środa, 29 kwietnia 2015

Imagin Nialler zamówienie

Mam 25 lat. Wiem co powiecie: "W tym wieku powinno już się sobie powoli układać życie.". Tak, wiem. Słyszałam miliony razy. Tylko, że w moim przypadku nie jest to takie łatwe.
Wychowałam się w niewielkiej miejscowości w Polsce. W wieku 19 lat wyjechałam do Londynu do ciotki.
Marzyłam o życiu odmiennym do tego jakie prowadzili moi rodzice. Pragnęłam czegoś więcej. Miałam 16 lat kiedy związałam się z pewnym chłopakiem. Kochałam go. Kiedy się wyprowadzałam próbował na siłę zmienić moją decyzję. Błagał, prosił-nie uginałam się. Później zaczęła się jego obsesja. Od świtu do nocy spędzał ze mną czas. Szantażował mnie, wpadał w nieokrzesane furie, wyzywał mnie, prześladował. Czułam się osaczona. Pewnego dnia doszło do gorszej kłótni, dosłownie przed wyjazdem na lotnisko. Uderzył mnie. Nie mogłam uwierzyć. Osoba, która "wielbiła" mnie ponad wszystko to zrobiła. Serce mi pękło. Trochę czasu zajęło mi dojście do siebie. Nie chodziło o to, że fizycznie to bolało, a tak było. Głównie o to, że okłamywał mnie tak długo. Oszukiwał mnie. Powtarzał, że jestem tą jedyną. Tą jedyną do boksowania? A co jeśli nie wyjechałabym i poznałabym jego prawdziwą twarz już kiedy związałabym się z nim na poważnie? Z jednej strony się cieszyłam. Z drugiej wcale.
Jakoś minął rok w nowym kraju. Wszystko szło w taki sposób jaki zaplanowałam. Poznałam Jake'a. Wydawał się sensownym chłopakiem. Niby taki ideał, a jednak. Po jakiś dziewięciu miesiącach koleżeństwa zostaliśmy parą. Przez jakiś czas było idealnie. Jak to jednak wiadomo-ideały nie istnieją. Na siłę chciał się do mnie wprowadzić. Mnie nie zachwycała ta idea. Wyjaśniłam mu wszystko, a on mnie wyśmiał. Uważał, że to, iż mężczyzna podniósł na mnie rękę nijak ima się do obecnej sytuacji. "Co?! Może jeszcze powiesz, że się mnie boisz? Myślisz, że to coś tak wielkiego? Ha ha. Jakbym chciał już dawno leżałabyś tutaj plackiem w siniakach."-dosłownie w ten sposób ze mnie szydził. Najłagodniej, już z samego strachu, zasugerowałam rozstanie. Wyklął mnie. Stwierdził, że jestem nikim, nie zasługuję na miłość, gdyż jestem zwykłą szmatą. Ogólnie samiec po raz drugi sprawił, iż moja samoocena spadła do zera. Jeszcze trudniej było powstać po kolejnym upadku.
W następnych latach zdarzało się jeszcze więcej takich przypadków. Z każdym czułam się coraz bardziej bezwartościowa. Przestałam wierzyć w miłość. Wybiłam sobie z głowy to pojęcie. Przestało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Wybiłam sobie z głowy romanse. Jakoś straciłam chęć.
Tak samo oczywiste jest to, że miłość nie wybiera. Tak stało się i w moim przypadku. Kiedy się przed czymś bronimy, to tym bardziej na nas napiera.
Jak każdego dnia założyłam firmowy fartuszek cukierni w jakiej pracowałam. Dzień dopiero się zaczął, a ja już miałam zepsuty humor. Dlaczego? Chyba to, że wypadał właśnie czternasty lutego, czyli jak wszyscy wiedzą-Walentynki. Nie cierpiałam tego święta odkąd pamiętam. Gdybym siedziała w mieszkaniu, to jeszcze pół biedy. Lecz w piekarni roiło się od ciastek, ciast oraz tortów w kształcie serca. Ckliwe ozdoby czy napisy także nie ułatwiały sprawy. Starałam się nie zwracać uwagi na dodatki, ale marnie mi szło. W końcu całe miasto stało w romantycznych światełkach. Ruchu jak to z rana bywa brakowało. Oparłam się o ladę i czekałam. W końcu rozległ się dźwięk dzwonka, który odzywał się kiedy ktoś wkraczał do środka. Wyprostowałam się. Przykleiłam sobie uśmiech na twarz w nadziei sprzedaży czegokolwiek. Ujrzałam sporo wyższego ode mnie niebieskookiego blondyna. Kąciki jego ust nie opadały. Stanął naprzeciw mnie po drugiej stronie.
-Dzień dobry. W czym mogę służyć?-Radośnie zapytałam. Dziwnym okazało się moje zachowanie. Zawsze pozostawałam miła dla klientów, lecz wszystko ma swoją granicę. Wtedy ją przekroczyłam. Nie dość, że emanowały ze mnie pozytywne emocje w walentynki, to jeszcze przy mężczyźnie.
-Dzień dobry. Ale pani wesoła.-Jeszcze nigdy nie słyszałam tak słodkiego akcentu, równie szczerego śmiechu lub bardziej głębokiego głosu. Jego słowa przyprawiły mnie o różowiutkie rumieńce, które starałam się ukryć za długimi brązowymi włosami.-Poproszę kilogram ciastek orzechowych z karmelem.-dodał.
-Oczywiście.-Skinęłam delikatnie głową. Zabrałam się za nakładanie zamówienia.-Aż dziwne, że nie kupuje pan słodkości podchodzących pod klimat dzisiejszego święta.-Aby nie przeciągać zbędnej, niezręcznej ciszy rzekłam.
-Jakoś nie mam z kim go celebrować, więc po co jeszcze się dobijać.-westchnął.
-Doskonale pana rozumiem. Mam to samo.-powiedziałam wbijając na kasę odpowiednie numerki.
-Proszę nie mów do mnie "pan", czuję się dziwnie. Mów mi Niall.-Odebrał woreczek z smakołykami, a drugą dłoń wyciągnął do mnie. Uścisnęłam ją delikatnie.
-Ewa.-Mało brakowało mi do szeptu. Najzwyczajniej w świecie postawił mnie w szokującej sytuacji.
-Do zobaczenia słodka.-Puścił mi oczko całując zewnętrzną część mojej dłoni. Zabrał ze sobą ciastka i wyszedł jak gdyby nigdy nic. Stałam tak oniemiała przez kilkanaście sekund. Co miało znaczyć to: "Do zobaczenia słodka."? Dopiero po jakimś czasie poczułam papier w pięści. Na małej żółtej karteczce zapisany był numer z podpisem "Nialler xx". Zrobiło mi się cieplej na sercu. Schowałam skrawek do kieszeni. Dzień mijał szybko. W głowie nadal siedział mi Niall. Zapomniałam nawet o czternastym lutego, a świat jakoś nabrał więcej koloru. Cała w skowronkach obsługiwałam klientów. Dochodziła może 16.00. Do zakładu wparowała moja szefowa. Starsza pani, bardzo miła i zdecydowanie nadopiekuńcza.
-Witaj Ewcia, posłuchaj. Dzisiaj o 20.00 odbywa się pewien bankiet na, którym muszę wystawić mojego najlepszego pracownika. To taki bal dla cukierników. Zechciałabyś to być ty?-wyrecytowała tak szybko, że ledwo ją zrozumiałam.
-Yyy...Znaczy tak, ale ja nie mam stroju i...-jąkałam się.
-Posłuchaj, zaraz przyjdzie Melanie, do tego czasu ja tu postoję. Ty idź ubrać coś porządnego.-Wręcz wypchnęła mnie z lokalu podając mi płaszcz oraz torebkę.-Wyślę ci adres!-krzyknęła i zatrzasnęła szklane drzwi. Nie dochodziło do mnie to co się stało. Mimo wszystko wróciłam do mieszkania. Wzięłam prysznic. Wysuszyłam włosy, ułożyłam je. Wytarłam ciało ręcznikiem. Lekko pomalowałam oczy oraz usta. Policzki lekko musnęłam bronzerem. Ubrałam się. Przejrzałam się w lustrze. Zadowolona z tego co widzę ruszyłam do sypialni. Złapałam za komórkę. Odebrałam wiadomość od szefowej. Zamówiłam taksówkę, która już po chwili zjawiła się pod moją kamienicą. Wsiadłam. Podałam adres, a kierowca ruszył. Nie rozpoznawałam tego miejsca z samej ulicy. Przemierzając Londyn po zmroku po raz kolejny przekonałam się jak bardzo jest piękny. Nie żałuje przyjazdu tu. Zapłaciłam należną sumę dodając do tego mały napiwek. Wysiadłam. Stanęłam przed pięknym domem. Willa jak z marzeń. Zanim zdążyłam dobrze się rozejrzeć samochód pozostawił mnie samą na środku pustkowia gdzie mieścił się tylko ten dom. Nie rozumiałam o co chodzi. Wybrałam numer do Grace (właścicielka cukierni).
-Skarbie, o nic nie pytaj. Zapukaj, zaufaj mi, nie pożałujesz.-Po dwóch sygnałach usłyszałam taką jej wypowiedź i sygnał rozłączenia. Niepewnie zastukałam w białe drzwi. Najbardziej przerażał mnie fakt, iż za oknami paliły się jedynie stłumione światełka. Wrota po króciutkiej chwili się uchyliły. Nikogo za nimi nie ujrzałam, ale byłam pewna, że ktoś się za nimi ukrył. Lecz to co ujrzałam przed sobą...Zaparło mi dech. Tycie lampki w kształcie małych serduszek tworzyły dróżkę do okrągłego, pięknie przysłanego stolika z dwoma miejscami, po obu stronach przedpokoju. Nastrojowa muzyka dodawała romantyczności całej pracy tajemniczego twórcy. Zasłoniłam usta wydobywając z siebie cichy jęk zachwytu. Wtem zza bariery drzewnej wychylił się ten sam przystojny dżentelmen. Niebieściutkie źrenice Niall'a wpatrywały się we mnie. Nie ukrywał swojej radości. Bez słowa wyciągnął do mnie rękę, którą nieśmiało ujęłam. Przekroczyłam próg pod jego wpływem. Lekko zatrzasnął drzwi prowadząc mnie dalej. Nie spuszczałam oka z blondyna. Zatrzymał mnie za środku salonu. Gestem nakazał pozostać w miejscu. Nie byłam w stanie zaprzeczyć, odezwać się, ruszyć się! Melodia stała się głośniejsza. Nialler delikatnie zsunął mój płaszcz i odrzucił go na bok wraz z mą torebeczką.
-Mogę prosić?-zapytał tak łagodnie. Nogi zrobiły mi się jak z waty. Nie dochodziło do mnie nic co się działo. Wydawało mi się, że występuje w jakimś filmie. To niebywałe. W realu nie zdarzają się takie sytuacje. Prawda? Jednak tak rzeczywiście było. Ułożył jedną ze swoich silnych dłoni na mojej talii, drugą natomiast złapał moją. Ja wolną zawiesiłam na karku towarzysza. Nie potrafiłam uspokoić uśmiechu. Nie odrywaliśmy od siebie wzroku. Przyjemność sprawiało nam obserwowanie siebie nawzajem. Czułam się jak księżniczka. Wiedziałam, że to dla mnie. Kompletnie zapomniałam o tym co kiedyś miało miejsce. O tym jakie blizny pozostały po dawnych związkach. Liczyło się tylko co w tamtej wyjątkowej chwili. Po tańcu Niall odsunął mi jedno z krzeseł. Zajęłam miejsce. Nagle rozległ się dźwięk mojej komórki. Jak najszybciej sprawdziłam sms'a:
OD Grace: Walentynki też mogą być przyjemne :) Zależało mu kochanie <3"
Pokiwałam głową unosząc kąciki ust. Schowałam urządzenie do torebki. Kompletnie pochłonęła mnie rozmowa z chłopakiem. Dostrzegałam w nim coś czego jeszcze nie widziałam w nikim innym. Urzekł mnie swoją osobowością, humorem, romantycznością. Postarał się. Traktował mnie jak kogoś wyjątkowego. Chyba tego wcześniej mi brakowało-troski.
-...Walentynki jednak mogą być przyjemne.-rzekłam.
-Zgadzam się, mam nadzieję, że to nie nasze ostanie spędzone razem.-Ułożył rękę na mojej. Nie były. A ja już wierzę w miłość. Może to nie życie, a bajka w jakiej trwam, ale nasza. To najważniejsze...





Witam! Przepraszam, że mnie wczoraj nie było, ale mega wyczerpujący trening+nauka :P Wybaczcie. Oto imagin na zamówienie Ewci <3 Kochana, starałam się i pisałam go długo, długo do "Night changes", mam więc nadzieję, że ci się spodoba <3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*







poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Imagin One Direction zamówienie

-Mamo! Gdzie jest moja kurtka!-Louis wrzeszczał z góry.
-W korytarzu głąbie!-Z innego pokoju na piętrze odkrzyknął Zayn.
-Pytałem mamę!-warknął Lou.
-No i co?!-Ponownie odezwał się Mulat.
-Mamo!-jęknął niebieskooki.
-Czasami mam ich po prostu dość.-westchnęła matka piątki chłopaków podając talerze trójce pozostałych synów. 
-Nie ty jedyna.-Liam wypuścił głośno powietrze z płuc.
-Mamuś...-Niall wbijał w rodzicielkę swoje gały prosząc o większą dawkę tostów.
-Nialler! Zostaw trochę dla braci.-pouczyła niska kobietka. Wyglądała komicznie przy tych wysokich, już prawie że, mężczyznach. Tylko z zachowaniem tych samców było gorzej.
-Zostaw trochę dla braci...-Blondyn opadając na krzesło przy okrągłym stole papugował głosem matuli jej słowa.-Oni zawsze mi wszystko zjedzą, a ty nic.-Jak dziecko podparł brodę o pięść.
-Na przykład kiedy? Ty jako pierwszy rzucasz się na lodówkę po zakupach.-wtrącił się Harry mrużąc oczy i kiwając głową.
-Wczoraj?-Jakby odpowiedź stanowiła najprostszą rzecz na świecie rzekł blondas.-Louis wciągnął sok marchewkowy, Zayn czerwone żelki Haribo, Li chipsy paprykowe, a ty wszystkie banany.-Niezadowolony Niall wyrecytował wyliczając wszystko na palcach.
-Po pierwsze, nie lubisz soku marchewkowego ani bananów.-Lokaty zrobił minę pt. "Palm face".-Po drugie Zen innych nie cierpi, więc reszta była dla ciebie. A po trzecie, Liam zawsze dostaje paprykowe, a ty dwie paczki cebulowych.-odpowiedział Hazz.
-Nanana...-Nialler wystawił zielonookiemu język.
-Puszczaj to!-głos Lou słyszalny był z góry.
-To ty puszczaj!-Tym razem Zayn.
-To moje!-Wyraźnie przeciągali coś między sobą. 
-Idę to sprawdzić.-Ciemnooki wstał. Opuścił kuchnię i skierował się na piętro.
-Nie bo moje!-Dalszy ciąg kłótni brzmiał tak samo dopóki Li nie dotarł do centrum hałasu.
-Nie bo to jest moja koszulka!-Krzyk Liasia wypełnił cały dom. Wyrwał z rąk braci część odzieży. Mordując ich wzrokiem wrzucił T-shirt do swojego pokoju.-Na dół głupki.-nakazał. Obaj ruszyli za nim. 
-Wiecie jak ja kocham poranki z wami.-Szyderczo odezwała się matka chłopców nalewając sobie kawy. 
-Dzięki, wiesz?-Zbulwersował się Niall.
-Oj, oj. Już nie wyolbrzymiaj głodomorze.-Poczochrała jego włosy.
-Mamo!-warknął niezadowolony poprawiając fryzurę. Całą piąteczka wyglądała jak stado świnek w chlewie. Jedli bez opamiętania używając wyłącznie rąk. Ketchup, musztarda oraz inne sosy rozlewały się po ich dłoniach, po stole, bądź podłodze. Szkoda patrzeć. Ogółem typowe samce. Rodzicielka nie potrafiła się już gniewać na swoich ukochanych słodziaków. Mimo, że nie każdy z nich był jej rodzonym podopiecznym, to kochała wszystkich jedną miarą. Każdy dzień z nimi sycił radością oraz uśmiechem. Wychowywanie ich, w większości trudne, okazywało się jednak przyjemnym.-Tak właściwie. Czy ty nazwałaś mnie grubym?-Po jakiś dwóch minutach ciszy blondyn przypomniał sobie zwrot matuli. Odwrócił się. Zmierzył kobietkę wzrokiem.
-Zachowujesz się jak dziewczyna.-zachichotała.-Zupełnie jakbym miała córkę.
-No przecież masz. A Louis?-zażartował Zaz. 
-Ej!-Niebieskooki brunet trzepnął Mulata w tył głowy.
-Przestańcie!-warknęła rodzicielka. 
-Dobra.-Wspólnie mruknęli.
-Mogę jeszcze?-odezwał się Nialler. Wystawił talerz przed mamusię.
-Yhh...Niech będzie.-westchnęła odbierając naczynie. Nałożyła więcej tostów i podała Niall'owi.
-Dziękuję.-Już z pełną buzią wydukał.
-Nie udław się.-Harry zmierzył brata wzrokiem z lekkim niesmakiem.
-No co?-Ten rozłożył ręce, w których trzymał pokarm. Z jego ust nadal wystawała pieczona kanapka z serem.
-Weź. Najpierw może przełknij, co?-zaproponował niechętnie Hazz.
-Daj spokój. Nie warto.-odezwał się Liam.-Teraz już wiemy czemu nie ma dziewczyny.-Lokaty, ciemnoocy oraz niebieskooki zaśmiali się z miny blondasa.
-Nienawidzę was.-wycedził przez zęby. W końcu skończyli śniadanie. Matka już czekała na chłopaków w przedpokoju. Dołączyli do niej ubierając nakrycia. Każdemu z osobna podała plecak otrzymując za to całus w polik.
-Dzięki, mamuś.-Słyszała za każdym razem. W rzędzie opuścili dom, a później ganek. Gdy już stali na ulicy:
-Tylko nie zdemolujcie szkoły!-wrzasnęła żartobliwie mamuśka.
-Nie obiecujemy!-Pięcioosobowym chórem odrzekli idąc dalej.
-Ach co ja się z nimi mam.-Pod nosem dodała kobieta kiwając głową z uśmiechem i założonymi rękami na piersiach...





Hejka! Oto takie sobie, mam nadzieję, śmieszne zamówienie od Karoli <3 Kochana, nie mam pojęcia jak napisałam to w przeciągu 20 minut, ale się udało :D Mam nadzieję, że nie jest zły pomimo krótkiego czasu twórczego ;) Och, lepiej jest mi na sercu kiedy wstawiam coś wesołego, przynajmniej wiem, że mi się moje aniołki popłaczą, jak to ostatnio bywa ;) Jestem otwarta na romantyczne i zabawne zamówienia, jakbyście chcieli odciąć się od ostatnich smutasków ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

Be my wonder 18 the end

-Christina!-Rzuciła mi się na szyję.-Co ty tu robisz? Co się stało? Masz czerwone oczy.-Zarzuciła mnie masą pytań zanim jeszcze ściągnęłam kurtkę.
-Hej. Skończyłam z Bruce'm. Teraz jestem z Niall'em. Okazało się, że on też mnie zdradzał. Z jednej strony się cieszę, z drugiej jest mi przykro, że nie był ze mną tak szczery jak ja w stosunku do niego. No cóż...Nie chcę o tym rozprawiać. Pragnęłam tylko przenocować u ciebie. Jutro już "wyprowadzam się".-wyjaśniłam jej wszystko, aby nie ciągnęła wywiadu dalej. Zauważyłam wyraźne zaskoczenie na jej twarzy, lecz to nie dziwne po takiej ilości świeżych informacji w tak krótkim czasie.
-Wow.-westchnęła.-Okej. Chcę wiedzieć jeszcze tylko jedną rzecz.-Nadstawiłam uszu.-Jesteś szczęśliwa z Horan'em?-Na to uśmiechnęłam się jak najszerzej potrafiłam. Tak po prostu. 
-Jak nigdy wcześniej.-Przygryzłam dolną wargę.
-Widzę, że jesteś cała w skowronkach.-Zaczęłyśmy piszczeć i skakać dookoła.-Oby się wam dobrze wiodło...-Tych słów nie zapomnę nigdy...
***
Z samego rana zwlekłam się z łóżka w mieszkaniu Chloe. Wzięłam prysznic i wyszykowałam się. Uśmiechnięta zwróciłam się do kuchni w celu napicia się soku pomarańczowego. 
-Dobry. Co ty w takim dobrym humorze?-Zaspana przyjaciółka wkroczyła. Znacie to?: Kiedy masz dobry humor, zawsze znajdzie się coś, aby to zepsuć.
-Hejka, a tak po prostu. Wiesz, w końcu jestem z kimś kogo naprawdę kocham.-Aż serce zaczęło mi bić mocniej. Cieszyłam się. Nie ważne, że straciłam narzeczonego. Liczyło się tylko to, że mam mojego Niall'a dla siebie.-Szkoda tylko, że tak daleko. Ale już niedługo będę mogła go uściskać i ahh...-Pełna emocji wyrecytowałam.
-Ta. Już nie mogę się doczekać, aż zobaczę was tak razem.-rzekła ciemnoskóra popijając mleko z kartonu, jak facet.
-Yhym. Widzę jak brakuje ci romansu. Jesteś bardzo kobieca i romantyczna, wiesz?-zaszydziłam.
-Ha ha.-powiedziała mrużąc na mnie oczy.
-Dobra. Ja lecę. Pa.-Musnęłam jej polik i zniknęłam łapiąc tylko swoją torebkę. Po półgodzinnym marszu dotarłam do hotelu. Przywitałam znajomych. Skierowałam się do biura. Brakowało mi tego zapachu. Nie wiem jak go określić. Po prostu pachniało papierami, oficjalnymi klimatami itd. W końcu dołączył do mnie kierownik.
-Witam, bardzo się cieszę, że widzę tu panią.-Poważnym tonem się przywitał. Nie wyglądał na zadowolonego. Rzucił przede mnie segregator.
-Dzień dobry. Czy coś się stało?-Ogólnie już wtedy spodziewałam się, że nie jest dobrze. Nerwowo chodził po pokoju.
-W systemie są poważne błędy. Przekierowała pani pieniądze płacących kartą na konto bankowe hotelu w Dublin'ie. Jest źle, gdyż transakcja została wpisana w taki sposób, że wygląda to jakby to nie były nasze pieniądze, a ich. Zgodnie z prawem straciliśmy ponad pięćdziesiąt tysięcy. Dzięki Bogu, zadzwoniono do nas i poinformowano o tym. Zamknęliśmy możliwość płatności sprawiającej problem. Przez panią straciliśmy mnóstwo zarobków.-Oparł się na rękach o blat. Nie wierzyłam w to co powiedział. Ja? Jak mogłam aż tak bardzo się pomylić? Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Przeraziła mnie zła wieść. Poczułam się winna, w sumie to taka byłam. Serce waliło mi jak szalone. Denerwowałam się dalszym rozwojem tematu.-...Tak więc jak się pani domyśla zostaje pani zwolniona ze swojego stanowiska bez możliwości powrotu do naszej firmy. Wynagrodzenie z tego miesiąca jest również pani odebrane.-Bezdusznie wycedził. Łzy zebrały się w moich oczach. Bardzo zależało mi na tej pracy. Schrzaniłam na całej linii.-Ma pani godzinę na zebranie swoich rzeczy. W teczce znajduje się dokument zwolnienia, proszę oddać go podpisanego do mnie wychodząc.-warknął na wychodne. Schowałam twarz w dłoniach. Bezsilnie wszystko co moje włożyłam do kartonu. Płacząc podpisałam kartę. Pociągając nosem zapukałam do pokoju kierownika. Odłożyłam papier na stole. 
-Do widzenia.-Tylko tyle wykrztusiłam. 
-Żegnam.-Bardzo szorstko odezwał się. Łkając wyszłam z budynku. Nie potrafiłam się uspokoić. Żałowałam. Nadal nie wiedziałam jak to się stało. Weszłam do mieszkania kumpeli. Opadłam załamana na sofę. Przecież jak się ma się walić, to wszystko, prawda? Postanowiłam zadzwonić do Nialler'a. Z głosu w słuchawce dowiedziałam się, iż komórka blondasa jest wyłączona lub poza zasięgiem. Podkuliłam nogi pod klatkę piersiową. Nagle rozległ się dzwonek. Nie spojrzałam nawet na ekran, zwyczajnie przeciągnęłam palcem po jego powierzchni. 
-Halo?-odebrałam w nadziei usłyszenia ukochanego.
-...Christina?-Jednak to Chloe.-Jesteś w domu?-W jej głosie wyróżniała się panika oraz przerażenie.
-Tak.-jęknęłam.
-Zaraz będę. Trzymaj się i nie rób nic głupiego.-wydukała.
-Co? Skąd wiesz, że mnie wyrzucili?-zdziwiłam się. O co do cholery chodzi?!
-...Co? O czym ty mówisz?-Także wyraziła szok.
-O czym TY mówisz?-Podkreśliłam słowo "TY". 
-Czyli jeszcze nic nie wiesz. Włączy tv na kanał czwarty. Minuta jestem.-I się rozłączyła. Ręce zaczęły mi się trząść. Przewidywałam najgorsze. Nie pomyliłam się. Mój puls wzrósł jeszcze bardziej. Bałam się. Jak cholera. W końcu moja przyjaciółka to na co dzień to niezwykle opanowana osoba, a wtedy brzmiała na bardzo zaniepokojoną, BARDZO. Niepewnie włączyłam odbiornik.
"-To jedna z największych katastrof lotniczych ostatnich lat. Zginęło ponad 100 osób wracających z Hawai. Do maszyny została podłożona bomba. W połowie podróży samolot wybuchł. Obecnie badane są części..."
Nie. Nie. Nie. To nie może być prawda. Niall? Nie. Przecież on miał wrócić za kilka dni. To nie dzieje się naprawdę. Nie. Nie ma mowy. 
Wstałam. Moja rozpacz się pogłębiła. Znów zadzwonił mój dzwonek.
-Halo?-jęknęłam do słuchawki.
-Christina? Tu mama Niall'a Horan'a. Dostałam twój numer, chciałam cię tylko poinformować, iż mój syn zginął w katastrofie lotniczej, ponoć bardzo się kochaliście...-Dalej już nie słuchałam. Rzuciłam urządzeniem o ścianę. Opadłam na ziemię. Beczałam jak dziecko. Nie mogłam uwierzyć, że taki piękny dzień przeistoczył się w najgorszy w moim życiu. Nic już nie miało sensu. Straciłam pracę, miłość. Nie mogłam siedzieć na głowie Chloe lub komukolwiek innemu. Rodziny nie miałam. Do Brucer'a też brakowało możliwości powrotu. Nie chciałabym nawet tego. Cały mój świat runął. Ledwo dochodząc do drzwi zamknęłam je, aby nikt nie przeszkodził mi w moim zamiarze. Zdjęłam buty. Starałam się już uspokoić.
-Dziękuję ci Chole, za to, że zawsze przy mnie byłaś i mnie rozumiałaś.
Dziękuję ci Vicki, że stanowiłaś najbardziej zwariowaną osobę w moim życiu i dawałaś mi tym masę uśmiechu.
Dziękuję ci Josh za to, że po prostu byłeś miły.
Dziękuję ci Bruce, że dbałeś jak tylko mogłeś. Odpuszczam ci, że mnie skrzywdziłeś, w końcu zrobiłam to samo. Przepraszam. 
Dziękuję ci Niall, za to, że...Wiesz co? Podziękuję ci niedługo. Już idę, kochanie. Na zawsze bądź moim cudem...-Przechyliłam swoje ciało za balkon. Później nie czułam już nic. Tylko ulgę...










Hejoł! Oto taki sobie koniec naszego BMW :) Wiem, że to smutny koniec, ale w końcu to dramat na jaki zagłosowała Ewa. Przepraszam, że ostatnio tyle smutku u mnie, ale jakoś tak samo wychodzi i w sumie takie lubię pisać najbardziej ^^ Spodziewaliście się? Ogólnie to większość osób uważa, że dramaty charakteryzują się głównie dramaturgią w całości, lecz czasami (jak w "Be my wonder") po prostu kończą się smutno. Mam nadzieję, że mimo wszystko się spodoba i, że trochę was zaskoczyłam. W końcu wszystko już miało być dobrze, prawda? 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

niedziela, 26 kwietnia 2015

Imagin Louis zamówienie

-Wow! Nie wierzę, że to już jutro!-Wręcz piskiem odezwała się moja najlepsza przyjaciółka tańcząc z moim długim do ziemi welonem.
-Oj, wiem. Jestem mega szczęśliwa.-Szczerzyłam się jak wariatka. Na samą myśl tego pięknego dnia nasuwał mi się doskonały humor. Kochałam mojego wybranka najbardziej na świecie, byłam pewna, że to właśnie z nim chcę spędzić resztę życia.
-Ewa...-Towarzyszka opadła na miejsce obok mnie ze smutnym głosem.-Nie boisz się, że znów wróci do nałogu?-zapytała delikatnie. Wzięłam głęboki wdech.
-Boję się, ale pozostaje mi tylko wierzyć w to, że tak się nie stanie.-odpowiedziałam bezsilnie wzruszając ramionami. Louis-świetny chłopak. Nie widział poza mną świata. Stanowił dla mnie ideał. Jednak pojawiał się poważny problem ciągnący się od długiego czasu jeszcze zanim go poznałam. Tomlinson był uzależniony. Spotkaliśmy się na dyskotece. Wtedy nie wiedziałam, że bierze narkotyki. Kiedy zaczęliśmy widywać się po przyjacielsku, wszystko stało się jasne. Jego nadpobudliwość, wahania nastroi, czerwone oczy. Wyciągałam go z opresji raz za razem, a to tylko dlatego, że zależało mi na nim. Przetrwaliśmy wiele trudnych chwil. Było ciężko, ale trzymałam się z nim i nie pozwoliłam mu się dobić. Zostaliśmy parą. Zmniejszał dawki, dla mnie. Poszedł na odwyk. Zupełnie odzwyczaił się od używek. Mimo to, miałam obawy. Wystarczył by mu jeden głupi raz, aby powrócić do nałogu.
Przyszedł ten wielki dzień. Wszyscy goście już na miejscach, ja w sukni, Lou przed ołtarzem. Ojciec zaprowadził mnie do narzeczonego, któremu łzy stały w oczach odkąd mnie ujrzał na drugim końcu dywanu usłanego z białych róż. Uśmiechy nie schodziły z naszych twarzy podczas składania najpiękniejszych przysiąg jakie mogłam sobie wymarzyć. Było perfekcyjnie, tak jak sobie wyśniłam. Miłość z nas emanowała.Wesele wyszło niesamowicie. Po zabawie do białego rana wyruszyłam z mężem na lotnisko. Nasz miesiąc miodowy miał być niespodzianką.
Kiedy wylądowaliśmy byłam wniebowzięta. Piękne krajobrazy otaczały nas. Nasi rodzice wysłali nas na...Jamajkę. Przyznam, że cudowne widoki nie wynagradzały mi faktu, iż Tommo może wrócić do ćpania. Nie ukrywajmy jakiego typu miejscem jest Jamajka. To nieziemskie miejsce, tak samo jak stan w jaki wprowadzają tamtejsze rośliny. Nie skomentowałam, nie chcąc zdenerwować partnera. Starałam się cieszyć się urlopem i pilnować ukochanego. W końcu obiecałam mu wierność.
Dni mijały jak z bicza. Tomlinson wydawał się...Dziwny. Kiedy tylko pytałam o to czy brał, odpowiadał: "Nie kochanie, już z tym skończyłem". Wierzyłam mu, przecież mnie kochał, nie mógł mnie okłamać. Prawda?
Po wspaniałych czterech tygodniach wróciliśmy do kraju. Ja do pracy, misiek do pracy. Życie toczyło się jak zwykle. Martwiły mnie tylko coraz to częstsze wypady Loui'ego na miasto z "przyjacielem" Zayn'em. Ogółem chodzi o to, iż Mulat także pobierał, właściwie to on wciągnął Lou do tego bagna. Nadal nie reagowałam zbyt ostro.
Nadeszła ta pamiętna noc. Dochodziła już 1.00 w nocy, a Tommo nadal nie wracał. Czekałam niecierpliwie. Robotę skończył o 21.00. Czarne scenariusze układały się w mojej głowie. Nagle usłyszałam trzask. Kiedy postura męża mi się ukazała-zamarłam. Od razu zauważyłam czerwone jak krew białka. Kołysał się we wszystkie strony. Alkohol, papierosy i zioło było czuć na kilometr.
-L..Lou...Louis?-wydukałam czując łzy na policzkach. Wstałam i zbliżyłam się do ukochanego.-Skarbie co ci się stało? Dlaczego?-Ujęłam jego twarz w dłonie. Próbowałam nawiązać z nim jakiś kontakt wzrokowy, przez mętne spojrzenie chłopaka nie udawało mi się to.
-Przestań! Wcale ci na mnie nie zależy! Ja wszystko wiem! Ja wszystko wiem! Nie powinno cię obchodzić co robiłem i gdzie byłem! Nie możesz tego wiedzieć, jesteś nikim!-Wybełkotał podniesionym głosem. Odsunęłam się od niego.
-O czym ty mówisz? Lou...-Nie dał mi dokończyć. Uderzył mnie. Zabolało. Nie wytrzymałam. Uciekłam z mieszkania łapiąc przy tym tylko swoją kurtkę oraz buty. Mój cały świat zawalił się jednego wieczora. Znów narkotyki trafiły do organizmu Tomlinson'a. To było jak cios w serce. Tak wiele poświęciłam, aby wyciągnąć go z tego. Tyle miłości, troski. A to na nic! Uważałam siebie za sprawcę tego wszystkiego. Myślałam, że to moja wina, że nie upilnowałam go. Beczałam kierując się do przyjaciółki. Mogłam się jej wyżalić. Bałam się. Nie wiedziałam jak dalej potoczy się moje życie. Nie byłam pewna co do swojego związku co do zdrowia Loui'ego. Już nic nie było jasne.
Niemrawo skierowałam się do mieszkania. Weszłam. To co zobaczyłam...Padłam na kolana przed zwłokami męża. Leżał tam tak po prostu. W miejscu gdzie ostatni raz go widziałam.
-Louis! Louis! Obudź się! Słyszysz?! Wstawaj! Nie żartuj sobie ze mnie!-lamentowałam szarpiąc go. Nie wierzyłam. Kochany niebieskooki wyzionął ducha. Już go nie ma. Odszedł. Nigdy więcej nie usłyszę jego śmiechu. Nie zobaczę jak szczerzy się do mnie. Nie poczuję jego ust na swoich. Nigdy nie przytulę się do ukochanego. Więcej nie obudzę się w jego ramionach. Nie będę miała okazji pokłócić się z nim o głupotę. Nie powiem prosto w twarz "Kocham cię". Nic już nie będzie takie samo. Bez mojego całego świata. Wszystko co radosne, sens życia ze mnie upłynął.  Mój puls zwolnił. Zrobiło mi się słabo. W rozpaczy udało mi się wstać. Świadoma jestem tylko tego, że sąsiadka akurat wychodziła od siebie i mi pomogła. Tamte dni pozostają dla mnie jedną wielką czarną plamą. Nie pamiętam pogrzebu, stypy, kondolencji, zupełnie nic. Pustka tkwi w mojej głowie po dzień dzisiejszy.
Wiem tylko, z "zeznań" lekarza, iż Louis przedawkował. Doszły mnie słuchy, że na naszym miesiącu miodowym zaczął swoją "przygodę" na nowo. Jaka ja byłam głupia, nic nie zauważyłam. To moja wina. Może jakbym wtedy nie wyszła, może by jeszcze żył. Gdybym go upilnowała. Może uratowałabym mu życie. Może teraz stałby tu obok mnie. Obejmowałby, całował patrząc w tej chwili na naszą małą niespodziankę-Loui'ego juniora. Jest do niego taki podobny. Szkoda, że nigdy nie pozna swojego ojca...
Czasami kiedy siedzę sama w pokoju małego Louis'a i przyglądam mu się przez mur łez, wydaje mi się, że słyszę takie zachrypnięte, ciche "Przepraszam"...







Witam państwo! :D Dzisiaj moja Kochana, Najukochańsza Ewcia zamówiła smutaska z Lou :) Mam nadzieję skarbie, że nie zawiodłam i jest dostatecznie wzruszający :) Starałam się :) Tak mnie natchnęło z tymi narkotykami, nie wiem czemu.
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH ;*

Imagin Zayn

Tak wiele osób pragnie sławy, pieniędzy, drogich gadżetów. Myślą, że życie pośród kamer oraz fleszy jest jedynie przyjemnością. "To przecież nic trudnego uśmiechać się do obiektywu na zawołanie". Nic bardziej mylnego. Nie zawsze mamy siłę na uśmiech. Nie codziennie jesteśmy w dobrym humorze. Ludzie od znanych postaci oczekują perfekcji. Nie rozumieją, że to też tylko ludzie. Popełniamy błędy, taka jest prawda. Życie przeciętnej osoby jednak nie jest tak rozdmuchiwane. Każde potknięcie jest publikowane w każdym możliwym źródle medialnym. Cały świat zna twoje poczynania, nawet te z których dumnym być nie należy. Słyszysz złe, dobijające słowa od osób, które nie mają o tobie pojęcia. Nie wiedzą co czujesz. Pozostają w twierdzeniu, iż decydując się na taki zawód przygotowałeś się na to. Nie możesz mieć gorszej chwili, takiej kiedy nic ci się nie udaje. Wszyscy wszystko komentują, ale tobie do głosu dojść nie dadzą. Trzeba uodparniać się na raniące zwroty, lecz po takiej fali zaczyna się w to wierzyć. Serce kuje. Może nie wierzysz w to do końca, ale ta opinia boli. Nikt nie spodziewa się, że cierpisz. Tak naprawdę wszyscy traktują cię jak nie osobę z uczuciami, a personę bez serca. Inni uważają, że jesteś rozpieszczany. Przecież bogaty nie może być nieszczęśliwy. Zachowują się jakby to bogactwa były synonimem spełnienia życiowego. Tak nie jest. Emocje, problemy, choroby, załamania-to wszystko także należy do aktorów, piosenkarzy czy modeli. Nie ma lekarstwa na utrapienia życia, po prostu nie ma. Do tego "powinieneś" stanowić wzór do naśladowania. Kontrolują cię, brak ci własnego zdania. Pozornie taki żywot może wydawać się wielkim snem, sielanką. Kłamstwo. Kiedy tylko opuścisz mieszkanie chmara paparazzi rzuca się na ciebie z fleszami. Gdziekolwiek nie pójdziesz, jesteś obserwowany i nachodzony. Musisz mieć przy sobie ekipę ochroniarzy, gdyż fotografowie oraz fani są w stanie zabić, aby tylko cyknąć ci fotkę lub zwyczajnie cię dotknąć. Boisz się ludzi, którzy cię wielbią. To dzięki nim masz to co masz, ale przeraża cię ich zachowanie. To nie do pomyślenia, kiedy z miłości do ciebie ktoś robi sobie krzywdę nie znając cię osobiście. Czasami sam się gubisz we wszystkim co czynią. Smuci cię to, że nie możesz podziękować każdemu z nich z osobna.
W tym zawodzie ciężko jest nie przejmować się opinią innych, taka jest prawda.
Sława to twardy orzech do zgryzienia. Trzeba mieć mocną psychikę. Niektórzy sobie radzą, inni nie do końca. Ja należę do tej drugiej grupy osób.
Otrzymałem los na loterii, nie da się ukryć. Trafiłem do zespołu. Pokochałem chłopaków jak braci, directioners jakbym znał ich wszystkich od małego. Zacząłem życie o jakim marzyłem. Mnóstwo pięknych chwil przeżyłem. Robiłem to co zawsze siedziało mi w głowie. Jednak wszystko zaczęło się psuć. Prywatność, na której tak bardzo mi zależy uciekła. Wszystko co moje było komentowane przez media. Cały świat wiedział o mnie wszystko. Nie dawałem rady psychicznie. Ta wieczna smycz mnie podduszała. Traciłem bliskich, kobietę oraz rodzinę. Zmuszony byłem wybrać. Nie wiem ile łez wylałem, jak wiele nocy nie przespałem. Wiem tylko, że podjąłem najtrudniejszą decyzję w moim życiu jak dotąd. Odszedłem od One Direction. Zdawałem sobie sprawę jaką to wywoła kontrowersję. Ile komentarzy pojawi się pod moim zachowaniem. Świdom tego, iż moja twarz trafi na pierwsze strony gazet opuściłem boysband. Może i figurowałem w brukowcach, ale tylko przez jakiś czas. Gdybym został, powtarzałoby się to jeszcze wiele razy. Nie dość, że ja, chłopcy, to jeszcze fani się załamali. Stłamsiły mnie ich pomysły. Okaleczali się, płakali, lamentowali przed długi czas, z tego co wiem to pojawiły się nawet samobójstwa. Łamało mi to serce. Jednak na marne moje jakiekolwiek poczynania. Cóż mogłem uczynić? Przeprosić? Chciałem. Lecz nie znalazłem słów na swoją rozpacz. Nie miałem na celu unieszczęśliwienie wielbicieli. Ja pragnąłem tylko krzty normalnego życia. Nie umarłem, zaginąłem. Jestem. Wciąż jestem i będę. Może już nie jako 1/5 zespołu. Postanowiłem nie schodzić z rynku muzycznego. Nie. Tak samo nie zamierzam nagrywać i koncertować na umór. Potrzebuję tylko spokoju na jakiś czas. Wierzę, że wszyscy to zrozumieją. Nie będą już wyśmiewali mnie za to, że odszedłem w ramach odzyskania normalności, a nadal śpiewam. Jednak ludzie są okrutni, o tym przekonałem się już nie raz. Że zrozumieją, iż chcę zostać w branży muzycznej, jednakże nie rozwiniętej na taką skalę. Trochę spokojniejszą, cichszą, nie tak rozdmuchaną. Nie umiem znaleźć poprawnych określeń na to jak bardzo pragnę szczęścia directioners i fanów, cieszę się, że wiele z nich nadal zostało z 1D. Smutno mi z powodu tych, którzy odeszli, ale tego naprawić już nie uda mi się. W mojej głowie pali się pewien pomysł, mieści się mała nadzieja na powrót. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miał okazję stanąć obok Niall'a, Liam'a, Louis'a oraz Harry'ego na scenie i zaśpiewać te wszystkie piosenki. Przypomnieć sobie wszystkie te lata. Przeżyć to jeszcze raz, tą cudowną, magiczną przygodę jak ze snów. Przyznam, że to najbardziej niesamowite, zarazem przerażające doświadczenie w moim życiu. Łza mi się w oku kręci, gdy pomyślę o tym co wydarzyło się przez ten czas w One Direction. Serce wali mi jak oszalałe. Kochałem i będę kochał to co związane z tymi momentami. Nie wiem jak to będzie. Nie wiem co przyniesie przyszłość. Tylko, mnie nadal przeraża ta "łatwa" sława...







Hejka! Witam! Oto taki sobie imagin, który siedział mi w głowie już od dawna :) Mam nadzieję, że się spodoba :3 Pisałam do z perspektywy Zayn'a, ale to takie moje małe, wiecie, no te...Poglądy czy jakoś tak ;) Przepraszam, jeżeli ktoś nie zgadza się z treścią, to tylko takie moje jak to nazwałam "przemyślenia".
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*


sobota, 25 kwietnia 2015

Little Sweet Angel 60

 Ponownie wtuliłam twarz w poduszkę oglądając zdjęcie moje i Styles'a. Takich uśmiechniętych, radosnych...We dwoje. Właśnie jego obecności brakowało mi najbardziej. Lecz echo jego słów nadal odbijało się w mojej czaszce. Wciąż pamiętałam to jak mnie uderzył w furii przez przypadek. Ogólnie mieszane uczucia władały mną całą. Chociaż jednak głównie tęsknota. Czy tylko mi wszystko musi walić się naraz? Mam wrażenie, że już nic nie ma sensu...
***
Zasnęłam. Dzień rozpoczął się chaosem. Z samego rana szybka kąpiel, kok na głowę, dres na ciało. Później przejazd do miejsca sesji. Make'up, fryzura, dressing. Kompletnie nie potrafiłam się skupić. Okazało się, że sesja jest z partnerem. Ja w pięknej białej sukni z koronki, a obok przystojny francuz w garniturze. Musiałam się ogarnąć. Mieliśmy grać zakochanych, wyobraziłam sobie Harry'ego. Tylko to mi pomagało. Wyszło całkiem nieźle. Przez siedem godzin zrobiłam 20 kompletów. Niby zajęłam się czymś, lecz z tyłu głowy nadal plątały mi się smutne wątki. Uwolniłam się sprzed obiektywu na rzecz wywiadu. Przebrałam się. Kierowca podwiózł mnie do studia gdzie nagrać miałam rozmowę. Przysłowiowo "przypudrowano mi nosek". Zdawałam sobie sprawę, że muszę uśmiechać się i udawać, iż wszystko gra. Przykleiłam sobie na twarz uśmiech. Usiadłam przed kamerą, a wywiad się rozpoczął. Miałam pewną nadzieję, która szybko została rozmyta przez reporterkę.
-Witaj, Michell.-przywitała się ze mną.
-Witam, Hannah.-Równie miło odezwałam się.
-Jesteś teraz tutaj w Paryżu, robisz wiele sesji, pokazy przed tobą. Na pewno to ciężkie skupić się na pracy, kiedy ma się takie problemy osobiste. Wszyscy wiemy co dzieje się pomiędzy tobą, a twoim partnerem-Harry'm Styles'ie. Od anonimowych informatorów, wiadomo, iż uderzył cię. Czy to prawda?-Nie umiem wyrazić słowami jak ciężko było mi tego słuchać. Czułam jak łzy napływają mi do oczu. Kiedy usłyszałam to nazwisko, znów zaczęłam dygotać.
-Przepraszam...-Wstałam i po prostu wyszłam. Bezskutecznie ocierałam nieodpuszczające krople słonej cieczy. Uciekłam, tak uciekłam. Miałam nadzieję, że wytrzymam, jednak się nie udało. Wsiadłam do auta. Odjechałam.
Każdy dzień stawał się coraz gorszy. Tęskniłam coraz bardziej. Został jeszcze jeden do wyjazdu. Tamten jednak wydawał się najgorszym ze wszystkich. Nie wytrzymywałam. Presja, telefony od Tatiana'y, mała chora, ja załamana. Nie dawałam rady. Kiedy wychodziłam na kolejną sesję pod hotelem zebrała się chmara fotografów. 
-Michi, Michi! Powiedz. Jesteś ze Styles'em? Czy on cię skrzywdził? Czy się kochacie?-usłyszałam. Wtem coś we mnie pękło. Wróciłam do środka. Spakowałam wszystkie swoje rzeczy. Cindy nie była w stanie mnie zatrzymać. Dała mi wolną rękę. Zrozumiała. Wyszłam tyłem. Taksówką pojechałam na lotnisko rycząc jak dziecko. Po czterech godzinach rozpaczania czekając na samolot, mogłam wejść do maszyny. Całą drogę trzęsłam się. Umierałam psychicznie. Już nie dostrzegałam nikogo. Ogólnie to rzeczywistość jakoś odeszła. Wcześniej zadzwoniłam po szofera. Zawiózł mnie do Tati. Zapukałam kilka razy. Otworzyła mi siostra.
-Miśka?! Co ty tu robisz?-Wciągnęła mnie do mieszkania i mocno przytuliła.
-Cześć. Skrócili mi robotę.-skłamałam niemrawo.
-Boże, kochanie. Wiem, że to nie pomoże, ale wyglądasz jak...
-Wrak człowieka?-dokończyłam.
-Tak, dokładnie.-Posadziła mnie na sofie.-Nawet nie pytam jak się czujesz. Skarbie, ty musisz z nim porozmawiać. Ty dosłownie giniesz w oczach.-Słyszałam w jej głosie niepokój.
-Jak to?-Zagubiona wydukałam.
-Kiedy ostatnio jadłaś?-Zrozumiałam aluzję. Właśnie. Nie pamiętałam takiego wydarzenia. 
-Mówili, że zgubiłam 4 kilogramy.-odrzekłam bezsilnie.
-Mała, znów popadasz w chorobę.-Miała rację. Brakowało mi sił na zaprzeczanie czy dyskusję.
-Powiedziałaś Niall'owi?-Chciałam zmienić temat, tyle jeszcze zdolna byłam wykrztusić.  Spuściła głowę. Już znałam odpowiedź.-Dlaczego nie?-jęknęłam słabo.
-Chciałam poczekać na ciebie i się bałam.-odpowiedziała. 
-Musisz mu wyznać prawdę.-Złapałam bliźniaczkę za nogę.
-Ty również masz coś do zrobienia.-Przytaknęłam. Nagle pojawili się Luke z Calum'em. Jak przez mgłę pamiętam co do mnie mówili i jak wyglądało przywitanie. Wiem tylko, że właśnie wychodziliśmy, aby spotkała Harold'a, kiedy zakręciło mi się w głowie i ciemność stanęła mi przed oczami...










Hejka! Oto rozdział #60 :D Przepraszam, że tak późno. Wcześniej brakło mi czasu. Po za tym znów mam problemy z internetem i prawdopodobnie nie uda mi się dodać nowego rozdziału na drugim blog'u co mnie zasmuca, gdyż obiecałam :( Przepraszam jestem do bani :P 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*



piątek, 24 kwietnia 2015

Imagin zamówienie

-Liam!-krzyknęłam z góry.
-Tak?!-odwrzasnął.
-Pamiętaj, że dzisiaj impreza u Harry'ego, nie siedź w kancelarii za długo!-Kontynuowałam przeglądając ubrania w szafie.
-Tu jestem cukiereczku, nie tak głośno.-Nagle poczułam jak jego ręce owijają się wokół mej tali, a usta muskają moją szyję. Przymknęłam powieki rozkoszując się bliskością męża.
-Przepraszam. Nie wiedziałam.-mruknęłam.
-Nic nie szkodzi, kocham twój głos. Tak brzmi jeszcze seksowniej.-szepnął mi na ucho przygryzając jego płatek. Wiedziałam do czego zmierza.
-Li, za godzinę masz być w pracy.-Odwróciłam się do niego przodem. Pocałunki przeniósł na usta, następnie schodząc do dekoltu.
-Nieważne. Może tym razem się uda...-Za każdym razem bolały mnie te słowa. Staraliśmy się o malucha wiele razy. Nigdy się nie udawało. W związku małżeńskim trwaliśmy wtedy aż 4 lata, a nadal nie zaszłam w ciążę. Frustrowało to mnie. Mimo, iż nie wiedziałam czy to moja wina, to tak czułam. Serce mnie zakuło. Lecz Payne miał rację. Daliśmy ponieść się miłości. Ten raz wydawał się taki inny. Nie wiem dlaczego. Myślałam, że po założeniu obrączki na palec już nic ciekawego nie będzie się działo, ale się pomyliłam.
Dni mijały szybko. Praca, dom, praca, dom-codzienność. Nic ciekawego się nie przydarzało. Minęło pół roku. Wszystko wydawało się normalne. Akurat wypadała moja wizyta u ginekologa. Standardowo przywitałam się z lekarką.
-Kiedy ostatni cykl?-zapytała co było normą. Właśnie! Wtedy mnie napadło. Źrenice automatycznie mi się powiększyły. Nabrałam ogrom powietrza. Zatrzymałam się na moment.
-Sz...Sześć miesięcy temu...-wyjęczałam. Opadłam jak wariatka na krzesło przed biurkiem doktor. To był ogromny szok. Przyznam, że jakieś cztery, pięć kilo przybyło mi przez ten czas i apetyt dopisywał, ale naprawdę nawet nie wpadłabym na to. Przecież nam nigdy nie wychodziło. Nawet nie zrobiłam testu! Nic!
Ginekolog potwierdziła ciążę. Moim szczęściem miałam ochotę obdarować cały świat. Od razu po wyjściu z gabinetu wybrałam numer do Liam'a.
-Tak kochanie?-Spokojnym głosem odebrał.
-Li...Możemy spotkać się w domu za dwadzieścia minut?-Starałam opanować się przed piskiem radości, aby nie spalić niespodzianki.
-Tak, oczywiście. A coś się stało?
-Nie, nie...Znaczy tak, ale powiem ci wszystko na miejscu. Do zobaczenia, papa. Kocham cię.-Rozłączyłam się jak najszybciej. Trafiłam do mieszkania. W głowie już tworzył mi się plan tego jak będzie wyglądał pokój maleństwa. Masowałam swój brzuch uśmiechnięta. Euforia mnie rozpierała. Nadal nie rozumiałam jak mogłam zapomnieć o miesiączce, o sprawdzeniu swojego stanu. Usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi. Spotkałam się z mężem w połowie salonu przed kanapą.
-Skarbie. Co to takiego?-Zapytał tak normalnie, po prostu. Szczerzyłam się jak wariatka, lecz nie umiałam tego opanować.
-Misiek, bo ja...Ja...My będziemy rodzicami.-Łzy stanęły mi w oczach. Jego mina-bezcenna. Ślepia zabłysły mu w radości. Kąciki jego ust poszybowały ku górze. Przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił.
-Nie mogę w to uwierzyć.-wyszeptał. Oboje płakaliśmy. Świat wydawał się piękniejszy.
Wpadliśmy w wir przygotowania się do rodzicielstwa. Nie chcieliśmy znać płci dziecka, pragnęliśmy takiej niespodzianki jak same ono. Zakupy, przesadna troska itd. Ogólnie piękny czas.
Dochodziła 23.00. Spałam już w objęciach ukochanego. Obudził mnie ostry ból w okolicach dolnej partii brzucha.
-Liaś, Liaś...-Wstrząsnęłam partnerem, aby go obudzić.
-Tak?-Przetarł oczy.
-Boli.-jęknęłam.
-Boże kwiatuszku, ale to dopiero ósmy miesiąc.-W lekkiej panice pomógł mi się ubrać. Sam to zrobił. Ruszyliśmy do szpitala. Natychmiast zabrano mnie na salę porodową. Okazało się, że mam 10 cm rozwarcia, co oznacza, że mogę przeć. Lekarze najpierw zabrali mnie na badania.
-Dziecko się dusi. Pępowina owinęła się wokół  szyi płodu.-Słyszałam diagnozy, żadna jednak nie kierowała się do mnie lub Payne'a. Ten chyba nie zwracał nawet uwagi na rozmowy lekarzy. Był przerażony. Starał się mnie wspierać, ale mi zależało najbardziej na malcu. Jeden z doktorów poprosił mojego męża o wyjście. Podszedł do mnie. Czułam jak krew ze mnie schodzi. Słabłam, cierpienie nabierało na sile. Nie wiedziałam co się dzieje. Płacz zamazywał mi wyraźny obraz.-Pani Payne, dziecko może umrzeć. Rodzi pani, ale poród naturalny to zbyt wielkie ryzyko. Jeżeli zrobimy cesarkę, malcowi nic się nie stanie, ale pani odejdzie.-oznajmił mężczyzna wyraźnie po pięćdziesiątce. Serce na sekundę mi się zatrzymało. To co usłyszałam odbiło mi się echem w głowie. Cała dygotałam. Miałam przed sobą trudną decyzję.
-Czyli albo ja albo dzidzia?-drżącym tonem odezwałam się.
-Tak.-potwierdził niepociesznie.-Nie chciałem mówić tego przy pani partnerze, to niewskazane. Ma pani chwilę na zastanowienie.-rzekł.
-Dobrze, jednak proszę dajcie mi z nim pomówić.-poprosiłam w lamencie.
-Kochanie co się dzieje?-Ściskał moją rękę kiedy już dołączył.
-Liam, chciałam ci powiedzieć, że jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało, niczego nie żałuję. Jesteś najwspanialszym facetem na świecie, kocham cię aż po grób. Ta ciąża to ogromne szczęście, chcę tego malca. Niczego tak bardzo nie pragnęłam jak niego z tobą. Chcę, abyś był najlepszym ojcem pod słońcem, zajmował się, troszczył, dbał i rozpieszczał. Pragnę, abyś pokochał dzieciątko jak nikogo wcześniej, aby to był twój tlen, sens życia. Nie rozpaczaj, daj aniołkowi siłę do życia. Znajdź kogoś kto pokocha cię takim jakim jesteś, kogoś kto pokocha nasze dziecko jak swoje. Nie pozwól zapomnieć o mnie malcowi...-wyrecytowałam płacząc. On także to robił.-Panie doktorze!-zawołałam. Natychmiast się zjawił.-Cesarka.-Bezsilnie wydukałam. Ucałowałam jeszcze mocno Li'ego, który chyba nie wiedział co się dzieje. Ostatnie co pamiętam to płacz dziecka oraz słowa: "Zdrowa dziewczynka...", później zasnęłam z poczuciem radości i spełnienia, z uśmiechem na twarzy.
Kiedy Liam po raz pierwszy wziął małą na ręce łzy lały się po jego polikach.
-Wszystko co mam będzie należało do ciebie, jesteś wszystkim co mam. Kocham cię bezgranicznie. Mama jest teraz stróżem, moim oraz twoim. Nie zapomnimy o niej. Prawda, Angel?-szeptem zapytał, na to córeczka uniosła kąciki ust, jakby rozumiała.
Dzisiaj uśmiecham się widząc jak mój mąż prowadzi małą do szkoły. Angel boi się, nie chce opuszczać ojca.
-Tatusiu...-błaga o możliwość powrotu do domu po raz dziesiąty.
-Księżniczko, mamusia nie będzie mogła być z ciebie dumna, jeżeli nie zrobisz tego kroku.-Uklęknął przed nią i uśmiechnął się. Zawsze podchodził tak małą, kiedy nie chciała czegoś zrobić. Popatrzała jeszcze chwilę na tatę zastanawiając się. Następnie biegiem ruszyła do budynku. Gdy Liaś podążał za córeczką mijał pewną dziewczynę młodszą o kilka lat od niego-(T.I), jeszcze nie wie, że to jego przyszła miłość. Cieszę się, że spełnił wszystkie moje prośby. Teraz mogę patrzeć na ich spokojne życie z góry, widzę ich, obserwuję jak malutka rośnie. Znam ich przyszłość i przeszłość, jak i teraźniejszość. Szkoda tylko, że nigdy nie dane będzie mi porozmawianie z Angel, wychowanie jej, bądź poczucie jej dotyku. Nie jestem dumna z tego, że ją opuściłam, ale z tego, że oddałam życie za mojego aniołka tak...







Witam! Oto zamówienie dla Karoli <3 Mam nadzieję, że spodoba się :) Staram się z całych sił :)
Nie wiem czy jeszcze dzisiaj się coś pojawi, to przez trening, dzisiaj ma być MEGA wycisk :P
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

czwartek, 23 kwietnia 2015

Hatin' Syndrome 12

-Chcę tylko wiedzieć jedną rzecz.-odezwał się nagle. Podniosłam głowę, by zerknąć w jego ślepia.
-Tak?-Wciąż drżącym, po niewyjaśnionym lamencie, głosem jęknęłam.
-Czy mam szansę?-Po raz drugi zbił mnie z tropu. W końcu, po przeanalizowaniu wszystkiego zebrałam się na cokolwiek. Wspięłam się na palce i delikatnie musnęłam jego polik ustami.
-Tak.-Cichutko odpowiedziałam lekko unosząc kąciki ust. Rumieńce zapewne zapłonęły na mych polikach. Po kilku minutach wpadłam na pomysł.-Hazz?-Oderwaliśmy się od siebie nie puszczając swoich rąk. Tak szczerze, to nie wiem czemu tak wyszło.
-Hmm?-mruknął poświęcając mi całą uwagę. Ogólnie to atmosfera się już wyklarowała do swobodnej.
-Mam mały plan zemsty...-zaczęłam...
***
Weszliśmy do mojego domu za rękę. Z korytarza było słychać chichoty Zayn'a oraz Louis'a. 
-Jesteś pewna?-dopytał H.
-Tak, nie mam dwunastu lat.-Zaśmialiśmy się cicho.-Hej wam!-wrzasnęłam wtulając się w Harold'a stając w progu. Ich miny?-Bezcenne. 
-Ymm...Vivien?-Zauważyłam jak mojemu nadopiekuńczemu bratu skacze gul. Wraz z Louis'em wstali i podeszli. 
-Tak braciszku?-Najsłodziej jak mogłam odezwałam się. Podniosłam głowę i zatraciłam się w oczach Hazz'y.
-Możemy porozmawiać?-zapytał wibrującym głosem.
-Tak, oczywiście.-Uśmiechnęłam się nie spuszczając wzroku z loczka. Cmoknęłam go w polik.-Zaraz wracam.-szepnęłam, ale tak aby reszta również usłyszała. Zwróciłam się do kuchni. W lustrze widziałam jak Zen mierzy Styles'a wściekłym wzrokiem.-O co chodzi?-odezwałam się siedząc na blacie. Udawałam, że nie mam pojęcia co go tak denerwuje. Machałam sobie swobodnie nogami wpatrując się w niego.
-Ty się jeszcze pytasz? Co to miało być? Mów mi. Wy jesteście razem? Ty nie możesz mieć chłopaka, nie ma opcji. Nie, nie i jeszcze raz N-I-E. Nie pozwalam. Przecież przed chwilą jeszcze wy yhh...A teraz ahh i...Jak?-Plątał się we własnych słowach. Z każdą sekundą jego twarz robiła się coraz bardziej czerwona. Wszystko rozwijało się tak jak powinno. W duchu skakałam z radości. Na zewnątrz zaś, grałam oburzenie.
-Odkąd wyjechaliście, kocham go i nie możesz mi niczego zabronić! To mój chłopak! Ty mi życia układał nie będziesz!-Wydarłam się. Minęłam wzburzona Mulata. Wparowałam do salonu. Louis przeprowadzał podobną rozmowę z Hazz'ą. Złapałam "partnera" za rękę. Pociągnęłam go za sobą na górę posyłając "rodzeństwu" mordercze spojrzenia. Kiedy tylko zatrzasnęłam drzwi od swojego pokoju oparłam się o nie. Zaczęliśmy się cicho śmiać.
-Udało się.-Skakałam dookoła.-Dostaną za swoje.-ucieszyłam się. Na tyle odbiła mi szajba, że wlazłam na łóżko. Odbijałam się od materaca, kiedy Styles oglądał to rechocząc. Nagle wpadłam na poduszkę. Zleciałam na lokacza przodem. Wyszło tak, że moje nogi owijały się wokół jego torsu, a ręce karku. Moje serce tak dziwnie...Zaszalało. Nie rozumiałam co się mi przy nim dzieje. Zachichotałam rumieniąc się. Jak na wyczucie do pomieszczenia wparował Zaz, prawdopodobnie miał zamiar dodać coś jeszcze. Jednak się zdziwił. Tak bardzo bawiła mnie jego reakcja.
-Zabiję...-mruknął pod nosem. Następnie wrota z hukiem spotkały framugę. Sprowadziłam ślepia na oczęta Harry'ego.
-Może jestem wredna, ale warto.-rzekłam. Stanęłam na własne nogi.
-Nie sądzisz, że przesadzamy?-zapytał nieśmiało.
-A nie uważasz, że nasłanie na mnie Dave i zaplanowanie tych kilku dni nie było przesadą?
-W sumie racja.-stwierdził.
-No właśnie.-opadłam na łoże.
-Wiesz...Słodkie kiedy nazwałaś mnie "chłopak", tak zatraciłaś się w moich oczach.-Ułożył się obok.
-Co?-Zapewne zabrzmiałam jak piszczałka. Sprzeczałabym się, ale najgorsze jest to, że on miał rację. Aż poliki mnie piekły.
-Nie powiesz, że tak nie było.-Lustrował mnie.
-Pochlebiasz sobie.-Udawałam, że na mnie nie działa. W głębi duszy miałam ochotę wyznać coś innego i zrobić coś szalonego, jak na mnie, oczywiście. Leżeliśmy tak gadając o wszystkim i niczym. Nie rozumiem jak to się stało, że wcześniej w ogóle nie trawiłam lokatego. A! No tak-Lou oraz Zayn. 
-Ile chcesz to pociągnąć?-Znów wkroczyliśmy na ten sam temat.
-Nie wiem. Aż...Właściwie, to myślałam, że też tego chcesz. Harry, jeżeli nie, to mi powiedz, przestaniemy.-Trochę się zaniepokoiłam.
-Nie, nie. Spokojnie. Jest okej. Tak tylko zapytałem.-Obronił się jak najsprawniej. Ogólnie dziwnie się czułam przebywając z nim. Przecież wiedziałam jakimi uczuciami mnie darzy. Sama nie potrafiłam przyznać się do swoich. Lecz w realu, nie stanowiły dla mnie pewności. Dochodziła 23.00. Z dołu nadal słychać było dopingi tych dwóch ciołków z dołu.-Może ja już pójdę?-zaproponował mój towarzysz.
-Nie, nie. Zostań na noc. To jeszcze bardziej ich zdenerwuje.-Złapałam go za rękę kiedy zbliżał się do wyjścia.
-To nie będzie już mała przesada?-Wolną dłonią złapał się za kark. Przyciągnęłam go do siebie nieco.
-Nie będziemy przecież się kochać, chociaż mogło to być niezłe, więc to nic takiego. Chyba, że nie mile widzi ci się sen ze mną w jednym łóżku, to zrozumiem.-Zupełnie poważnie wyrecytowałam, a Harold się zaśmiał.
-Nie no co ty. Spoko, mogę tu nocować.-zgodził się. Uśmiechnęłam się zwycięsko. Tak szczerze i pomiędzy nami, to chyba bardziej niż zemsty chciałam obecności zielonookiego. Tylko jeszcze wtedy tego nie byłam świadoma. 
-Okej. Zaraz ukradnę coś z pokoju ojca dla ciebie do spania.-Zanim zdążył odpowiedzieć czmychnęłam do sypialni rodziców. Wybrałam pierwsze spodnie oraz koszulkę z brzegu. Podałam zestaw Hazz'ie. Zwrócił się do łazienki. Ja także, lecz do innej. Szybki prysznic mnie zrelaksował. Mokre włosy wytarłam ręcznikiem i pozostawiłam rozpuszczone. Ubrałam piżamę. Nasunęłam kapcie na stopy. Przemknęłam do siebie. Harry leżał na moim łóżku stukając w ekran komórki. Brak koszulki na torsie chłopaka przyprawił mnie o przyjemne dreszcze. Odłożyłam swoje rzeczy gdzieś na bok.-Styles?-Zerknął na mnie.
-Tak?-Aż mi kolana zmiękły kiedy skupiał na mnie całą uwagę.
-Ymm...Dlaczego nie założyłeś top'u?-Nieśmiało wydukałam.
-Nie lubię.  Przeszkadza ci to?-Wyszczerzył te swoje białe perełki.
-Nie skądże.-Machnęłam ręką.-Posłuchamy muzyki?-zaproponowałam. 
-Okej.-odpowiedział. Włączyłam pierwszy lepszy utwór. Po północy zasnęliśmy obok siebie. Jak spokojnie zasnęłam, tak niekomfortowo się obudziłam...







Hejoł! Witam w kolejnym rozdziale ;) Jak tam? Trzymacie się? Mam nadzieję, że post się spodoba ^^
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

środa, 22 kwietnia 2015

Be my wonder 17

Taksówką podjechałam pod nasz blok. Nabrałam sporo powietrza unosząc głowę i zaglądając w nasze okno. Wczłapałam się z walizką na górę. Otworzyłam sobie drzwi. Zastałam narzeczonego w kuchni. Podniósł głowę, chyba coś przygotowywał, natychmiast wyszczerzył swoje białe ząbki. Blado uniosłam kąciki ust.
-Christina?!-zszokowany nie dowierzał. Zbliżył się do mnie i mocno mnie do siebie przycisnął. Aż mną telepało. Nigdy się tak nie bałam...
***
-Co ty tu robisz?-Złapał mnie za ramiona i wyciągnął przed siebie. Cieszył się. W źrenicach blondyna tańczyły iskierki szczęścia.

-Bruce, muszę ci coś powiedzieć...-Postanowiłam od razu przejść do sedna, zbyt męczyłabym się czekając dzień, bądź nawet i godzinę. 
-Tak, kochanie?-Wcale mi tego nie ułatwiał. Ze zmartwioną miną pociągnęłam radosnego na sofę. Ułożyłam dłonie na kolanach. Najpierw zerknęłam na swój pierścionek zaręczynowy, następnie na narzeczonego. 
-Chcę ci wyznać, że ja cię nie...Kocham. Nigdy nie kochałam. Chyba to, że czułam się przy tobie dobrze i bezpiecznie kazało mi zostawać u twojego boku. Zmarnowałam mnóstwo twojego, jak i mojego czasu. Mogłeś oddać całego siebie komuś innemu, nie mnie. Przepraszam, że tyle czasu zwlekałam. Jednak wcześniej nie byłam tego pewna. Utwierdził mnie w tym Niall, kocham go. Przepraszam cię. Jestem okropną osobą, nie zasługiwałam na ciebie. Zdradziłam ciebie po tym wszystkim co dla mnie zrobiłeś i czuję się z tym strasznie, ale wiem, że i tak to nic w porównaniu do ciebie. Nie chciałam tego. Przepraszam, ale to...Koniec.-Popłakałam się w trakcie recytowania. Na samo słowo: "Koniec" zdjęłam z palca pierścień. Podałam go niebieskookiemu. Serce mi pękało jak z każdą chwilą mej wypowiedzi uśmiech znikał z jego twarzy. 
-Nie spodziewałem się tego. Przyznam, wiedziałem, iż nie darzymy się równie silnym uczuciem. Kochałem cię, nie potrafiłbym cię zdradzić, skrzywdzić. Nie rozumiem jak mogłaś nie wiedzieć nic o swoich uczuciach. Boli mnie to owszem, lecz jeżeli taka jest twoja wola...-Dukał "zszokowany". Nigdy nie pomyślałabym jak dobrym jest aktorem. Głos mu się łamał, trząsł się. Po "...twoja wola." zaczęłam podejrzewać, iż nie jest szczery. Taki uczuciowy facet przyjmuje to tak po prostu? Taki niby chory z miłości do mnie?  Nie oczekiwałam, że wpadnie w rozpacz, ale jakieś konkretne emocje by nie zaszkodziły. Choćby i złość. Z jednej strony to dobrze, że przyjął to ze spokojem, ale z drugiej tak dziwnie mi się zrobiło. Pewność o jego łganiu, miałam kiedy przypadkiem przekręcił głowę, a na jego szyi zauważyłam świeżą malinkę. Co lepsze w tyle dopiero wtedy spostrzegłam czarny stanik, wcale nie mój, wiszący na szafce. Co za skurwiel! Wybielić się przede mną chciał! Nie spodziewał się tego po mnie, a sam pieprzył się z inną i jeszcze głupiego, poszkodowanego udaje! Co za szmaciarz! 
-Moja wola?! Ty idioto! Byś się chociaż przyznał, że mnie zdradzasz! Ładna malinka, dupku! Miałbyś choć krztę mojej odwagi, wiesz! W cholerę z tym, że waliłeś się z jakąś dziunią! Ale taki brak męstwa i kłamstwo, to już przesada!-Wyskoczyłam. Widziałam jak wracają mu siły.
-A co, bo ty kurwa lepsza?! Pierdolił cię mój przyjaciel!-Próbował się bronić.
-Wiesz, może i tak, ale ja jestem na tyle prawdomówna, że tego nie ukrywam.-Ze łzami w oczach wycedziłam przez zęby. Wparowałam do sypialni. Oczywiście zastałam tam wszelką damską bieliznę porozrzucaną po podłodze, jednak minęłam ją. Zaczęłam pakować co swoje. Po pięciu minutach byłam gotowa.-Skurwysyn! Nie chcę cię widzieć ścierwo jedne!-rzuciłam przy trzaskaniu drzwiami. Wyszłam z walizami przed kamienicę, gdzie zobaczyłam samochód, który kupił mi Bruce. Wpadłam na dwa pomysły. Najpierw rzuciłam kluczami w okno-zbiło się. Później poturbowałam auto, na tyle, aby nie było sprawne do jazdy. Jednak ta rozmowa nie należała to tak trudnych jak się spodziewałam. Usatysfakcjonowana wsiadłam do taksówki, jaka stała pod galerią nieopodal. Podałam adres mieszkania Chloe. Zapukałam do przyjaciółki. Otworzyła.
-Christina!-Rzuciła mi się na szyję.-Co ty tu robisz? Co się stało? Masz czerwone oczy.-Zarzuciła mnie masą pytań zanim jeszcze ściągnęłam kurtkę.
-Hej. Skończyłam z Bruce'm. Teraz jestem z Niall'em. Okazało się, że on też mnie zdradzał. Z jednej strony się cieszę, z drugiej jest mi przykro, że nie był ze mną tak szczery jak ja w stosunku do niego. No cóż...Nie chcę o tym rozprawiać. Pragnęłam tylko przenocować u ciebie. Jutro już "wyprowadzam się".-wyjaśniłam jej wszystko, aby nie ciągnęła wywiadu dalej. Zauważyłam wyraźne zaskoczenie na jej twarzy, lecz to nie dziwne po takiej ilości świeżych informacji w tak krótkim czasie.
-Wow.-westchnęła.-Okej. Chcę wiedzieć jeszcze tylko jedną rzecz.-Nadstawiłam uszu.-Jesteś szczęśliwa z Horan'em?-Na to uśmiechnęłam się jak najszerzej potrafiłam. Tak po prostu. 
-Jak nigdy wcześniej.-Przygryzłam dolną wargę.
-Widzę, że jesteś cała w skowronkach.-Zaczęłyśmy piszczeć i skakać dookoła.-Oby się wam dobrze wiodło...-Tych słów nie zapomnę nigdy...





Hejka! Oto kolejny rozdział :) Jak się podoba? Mam nadzieję, że nie jest zły ;3 Pamiętajcie, że to dramat, więc może się różnie potoczyć ;) Piszcie jakie są wasze przypuszczenia związane z kolejnym rozdziałem :>
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

wtorek, 21 kwietnia 2015

Imagin 1D zamówienie

Dla KAROLI! :)

-Kuźwa! Nienawidzę ich, no nie! Serio? Szkoła wojskowa?!-Chłopak o blond włosach wściekły warczał kiedy cała grupa podjeżdżała autobusem na teren nowej placówki militarnej mającej na celu przeprowadzenie tygodniowych szkoleń wojskowych dla młodzieży. Grupka pięciu chłopaków została zmuszona do wyjazdu przez swoich rodziców. Żaden nie skakał z radości na "wycieczkę". Lecz to Irlandczyk najgłośniej wyrażał swoją opinię. 
-Niall, proszę cię. Uspokój się, ludzie źle sobie o nas pomyślą.-Lokaty brunet uspokajał swojego przyjaciela.
-Mam gdzieś co sobie pomyślą! Chcę stąd wyjechać.-Nadal mruczał blondas. 
-Debilu jeszcze nawet nie wysiedliśmy.-Wtrącił się Louis.
-Wstyd gdzieś z wami wyjść.-westchnął zielonooki.
-Patrzcie, patrzcie! Mają tu paintball!-Jak malec, ucieszył się Liam. 
-Już nie mogę się doczekać, aby ktoś trafił w ten "perfekcyjny kuper" Tomlinson'a.-Zażartował Zayn.
-Wysiadka!-krzyknął mężczyzna odziany w moro. Wszyscy pasażerowie bus'a stawili się na baczność przed porucznikiem. Siwiec stanowczym wrzaskiem przekazał wszelkie zasady. Każdy otrzymał swój mundur w militarnym stylu. 
-Nie będę się nosił jak każdy inny.-parsknął Lou już w pokoju.
-Czemu to nie? Dlaczego ty zawsze robisz problemy?-Zbulwersowany zielonooki zapytał, podczas ubierania się w strój. 
-Bo mi każą.-odrzekł Louis.
-Jesteś strasznie wkurzający gwiazdorze.-stwierdził Nialler. Niechętnie grupka zwróciła się na obowiązkowy tor przeszkód, jaki miał zapoczątkować cały kurs. Miało to być coś na wzór sprawdzianu sprawnościowego. Cała piątka ustawiła się na starcie.
-Woho! Będzie linka!-Li klasnął w dłonie.
-Będę się śmiał, jak wpadniesz w błoto.-Mulat prychnął śmiechem. 
-Ruszajcie!-Rozległ się ton szeregowego. Najszybciej wystrzelił Liam. Dobrze mu szło. Piszczał przy pokonywaniu przeszkód jak małe dziecko. Bawiło go to. Drugim okazywał się Styles poważnie podchodząc do testu. Dokładnie wykonywał każdy ruch, aby przypadkiem nie spaść ze ścianki lub nie upaść. Kolejny Zen, rechoczący się z "pałek"-jak to nazwał, pomiędzy którymi nakazane było się przemieszczać. Nagle lokaty wpadł w błoto ześlizgując się z barierek. Wtem Zayn zatrzymał się. Zamiast pomóc koledze robił sobie z niego żarty.
-Świnek Hazz. Chrum, chrum...No taplaj się! Go, go!-Szydził Zaza. 
-Pierdole, nie robię!-Jeszcze z początku było słychać głos zdenerwowanego Horan'a. Z założonymi rękami przechodził obok elementów toru.
-Harry! On użył brzydkiego słowa!-Payne zakrywał usta dłonią wskazując na Niall'a. Zerkał to na złego blondyna, to na nadal leżącego w brudzie Harold'a. 
-Chodź pomogę ci stary, widzę, że tu zero powagi w towarzystwie.-Lou zbliżył się do lokacza. I wyciągnął do niego rękę.
-Dzięki, chyba jesteś jedyny normalny...-Kiedy zielonooki się podciągał niebieskooki schował dłoń, tym samym znów zaganiając przyjaciela do błota.
-Ups!-zadowolony Tommo zakrył wargi i złączył kolana jak Marilyn Monroe. Minął kolegę. Mulat już tarzał się na ziemi z rozbawienia. Wściekły, obrażony Nialler ominął wszystkich nadal stawiając mocne kroki bez żadnego zaangażowania w zadanie. 
-Linka!-uradował się Li wskakując na sznur. Nareszcie cała piątka wydostała się z "toru tortur". 
-No, no panowie! Ale się popisaliście!-Niemiłym tonem wydarł się porucznik.-Takiego pokazu nieudacznictwa jeszcze nie widziałem! Jesteście bandą idiotów!...-kontynuował.
-"Jesteście bandą idiotów" Nanana...-przedrzeźniał go Tomlinson krzywiąc swoją twarz. 
-...Chciałeś coś powiedzieć?!-Mężczyzna zbliżył się do Louis'a.
-Tak, że kurwa chce się stąd zabrać!-Wtrącił się wpieniony Horan.
-Niall...-Harry pouczył niegrzecznego.
-Patrz ile ten staruch ma zmarszczek...-Pomiędzy wymianą zdań było słychać szepty i chichoty Payne'a oraz Malik'a. Porucznikowi skoczył gul. Całą zgraja podniosła mu ciśnienie, na tyle, że zrobił się czerwony. 
-Jesteście skończonymi debilami! To nie wy to szefowie! Ja tu rządzę, ja! Jasne?!-Prawie że para leciała mu z nosa.
-Hazz, on krzyczy i jest niegrzeczny.-Li wskazał na wojskowego. 
-Uspokój się.-Nakazał Styles. 
-"Uspokój się", "Uspokój się"-Louis znów zaczął powtarzać. 
-Ale ty wkurwiający jesteś.-parsknął niezadowolony badboy.
-Umiecie zauważać tylko negatywy, zauważajmy pozytywy.-zażartował Zayn.
-Gadasz jak hipis.-zauważył Nialler szyderczo. 
-I to ja jestem wkurzający.-wtrącił się niebieskooki brunet. 
-Tak ty!-Pozostała czwórka zwróciła się do chłopaka. 
-Dobra, wystarczy.-Uniósł dłonie w geście obronnym.
-Mam was dość! Jeszcze nie spotkałem się z takim brakiem szacunku oraz dyscypliny! Zabrać ich stąd i wywieść jak najdalej!-Nakazał porucznik do jednego z żołnierzy. 
-Kurwa, nareszcie.-westchnął Horan. 
-Normalnie jak w szkole.-Zaśmiał się Zen ruszając za blondasem. 
-Dlaczego?! Och dlaczego?! Miała być taka dobra zabawa! Mamusia miała rację, trzeba być grzecznym!-lamentował Li dołączając do rzędu.
-Zawsze kuźwa ja, no zawsze. Wina na mnie, bla bla bla to Louis, bla bla bla.-Tommo z założonymi rękami na klatce piersiowej mruczał pod nosem jak bachor.
-Potrzebuję jakiś normalnych kolegów. Z wami to wyzwanie się pokazać. Zero powagi, no zero.-Harold łapał się za głowę kręcąc nią. Pięcioro zaprowadzono do autobusu. Wrócili do domów. Można pogratulować im tej godziny dziesięć spędzonej w szkole wojskowej...










Hejka! Oto zamówienie Karolinki <3 Kochanie twoje życzenie to przyznam wyzwanie :) Starałam się jak mogłam. Nie wiem jak wyszło, starałam się spełnić wszystkie warunki :3 Przepraszam, że tyle czasu musiałaś czekać, ale wiele czasu zajęło mi myślenie nad tym imaginem ;) Mam nadzieję, że się spodoba, nie zawiodę i nie obrazisz się na mnie ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Little Sweet Angel 59

-Te słowa...Złamały mi serce. Potwierdził to, że umiem tylko zawodzić. Wiedziałam o tym, ale starałam się wyprzeć tą informację. Kiedy zaś to usłyszałam...Doszło to do mnie na poważnie i poraniło całą mnie od środka.-Wpadłam w dziką histerię. Wydałam z siebie rzeczy, które skrywałam bardzo długo. Przyjaciółka nie mogła mnie uspokoić. Nieco mi ulżyło. Jednak ten kamień nadal się trzymał.
-To wina Richard'a...-odezwała się po wielu chwilach milczenia podczas mojego lamentu.
-Słucham?-jęknęłam zrozpaczona...
***
Nie rozumiałam przyjaciółki. W tamtej chwili to nie miało sensu. Potrafiłam obwiniać tylko samą siebie. Jak ktoś kompletnie już nie ważny może nadal tak wpływać na moje obecne życie?
-Michell, ranił cię, znęcał się nad tobą. Obie wiemy jak funkcjonował wasz "związek". To jak sprowadzał ci facetów, jak sam wykorzystywał cię seksualnie, spowodowało u ciebie takie poczucie własnej wartości. Widzisz siebie jak w krzywym zwierciadle. To jego wina. Podświadomie pamiętasz to jak cię zhańbił. Czujesz się taka brudna, nic nie warta. Dlatego uważasz, że szczęście i normalne życie są dla ciebie za dobre.-wyjaśniła. Dokładnie opisała to co we mnie siedziało. Nie miałam pojęcia skąd ma świadomość jak to jest. Recytowała to pełna przejęcia. Lecz nie tak jak zmartwiona losem koleżanki, ale tak jakby to miało inny związek. Na moment zapomniałam o swoich troskach. Uspokoiłam płacz do samych wolnych łez. Spojrzałam głęboko w czekoladowe ślepia Cindy, które płonęły żalem. 
-Cin? Czy ktoś kiedyś cię krzywdził?-Drżącym głosem wydukałam. Podłoże przykuło jej uwagę. Zmagała się z wyznaniem prawdy, to niewątpliwe. 

-Tak. W dzieciństwie molestował mnie wuj. Nie chcę o tym rozmawiać. Pragnę powiedzieć ci tylko, że nie jesteś bez wartości. Musisz znaleźć prawdziwą siebie. Zauważyć w sobie kogoś innego niż szmacianą lalkę. Przeszłam to, dałam radę sama. Ty masz rodzinę, przyjaciół, Harry'ego. Nie możesz tego w sobie dusić, to może wydawać się łatwiejsze, ale życie z natury takie nie jest. Potrzebujesz nabrać pewności siebie. To, że wydaje ci się, iż uporałaś się z problemami, nie znaczy, że tak jest. Proszę, daj szansę sobie i Hazz'ie. Porozmawiaj z nim. Nie daj przegrać bez walki, nie warto, będziesz żałowała, że się poddałaś.-Mocno mnie do siebie przycisnęła. Nie mogłam nic wydusić. Nie spodziewałam się tego. Nie było tego po niej widać. Mnóstwo pytań pojawiło się w mojej głowie, leczu uszanowałam prośbę ciemnoskórej. Zamilkłam. Przeanalizowałam wszystko w ciszy. Wykręciłam się zmęczeniem. Leżałam w łóżku. Zaszyłam się pod kołdrą. Nie mam pojęcia co mnie podkusiło. Wyjęłam komórkę i po prostu przeciągnęłam palcem po ekranie. Ukazała mi się moja tapeta:
Oczy znów mi się zeszkliły. Łkałam jak opętana. Wszystkie nasze piękne chwile stawały mi przed oczami. Wtedy wiedziałam, że muszę wysłuchać Harold'a, bez znaczenia jak trudne to będzie. Nagle telefon dał znak o przychodzącej wiadomości. Przetarłam oczy, aby dowiedzieć się od kogo ona  jest. Otworzyłam skrzynkę. 
Od Tatiana: "Misia, błagam. Zadzwoń do mnie jeżeli możesz."
Bliźni instynkt podpowiadał mi, że nie jest dobrze. Byłam w stu procentach tego pewna. Jak najsprawniej opanowałam płacz. Wybrałam odpowiedni numer.
-H...Halo?-Usłyszałam niemrawy płaczliwy jęk.
-Tati, co się stało?!-Strach we mnie narastał.
-Michell...-łkała.
-Mów!-naciskałam. Potrzebowała chwili na ogarnięcie się. 
-Michi, ja...Ja...Jestem w ciąży.-Nareszcie wydusiła. Zamarłam. Szok zawładnął całą mną. 
-Ccco?-Nie dowierzałam. Znów masa czarnych scenariuszy przebiegła przez moją głowę. Nareszcie się ocknęłam.-Tati, wracam do ciebie najbliższym samolotem.-Zerwałam się spod kołdry. 
-Nie ma mowy! Mich! Siadaj, kurwa!-Przez ryk zdołała wykrzyczeć. Zrobiła to na tyle agresywnie, że wykonałam komendę. Zabawne, że wiedziała, że wstałam.-Masz tam zostać. To twoja praca. Poradzę sobie.-Zdecydowanie łagodniej rzekła. Znów do słuchawki ponownie dobiegł lament blondynki.
-Kochanie, czy Niall wie?-zapytałam najdelikatniej jak potrafiłam.
-Nnnie...-wykrztusiła. 
-Musisz mu powiedzieć.-Nakazałam.
-Wiem, ale się boję. Jesteśmy tacy młodzi, nie poradzimy sobie...-Jak znam życie prawiłaby mi o tym jak źle im by nie było i szukałaby samych minusów. Jakoś wtedy, w moich chwilach słabości psychicznej, zebrała się we mnie siła na pomoc bliźniaczce. Bardziej od swojego cierpienia, nienawidziłam patrzeć na jej ból.
-Przestań. Zdołaliście zrobić dziecko, wychowacie je. Jesteście dorośli, kochacie się. Musisz być silna. Nosisz w sobie człowieka, bądź silna dla niego. Nialler jest w ciebie zapatrzony, będzie szczęśliwy. Będziecie szczęśliwi. Wiem jak na ciebie patrzy, nie zostawi cię. Wręcz przeciwnie, będzie pragnął zostać i zaopiekować się tobą i malcem. Siostruś.-Naprawdę nie wiem jak udało mi się zdobyć za zapomnienie o swoich problemach. 
-A jeżeli...?
-Nie ma żadnego "jeżeli"!-warknęłam przekonana.
-Jesteś kochana. Dziękuję. Pomogłaś.-Pociągając nosem wymamrotała.-Jak ty się trzymasz?-zapytała.
-Nie chcę o tym rozmawiać.-Znów nasunęła mi mój świat. 
-Dobrze.-zgodziła się smutno.
-Tati. Idź powiedz wszystko Horan'owi, teraz! Nie bój się, wszystko będzie dobrze, musi być. Nie zrób czegoś głupiego. Muszę kończyć kochanie. Całuski. Kocham cię, pozdrów wszystkich.-Dość przedłużenie się pożegnałam. 
-Papa. Kocham cię.-Rozłączyła się. Ponownie wtuliłam twarz w poduszkę oglądając zdjęcie moje i Styles'a. Takich uśmiechniętych, radosnych...We dwoje. Właśnie jego obecności brakowało mi najbardziej. Lecz echo jego słów nadal odbijało się w mojej czaszce. Wciąż pamiętałam to jak mnie uderzył w furii przez przypadek. Ogólnie mieszane uczucia władały mną całą. Chociaż jednak głównie tęsknota. Czy tylko mi wszystko musi walić się naraz? Mam wrażenie, że już nic nie ma sensu...






Witam! Jak tam? Oto kolejny rozdział :) Zaskoczeni info Tatian'y? :OO Jak myślicie, co będzie dalej? Pogodzą się? Jak Niall zareaguje za wieści? Piszcie ;) Powiem tylko, że w następnym rozdziale będzie się działo ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

Imagin Liam&Harry zamówienie

-Witam. Miło was widzieć. Robin, Anne.-Mój ojciec witał się z potencjalnymi sponsorami.
-Ciebie też. Ty to pewnie Ewa?-Mężczyzna z brodą zwrócił się do mnie.
-Tak. Dzień dobry.-Nie powiem jak bardzo się we mnie gotowało, kiedy musiałam się do niego uśmiechnąć. Nienawidziłam takich akcji. Tata to mój trener. Jestem bokserką, a on zajmuje się moją karierą. Na siłę chciał mojego sukcesu, "spełnić MOJE marzenia". Chociaż kiedy tak naciskał, wcale nie chciałam tego wszystkiego. Trenowałam siedem dni w tygodniu po pięć godzin. Dieta, ćwiczenia-tortura non stop. Do tego jeszcze te spotkania z ludźmi, który mieli wykładać forsę na mnie i moje potrzeby sportowe. Zwyczajnie inwestować z nadzieją na skutek. Zawsze staremu coś nie pasowało, więc mało kto "wystarczał" na standardy przyjęte przez ojca. Starałam się jakoś zachowywać, lecz mój mocny charakter czasami puszczał wodzę. Ogólnie języczek to mam cięty. Ripostę niezłą, a szczera jestem do bólu.
-Dobrze, więc zaczynajmy.-Odezwał się mężczyzna z brodą.
-Córa, dawaj.-Ucałował mnie w czoło i popchnął na ring. Mike ustawił się z rękawicami, a ja zaczęłam walkę. Oczywiście wygrałam, gdyż to tylko ustawiony pokaz, ale zapewne w realu również nie przegrałabym. Zeszłam z pola pomagając wcześniej koledze wstać.
-No, no. Talent z ciebie. Pogratulować. Może omówmy wszystko dzisiaj na ognisku u nas?-zaproponował Robin.
-Tak, to dobry pomysł. Prawda Ewcia?-I tak muszę tam iść, nawet nie obchodzi cię moje zdanie. Po co się głupio pytasz? Kiwnęłam głową na tak godząc się, mimo swojej racji, której i tak nie miałam prawa się przyznać. Para podała ręce najpierw tacie, później mi. Trener poszedł ich odprowadzić. Zajęłam się wyładowaniem emocji na worku. Wrócił.-Kochana, ładnie, ładnie. Posłuchaj. Mają syna trochę starszego od ciebie, chcę, abyś się z nim spotkała. Może to pomoże nam w zdobyciu ich. Oni spełniają wszystkie nasze wymagania, nie chcę ich stracić.-wyrecytował. Ta, nasze wymagania, chyba twoje. 
-Nie będę umawiała się z jakimś przydupasem dla umowy.-parsknęłam pewna siebie.
-Tyle tylko, że ja nie pytałem. Jeżeli tego nie zrobisz znów doczekasz się najgorszego, zero wakacji, null wolnego, nic.-Zagroził. No tak, uderzył w czuły punkt. Doskonale zdawał sobie sprawę, że dwumiesięczny relaks jest dla mnie zbawieniem, więc zawsze szantażował mnie na jego przykładzie.
-Niech będzie.-Już bez zbędnych dyskusji, w których i tak poniosłabym porażkę, zgodziłam się.
-Grzeczna dziewczyna.-Uśmiechnął się triumfalnie. Miałam dość, ale co mogłam zrobić.-Dzisiaj przychodzi nowy. Pamiętaj, żeby być w miarę miłą. Zastąpisz mnie, bo nie mam czasu. Lecę coś załatwić. Będzie za dziesięć minut. Już wszystko wie.-Wymykając się z budynku rzucił. Tak, father miał trenować jeszcze jakiegoś chłopaka. Zaczął kilka dni wcześniej, ale jeszcze nie poznałam tego zawodnika. Powierzył mi swoją rolę. Doskonale, jakbym nie miała innych zajęć jak niańczenie jakiegoś dzieciaka. Na ramiona, gdzie znajdował się tylko czarny stanik sportowy, narzuciłam szarą bluzę. Złapałam za bidon. Upiłam kilka łyków.
-Hej, to ja lecę młoda.-Nagle pojawił się Mike, który wcześniej schował się w szatni.
-Jasne, pa stary.-Przybiłam mu naszą "męską" piątkę. Zostałam sama. Po jakimś czasie wszedł wysoki ciemnooki brunet z kilkoma tatuażami.
-Cześć. To ty jesteś Ewa?-zapytał. Nieco się zdziwiłam, bo tak jakby spodziewałam się dwunastolatka, nie dwudziestolatka!
-Ta. Idź się przebierz. Pierwsze drzwi po prawej na końcu sali.-Poinstruowałam go. Kiwnął głową. Zniknął na dłużą chwilę. Wyglądał jak model z gazety. Taki przystojny. Rozmarzyłam się. Jednak nie miałam zamiaru uganiać się za nim jak pusta idiotka. Taka to ja nie jestem. Stawił się po raz drugi w spodenkach do kolan bez koszulki. Doskonale wyrzeźbiony sześciopak rzucał się w oczy. Szczęście, że trochę już tego spotkałam na treningach i nie zapatrzyłam się. Lecz jego klata wydawała się jakaś lepsza.
-Tak w ogóle, to Liam mam na imię.-Uśmiechnął się podchodząc do mnie, co odwzajemniłam. Uścisnęłam jego dłoń.
-Przepraszam, czasami tak mam, że zapominam o takich rzeczach.-Zaśmiałam się sama z siebie. Podałam mu czerwone rękawice, a sama założyłam czarne. Kochałam je-moje szczęśliwe-Rozgrzej się i zaczynamy.-Pogoniłam Li'ego.-Już?-odezwałam się, kiedy poskakał sobie na skakance, pobiegał, poćwiczył.
-Tak.-potwierdził. Dołączył do mnie na ring.-Tylkooo...-Nieco się skrzywił, jakby wstydził się mi coś powiedzieć.
-Tak?-Domagałam się kontynuacji.
-Boję się, że cię uszkodzę.-Myślałam, że się przesłyszałam. Odchyliłam się nieco do tyłu z miną typu "Wanna fight?".
-Ty mnie?-Kpiąco warknęłam.
-Tak.-przytaknął.-Wybacz, ale trochę z ciebie...Chudzielec.-Zmierzył mnie wzrokiem.-A ja jestem taki, no wiesz...Wysoki.-Postanowiłam nie sprzeczać się, ale zadziałać. Rozpięłam bluzę ukazując swój brzuszek. Spojrzał na niego. Uśmiechnęłam się zwycięsko na widok jego zszokowanej miny.
-To jak? Jedziemy?-dopytałam. Przyznam, że był dobry, bardzo dobry. Ogólnie, to najbardziej przeszkadzała mi w walce jego masa. Ja-53 kg, on-jakieś 72, może 73 kg. Więc, niełatwe powalenie takiego przeciwnika. Skończyliśmy na remisie, bo żadne z nas się nie poddawało. Miałam głupie wrażenie, że i tak daje mi fory.
-Dziękuję, to było dobre.-uznał ściągając rękawice z pięści. Zrobiłam to samo. Pomógł mi zejść z podestu, gdzie odbyliśmy starcie.
-Byłoby, gdybyś się nie podstawiał specjalnie.-Z przekonaniem stwierdziłam.
-Aż tak było widać?-Skrzywił się szczerząc białe ząbki.
-Tak.-Zachichotałam klepiąc go w ramię. Minęłam towarzysza łapiąc za butelkę z piciem.
-Następnym razem, zagramy fair.-Puścił mi oczko.
-Czyli liczysz na kolejny raz?-Uniosłam brwi oraz kąciki ust.
-Owszem. Mam nadzieję, że trener będzie zostawiał nas samych częściej, piękna.-Uśmiechnął się tak cudownie, że kolana mi zmiękły.
-Idź lepiej się ogarnąć, napaleńcu.-Zażartowałam popychając go w stronę przebieralni. Usłyszałam jego głośny rechot. Sama wzięłam prysznic i ubrałam się w jeansy, zwykłą, białą bluzę z kapturem oraz krótkie Converse pod kolor top'u. Włosy pozostawiłam związane w koński ogon. Zarzuciłam dużą torbę na ramię. Nie mogłam znaleźć Liam'a. Wydawało mi się, iż jakiś dźwięk dochodzi z magazynku. Weszłam do pomieszczenia rozglądając się. Nadal nie natknęłam się na chłopaka. Opuszczając składzik potknęłam się o matę wystającą z podstawki przeznaczonej na przechowywanie tego sprzętu. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Leciałam do przodu, kiedy znikąd pojawił się ciemnooki. Złapał mnie dokładnie jak w filmach. Utonęłam w tych czekoladowych źrenicach na kilka sekund. Postawił mnie.
-Dziękuję. Szukałam cię.-Nieśmiało wymruczałam poprawiając bluzkę.
-Ja ciebie też.-Objął mnie ramieniem. Wspólnie opuściliśmy budynek. Zakluczyłam drzwi. Li odprowadził mnie do domu. Trochę lepiej się poznaliśmy. Nie dość, że łączyły nas hobby, zainteresowania oraz pasje, to okazał się mądrym, rozsądnym chłopakiem. Poczucie humoru, luz, świadomość własnej wartości oraz komunikatywność dodawała przystojniakowi uroku. Zauroczył mnie. Jeszcze żaden chłopak nie pokrywał się bardzo z moim wymarzonym obrazem ideału. Pożegnaliśmy się symboliczną piątką wymieniając się wcześniej numerami. Wparowałam do domu. Oparłam się o wewnętrzną stronę drzwi przygryzając dolną wargę. To będzie ciekawa znajomość. Wlazłam dalej. Tata krzątał się po kuchni próbując odtworzyć jakieś danie z książki kucharskiej. Oparłam się o framugę bokiem i głową. Samoistnie ukazałam swoje dołeczki. Zabawnie wglądał.
-Ewa.-Zatrzymał się po bieganinie. Błagalnie wlepił we mnie swoje ślepia.
-Oj, tatko, tatko.-westchnęłam.-Spoko. Idź, ja dokończę.-Rzuciłam rzeczy na krzesło przy stole. Założyłam fartuch. Mężczyzna opuścił kuchnię rzucając krótkie "dziękuję". Zajęłam się przyrządzaniem obiadu. Kiedy dorsz z warzywami piekł się, postanowiłam przyrządzić szybki deser. Po pysznym posiłku zwróciłam się do swojego pokoju. Zdecydowałam jeszcze raz wziąć długą kąpiel. Po wymoczeniu ciałka, wysuszyłam włosy i uczesałam je w luźny warkocz na bok. Skremowałam twarz moim ulubionym balsamem. Nieco się odświeżyłam. Ubrałam czarne leginsy, białą bokserkę, na to czerwoną koszulę w kratę. Na stopy nasunęłam długie ciemne trampki. Na głowę włożyłam czapkę smerfetkę pod kolor spodni. W moich uszach znalazły się słuchawki podłączone do mego IPhone'a5S. Zeszłam na dół gotowa do wyjścia. Dochodziła 20.30. Akurat czas na ognisko. Podczas jazdy dostałam sms'a:
Liam: "Hej, młoda. Jak tam? Nic nie boli? Dobrze złapałem? ;)"
Uśmiechnęłam się szeroko na widok wiadomości.
Ja: "Cześć, wielkoludzie. Jest okej. Co tam? :)"
Niedługo czekałam na odpowiedź.
Liam: "A nic. Siedzę i delektuję się chwilą odpoczynku. Za trzy godzinki urywam się do kina na noc strachu. :D"
Ja: "Fajnie masz. Ja jadę na spotkanie z potencjalnymi sponsorami :P No nic, kończę, bo chyba jesteśmy :P Miłego seansu :*"
Liam: Powodzenia. Dziękuję <3 Trzymaj się"
Nie odpisałam już. Schowałam komórkę. Wyłączyłam także muzykę. Znaleźliśmy się pod wielkim luksusowym domem. Wysiedliśmy. W drzwiach przywitała nas ta sama para. Oprowadzili nas co nie co. Później wyszliśmy na ogród. Już zdążyło zrobić się ciemno. Ognia pilnował wysoki jak brzoza lokaty brunet o zielonych oczach, które mieniły się w blasku płomieni i księżyca.
-Harry, to Ewa. Ewa-Harry.-Przedstawiła nas sobie pani Cox.
-Hej.-Podaliśmy sobie ręce. Nasi rodzice zajęli się rozmowami.
-Przejdziemy się?-zaproponował.
-Tak, jasne.-Bez zawahania odrzekłam. Kolejny Adonis stał przede mną. Idealne rysy twarzy, dołeczki, ślepia, wszystko perfekcyjne. 
-To trenujesz boks? Od kiedy?-Postanowił zacząć rozmowę.
-Tak, od czwartego roku życia kiedy moja mama zmarła.-odpowiedziałam.
-Przykro mi.-Zbliżył się.
-Nie. Spoko. A ty czym się interesujesz?-Tym razem ja zainteresowałam się nim.
-Jeżdżę na krosie. No i piłka nożna.-Rozbawił mnie.-No co?-Już sam rechotał.
-Nic, po prostu nie widać po tobie. Jesteś taki...Bez skazy.-Uniósł komicznie jedną z brwi.
-Tego jeszcze nie słyszałem.-Podzielił mój chichot.-Mimo wszystko, lubię się ubrudzić.-Minimalnie poważniej dodał.
-Rozumiem. Usiądziemy tu sobie?-Wskazałam na ławkę na łańcuchach.
-No problem.-Pozwolił mi zając miejsce pierwszej. Tak uczyniłam. Po kilkunastu minutach rozmowy uznałam, że jest równym gościem. Najpierw myślałam, że będzie to snobistyczny synalek mamusi, ale pomyliłam się. Tak samo jak Li przyprawił mnie o motylki w brzuchu. Lokaty podarował mi bluzę. Po długiej konwersacji dołączyliśmy do rodziców i upiekliśmy pianki. Po dwóch godzinach Harry ulotnił się na jakieś spotkanie. Po północy wróciłam z tatą do domu. Obudziłam się o dziesiątej. Nudził mnie poranek przed telewizorem, więc napisałam do Li.
Ja: "Hej, jak tam w kinie?"
Po jakimś czasie otrzymałam sms.
Liam: "Cześć słodka..."-Serce zaczęło bić mi mocniej, ale kiedy przeczytałam dalej zatrzymało się na chwilę-"...Wspaniale. Randka się udała ^^. Poczekaj, wyślę ci zdjęcie."
Możecie sobie wyobrazić mój szok. Otworzyłam szeroko oczy. Oddech automatycznie mi się zatrzymał. Liam:"  To ja i mój chłopak-Harry :)"
Wtedy to normalnie umarłam. Moje zaskoczenie przebiło wszystko. A oni mi się obaj podobali! Po dłuuuugich momentach bez powrotu do rzeczywistości zaczęłam się głośno śmiać z samej siebie. Boże jaka ja jestem głupia! Haha :D
Ja: "Tworzycie ładną parę :*"...





Hejka! No to jestem z zamówieniem dla Ewci <3 Hej kochana, pewnie czegoś takiego się nie spodziewałaś XD Nie mam pojęcia skąd coś takiego się u mnie narodziło XD Jestem kompletną wariatką XD Nie wiem czy Ci się spodoba czy też nie, mam nadzieję, bo długo nad nim pracowałam (dzisiaj 15.30-19.55) :) Obym nie zawiodła :) Dałaś mi wolną rękę, a ja chciałam coś oryginalnego :) Mam nadzieję, że wyszło i będziesz zadowolona :33
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*