzieńczą przygodę i dali szansę na pojawienie się kolejnej. Nic już nie było takie same. Then, there came new five different directions, but still the one burns in our hearts...









Hejka! Wiem, że smutny jak na rocznicowy, ale chciałam napisać coś wzruszającego i mam nadzieję, że się udało i się spodoba Kochani <3 Dziękuję Wam za wszystko, za to, że po prostu jesteście :') Czytacie i nie zostawiacie mnie :) Mam nadzieję, że nic się nie zmieni i przez długi czas będziemy tu razem :D Nie będę pisała postu rocznicowego, bo podsumowanie niewiele różniłoby się od tego, które robiłam w czerwcu ;) W każdym razie, dziękuję Wam i mam nadzieję, że nic się nie zepsuje :3 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*