wtorek, 26 maja 2015

Wyjaśnienie

Hej,
wiem, że bardzo długo mnie nie ma. Nie mam internetu i trochę tak pobędzie. Teraz na szybkiego podłączyłam się do sąsiada -.- Przepraszam was, mam nadzieję, że mama załatwi formalności już niebawem. Tym czasem musicie być cierpliwi. Mam nadzieję, że nikt nie będzie zły, to naprawdę nie moja wina. Bardzo mi przykro, że was opuszczam na jakiś czas. Trzymajcie się kochani <3 Całuję was mocno i jak najszybciej wracam do moich kocurków :3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

czwartek, 21 maja 2015

OMG!















































































































Hejka! Jestem! Dzisiaj na razie takie coś :3 Nie wiem czy uda mi się coś jeszcze dzisiaj, ale raczej tak. Postaram się, nie obiecuję :D Niektóre te u góry są stare, ale według mnie nadal dobre i zabawne :D Mam nadzieję, że się spodoba :) 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

środa, 20 maja 2015

Imagin część 1

Ciężko jest wierzyć w siły nieczyste, jeżeli jest się wychowanym w katolickiej, wręcz idealnej rodzinie. Jednak, zostało mi dane przekonanie się o tym, że zaświaty to nie tylko biblijne aniołki. Moja historia wydaje się zmyśloną, nieprawdziwą. Jednak, mistyczność tej opowieści wcale nie jest wytworem mej wyobraźni.
Letnią porą jako mała dziewczynka bawiłam się w ogrodzie za domem. Kwiatki ozdabiały podłoże, owocujące drzewa rozpościerały się pasmami dookoła, ptaki śpiewały, słońce biło swym radosnym blaskiem. Wszystko wydawało się dosłownie perfekcyjne i bez zarzutu. W pewnej chwili mój pies zniknął mi z oczu. Jako maluch bez zastanowienia ruszyłam w poszukiwania pupila. Wyszłam do lasku za furtką. Krzyczałam, nawoływałam czworonoga. Coraz bardziej oddalałam się od swojej posiadłości. Kompletnie zapomniałam, że rodzina zawsze zabraniała mi wycieczek do, pozornie, przerażającego miejsca. Nagle niebo zaszło czernią, a deszcz lunął spod kłębiastych chmur, które nagle znalazły się wysoko nad ziemią. Wcale mnie to nie wystraszyło. Grzmoty sponad mnie nie przyprawiły mnie choćby o małe dreszcze. Spokojnie usiadłam pod wielkim wystającym korzeniem ogromnego dębu. Pamiętam, że miałam na sobie białą sukieneczkę, a me jaśniutkie włosy opadały kaskadami po mych ramionach. Podkuliłam nogi do klatki piersiowej i ułożyłam głowę na kolanie, oglądając przestrzeń po lewej stronie. Usłyszałam szelest. Ruszyłam w kierunku źródła dźwięku. Z oddali dostrzegałam wysoką ciemną postać mężczyzny. Nie zatrzymywałam się. Nadal podążałam w jego kierunku. Spostrzegł mnie. W ciągu sekundy jakby zniknął. Wtem rozległ się pisk mojego Xabi'ego. Przyspieszyłam. Natknęłam się na skonaną posturę owczarka niemieckiego. Patrzał na mnie smutnymi ślepiami, jakby nie mogąc się ruszyć. Gdy się zbliżyłam opanowana jak nigdy, brązowe oczęta zaćmiła czerń. Uklękłam. Ciekawość pokonywała wszystko. Nachyliłam się nad, najwyraźniej, sparaliżowanym zwierzakiem. Chciałam ucałować po raz ostatni psa, gdyż nawet jako dziecko rozumiałam na czym polega śmierć i, że już nigdy nie zobaczę mojego psiaka. Pragnęłam się z nim pożegnać. A wszystko to z kamienną twarzą. Kompletnie nie byłam podobna do wcześniejszej siebie. Zbliżyłam się jeszcze bardziej pyska czworonoga, a ten ugryzł mnie w polik. Później widziałam tylko, jak energia schodzi z psiaka i jego zgon. Zabolało, lecz ani jedna łza nie opuściła mojego oka. I pozostało tak do dzisiaj.
Kiedy miałam szesnaście lat po raz pierwszy przekroczyłam mury liceum. Już wcale nie przypominałam dawnej siebie. Rzadko kiedy uśmiech witał na mej twarzy. Wcale nie okazywałam emocji. Wciąż pamiętałam uczucie ugryzienia. Nadal miałam wrażenie, iż coś w rodzaju jadu rozchodzi się po moim ciele blokując całe ciepło, które powinno wypływać z człowieka. Władało mną coś w rodzaju czaru lub klątwy, jaka ujmowała mój pozytywizm. Wciąż miałam wrażenie, iż coś za mną chodzi. Wydawało mi się, że ktoś mnie obserwuje. Nieustannie słyszałam za sobą szmery, szepty, głosy. Stworzyłam osobę. Tak, stworzyłam osobę. Wykreowałam postać śledzącą mnie. Obrazowałam ją jako tamtego mężczyznę z lasu. Często mi się śnił. Wielokrotnie wydawało mi się, że widzę go. Wymyśliłam go sobie, a jakbym się z nim przyjaźniła. Uroiłam sobie, iż zna wszystkie moje przemyślenia, że dzielę się z nim wszystkim. A zarazem widniał mi jako ktoś zupełnie wrogi, chcący mego nieszczęścia. Niemal każdej nocy budziłam się o tej samej godzinie, a drzwi od pokoju zawsze były uchylone, choć nigdy nie zapomniałam ich zamknąć. Wiedziałam, że to nie rodzice. Ich nigdy nie było w domu w nocy. Pracowali po zmroku, wolne mieli w ciągu dnia. Zawsze kiedy księżyc już świecił zostawałam "sama", mimo to czułam czyjąś obecność-jego. Kilkukrotnie podczas snu na bliźnie znajdującej się na poliku czułam ciężar dłoni, jeżdżącej po śladzie. Żyłam w swym własnym wyimaginowanym świecie od szóstego roku życia, właśnie od dnia śmierci psa.
Noc nastała. Ponownie ocknęłam się kilka minut do północy. Po raz kolejny to ciężkie powietrze na bliźnie. Podniosłam się bez żadnego zaspania. Mój organizm dawno przywykł do tej godziny pobudki. Usiadłam na materacu łoża opierając się o ścianę. Światło pełni wpadało prosto w me okno po lewej stronie pomieszczenia. Wpatrywałam się bezcelowo w wrota sypialni. Cisza panowała dookoła, jak zawsze. Lecz tym razem, zdawała się należeć do innych. Tych z napiętych milczeń, które zwiastują nagłe wydarzenie. Moje serce samowolnie zaczęło bić mocniej. Bardzo dziwne zjawisko, z uwagi na bijący z mojej osoby chłód. Po raz pierwszy od dzieciństwa doznałam jakiejkolwiek emocji. Nie władał mną strach, a ciekawość. Ponownie. Miałam ochotę ją zaspokoić. Nie wytrzymałam niepewności. Chciałam sprawdzić tą ciszę, czy coś nie dzieje się na dole. Miałam zamiar wstać, ale coś mnie powstrzymywało. Nie mogłam nawet drgnąć. Jedyne co było mi dane to oddech i błądzące po drzwiach spojrzenie. Nadal nie docierało do mnie przerażenie, nic prócz wścibstwa. Szczerze, nie ważne co by to nie było, mógłby to być sam diabeł, ale i tak nie mogłam się tego doczekać. Pożądałam wiedzy, tego czegoś. Nareszcie. Nagle bariera drzewna trzasnęła mocno o ścianę. Moje ciało zaczęło sunąć się w górę po ścianie, pod wpływem nieznanej mi siły trzymającej moje plecy oraz nadgarstki kurczowo przy fasadzie. Intrygowało mnie to. Wcale nie straszyło. Chciałam tego. Nie potrzebowałam ratunku, zatrzymania tego. Choć miałam świadomość, iż to coś złego, nieczystego, mistycznego. Wypełniało mnie to cała, jakby tak było mi pisane, przeznaczone. Nie obawiałam się dalszego rozwoju sytuacji. Czułam jakby coś zaraz miało zmienić moje życie, odmienić mnie. Z zupełnej ciemności wyłonił się on, postać mojej wyobraźni...




Hejka! Oto imagin, taki zainspirowany imaginem jaki zamówiłam u mojej Kochanej Ewci :)) Miałam wenę na takie mistyczne coś i o proszę :) Będą, najprawdopodobniej, dwie części :) Jak myślicie, kto jest tą postacią? Ciekawi dalszego ciągu? :D Piszcie ;) 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*
P.S. UWAGA! Głosujcie na "No Control"!!! http://www.eska.pl/news/hit_lata_2015_czytelnikow_eska_pl_wybieramy_przeboj_wakacji_2015_-_pierwsze_glosowanie_plebiscyt/116587#sonda-96848

wtorek, 19 maja 2015

Hatin' Syndrome 16

-Słoneczko! Jak ty cudnie wyglądasz!-Matula mnie uściskała.
-Dzię...-zaczęłam.
-Idź się przebierz.-przerwał mi ojciec.
-Co?-Jednocześnie z rodzicielką zwróciłam się do taty.
-Nie może wyglądać tak...-Wskazał na mnie.-Przy jakimś obcym chłopaku.-powiedział.
-Przestań.-warknęła mama poprawiając moje włosy.-Cudo.-Pocałowała mnie w policzek.-Dobrze, jedźmy więc. Chodź mały, no już.-Pospieszyła młodego. Wychodziłam jako ostatnia.
-Vivi?-Usłyszałam za sobą drżący głos...
***
Odwróciłam się twarzą do Zayn'a. Mierzył mnie wzrokiem zaskoczony. 
-Tak?-odezwałam się.
-Wyglądasz...Wow.-powiedział podchodząc do mnie. Założyłam kosmyk włosów za ucho.
-Dziękuję. Ty też wyglądasz bardzo wow.-zachichotałam poprawiając mu kołnierz.-Dziękuję, że sprowadziłeś Lou.-Uspokoiłam się. 
-Nie ma za co, nie pozwoliłbym, abyście się kłócili.-Złapał mnie za ręce.-Powiesz mi o co tak właściwie poszło?-zapytał. Mina mi zrzedła.
-Nie ważne.-Posłałam mu blady uśmiech i wyszłam. Po kilkunastu minutach staliśmy przed lokalem. Jak przystało na dżentelmenów moi bracia otworzyli przede mną drzwi samochodowe, jak i wejściowe do restauracji. Zaprowadzono nas do stolika, gdzie już z daleka dostrzegałam posturę Hazzy. Serce waliło mi coraz mocniej. Nie do końca byłam pewna czego boje się najbardziej. Tego, że zorientują się, iż to tylko gra? Styles się im nie spodoba? Będę musiała przyznać się Zazie, że kłamałam? Mój oddech stawał się coraz bardziej płytki. Jednak starałam się utrzymać uśmiech równy temu jakim promieniał lokaty. Nie rozumiałam jak on w takiej sytuacji może zachowywać tak stoicki spokój. Czas jakby zwalniał. Kroczyliśmy w grupie w kierunku zielonookiego. Nareszcie lub może dopiero, dotarliśmy. W końcu dotarło to do mnie i zapaliła mi się lampka w głowie. Przecież to "mój chłopak"! Przytuliłam się do niego.
-Spokojnie, będzie dobrze królewno.-wyszeptał, a pode mną ugięły się kolana. Ten zachrypnięty cudowny głos doprowadzał mnie do szału. Miałam ochotę powiedzieć mu wszystko co od dłuższego czasu roiło się w mej głowie, ale nie mogłam. Oprzytomniałam.
-Mamo, tato. To Harry, mój...chłopak.-wydukałam. Starałam się udawać opanowanie, chyba marnie mi szło. Dorośli wymienili uściski dłoni z nowo poznanym młodzieńcem. Wzięłam głęboki oddech. Harold odsunął krzesło, abym mogła zająć na nim miejsce. Wszyscy usiedli. Moja rodzina zaczęła konwersację.
-Czyli chodzicie razem do klasy?-O dziwo, nie panowała niezręczna atmosfera. Hazz złapał mnie za rękę pod stołem, co mnie zastanawiało, gdyż to na pewno nie było związane z przekonaniem wszystkich o naszej "miłości", ponieważ nikt oprócz mnie o tym nie wiedział.
-Tak. Dokładnie.-odpowiedział szczerząc się. Szczerze, dalej nie bardzo wtrącałam się w rozmowę. Bałam się, że wypaplam słowo za dużo. Wolałam siedzieć cicho i się nie odzywać. Całkiem nieźle mi to wychodziło. Być może z uwagi na fakt, iż mężczyzn oraz moją rodzicielkę pochłonęła zacięta rozmowa. Praktycznie wszyscy prócz Styles'a mnie ignorowali. Ten od czasu do czasu zerknął na mnie uradowany, bądź zacisnął na mnie swe palce z zwiększoną siłą. Nie mam pojęcia ile trwały ich dialogi. Z jednej strony się cieszyłam, ale z drugiej nadal stresowałam. Zdążyli podać nam zamówienia, desery, a oni wciąż gadali. Wyłączyłam się zupełnie. Wciąż czułam na sobie przenikliwe spojrzenie Zen'a, co automatycznie mnie cuciło do uważnego wyrazu twarzy. Czas wydawał się dłużyć w nieskończoność po raz kolejny. W pewnym momencie stwierdziłam, iż muszę na sekundę odetchnąć.
-Zaraz wracam.-Wstałam od stołu. Jak najszybciej mogłam ruszyłam do łazienki. Przekręciłam zamek w drzwiach i spojrzałam w lustro. Wypuściłam głośno powietrze z płuc. Miałam szczerą ochotę zakończyć tą szopkę. Ta cała zemsta nie przebiegała jak to zaplanowałam. Wykańczała mnie psychicznie. Tylko jej żądza nie ustępowała. Pragnęłam odegrać się na swatach. Tak bardzo chcieli oszukać mnie, a ja chciałam się "odwdzięczyć". Pooddychałam jeszcze w samotności dla uspokojenia przez kilka minut. Nareszcie poczułam, że jestem choć trochę gotowa, aby wyjść. Przy wcześniejszym miejscu zastałam zbierających się towarzyszy wieczoru.-Już wracamy?-Zdziwiona zbliżyłam się do grupy.
-My tak. Ty zostajesz z Harry'm. Tylko pamiętaj, że jutro do szkoły. Bawcie się dobrze.-Rozweselona matula zwróciła się do mnie. Zayn posłał mi tylko mordercze spojrzenie i tyle ich widziałam. Odprowadziłam ich wzrokiem próbując przeanalizować to co się wydarzyło. W tym czasie Harold narzucił na me ramiona swoją marynarkę i podał mi torebkę. Dopiero kiedy opuściliśmy lokal oprzytomniałam.
-Co się stało? Co im naopowiadałeś, że puścili mnie z tobą?-Nie wychodziłam z szoku. Partner ukazał mi swoje dołeczki podnosząc wzrok na gwiazdy. Ręce ugrzęzły mu w kieszeniach, ale nie na długo. Ujął moją.
-Widzisz, niepotrzebnie się tak stresowałaś.-zaśmiał się.
-Ale powiedz.-nalegałam. Nie odezwał się. Prowadził mnie tak nie wiadomo gdzie. Nie miał zamiaru wykrztusić choćby słówka. Nienawidziłam niewiedzy, a o tym to już chyba wiedział...










Heja! Jestem! Oto kolejny rozdział :D No, chcę żebyście wiedzieli, że powoli zbliżamy się do końca "Hatin Syndrome" :)) Później pojawi się kolejne opowiadanie. Mam nadzieję, że do wakacji dobiję do końca pierwszej części "LSA", bo na wakacje zawieszam blog. Myślę, że po prostu to nie ma sensu, żeby wstawiać i męczyć się przed kompem, zamiast wykorzystywać wolne. Nie chodzi też o to, że pisanie mnie męczy, nie to mam na myśli. Zrozumcie przez to, iż jest ciepło, zabawa na świeżym powietrzu kusi, a ja mam gnieść się w swoim małym pokoiku i dusić się przy laptopie. A po za tym kiedy jest wolne mało kto ma w głowie czytanie. Zauważyłam jak spadają statystyki kiedy mamy ferie bądź święta. Dlatego zrozumcie ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

poniedziałek, 18 maja 2015

Haha XD













Bezpośredni odnośnik do obrazka






















'














Hejka! Dzisiaj miałam mało czasu, ale przygotowałam takie coś :D Mam nadzieję, że nie będziecie źli ;) Hatin Syndrome już się pisze ;)) Jutro się pojawi ;) 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*




niedziela, 17 maja 2015

Little Sweet Angel 63

Wpatrywałem się bez celu w krajobraz przede mną. Pogoda doskonale opisywała moje życie w owym czasie. Dzień zaczął się pięknie. Słońce, białe chmury sunące po błękitnym niebie, lekki wietrzyk-bez zarzutu. Lecz nagle zjawiła się wichura, błyszczącą gwiazdę oświetlającą wcześniej świat zakryły szare kłęby, które niegdyś barwiły w bieli. Deszcz zaczął swą melodię spokojnym rytmem, jak z czasem przybierał na szybkości i sile. Co jakiś czas rozlegało się potężne grzmienie, a za horyzontem pojawiały się pioruny. Wsadziłem ręce do kieszeni wzdychając. Oparłem się o ścianę tuż obok szyby, jedną z nóg zakładając na ścianę, a drugą pozostawiając na podłożu. Oglądałem swe buty rozmyślając. Już nic mi nie wadziło. Zmęczenie, pragnienie, głód-nic. Tylko Michell, tylko ona mi w głowie. 
-Księżniczko, błagam nie zostawiaj mnie.-wyszeptałem sam do siebie delikatnie uderzając tyłem głowy o ścianę z zamkniętymi oczami...
***
*Tydzień później.
Moja słodka, nadal leżała nieprzytomna podłączona do wielu kabelków. Tylko kilka razy opuściłem mury szpitala i to pod przymusem. Wydawało mi się, że mój aniołek z dnia na dzień wygląda bardziej wyraźnie. Jednak nadal się nie budziła. Z pewnością przybrała nieco na wadze, ale to tylko kroplówka. Bałem się. Najgorsze, że mogłem przebywać z nią do dwóch godzin dziennie. 
Dano odwiedzić mi kruszynkę. Usiadłem na krześle obok jej łoża i delikatnie ująłem bladą dłoń. Patrząc tak na nią, zwyczajnie popłakałem się.
-Tęsknię za tobą.-wydukałem. Spuściłem głowę. Nadzieja powoli zaczynała słabnąć. Wierzyłem, że Michi jest silna i może sobie z tym poradzić, ale z biegiem czasu...
-Harry?-Usłyszałem za sobą głos Louis'a. Odwróciłem się. 
-Tak?-Otarłem łzy wolną ręką.
-Mała chciała wejść i zobaczyć Chelly.-rzekł. 
-Jasne. Wpuść ją tu.-poprosiłem. Nie minęła sekunda, a Emily wpadła do sali. Niepewnie podeszła bliżej.-Cześć Emi.-przywitałem ją. Wydawała się lekko przerażona, jakby dokładnie wiedziała co się dzieje. Nie odpowiedziała mi. Zerknęła na mnie. Zwyczajnie minęła moją osobę obchodząc łóżko blondynki dookoła. Uważnie obserwowała każdy cal twarzy Mich. Ujęła kruchą dłoń Miśki. Przysunęła usta do ucha chudzinki i wyszeptała coś spokojnie. Ucałowała na koniec palce Chell i wyszła. Pozostawiła mnie w kompletnym szoku, zamarłem. To nie było normalne. Wtem zacząłem się zastanawiać jak to możliwe, że to córka Louis'a (sorry, musiałam XD). Po kilku minutach się otrząsnąłem i powróciłem wzrokiem na Michi. Po jej poliku znów spływała łza. Nie miałem sił na to patrzeć. Ucałowałem ją, opuściłem załamany pomieszczenie. Nie potrafiłem znieść tego widoku. Opuściłem szpital, nie miałem pojęcia co się ze mną dzieje. Normalnie nie opuścił bym jej na sekundę, ale coś mną pokierowało. Nie wiem co. Wszedłem do naszego domu. Wszystko pachniało perfumami słodkiej blondyneczki. Powolnym tempem zbliżyłem się do sofy. Przejechałem opuszkami palców po oparciu kanapy mijając ją. Delikatnie się uśmiechnąłem. Spojrzałem na "ściankę zdjęć". Ujrzałem te uwiecznione nasze najpiękniejsze chwile. Jeden obrazek szczególnie mi się podobało. To kiedy Misia po raz pierwszy wyjeżdżała dalej. Żegnaliśmy się, a Liam złapał to obiektywem. 

Do mych dołeczków trafiły słone łzy, jakich nie byłem w stanie zatrzymać. Pragnąłem powtórzyć to. Nie wytrzymałem. Uderzyłem w ścianę z ogromną siłą. Kilka ramek roztrzaskało się o ziemię, a moja pięść ugrzęzła w wielkim zagłębieniu. Wściekły, a także zrozpaczony zdemolowałem cały salon. Nareszcie doszło do mnie co wyprawiam. Wkroczyłem oszołomiony swoimi czynami do łazienki. Przyjrzałem się sobie w lustrze. Przeraziłem się. Podkrążone oczy, kości policzkowe na wierzchu, włosy w nieładzie, marnota. Zrozumiałem, że wykańczam się sam. Nie jadłem wiele dni. Nie pamiętałem kiedy ostatnio dostarczałem swojemu organizmowi dostatecznej dawki energii. Wszedłem pod prysznic. Moje mięśnie nieco się rozluźniły. Ubrany opadłem na miejsce Chelly na naszym łożu. Napawałem się tym różano-malinowym zapachem. Wonią miłości mojego życia. Nie wiem jak długo spałem. Śniła mi się. Taka zdrowa, pełna sił. Uśmiechała się. Była taka promienna i wesoła. Pragnąłem ją taką ujrzeć w realu. Z pięknych marzeń wyrwał mnie krzyk Calum'a oraz Luke'a 

-Harry! Harry!-Wparowali do sypialni. Wiedziałem, że coś się stało. Serce zaczęło mi walić mocniej, bałem się co mają mi do przekazania...






Hejka! Wiem, że bardzo bardzo długo mnie nie było. Ale tu cierpienie Xd Tam za rogiem czaiło się wesele i poprawiny itd. Przepraszam. Ale już wracam. Oto kolejny rozdział. Mam nadzieję, że się spodoba. Co takiego mają do powiedzenia "bracia" Michi? Co bd dalej? Czy Michell się obudzi? Piszcie ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*




środa, 13 maja 2015

Informacja

Witajcie,
przepraszam, że nie było mnie wczoraj ani, prawdopodobnie, nie będzie mnie dzisiaj. Jednak wczoraj dopadł mnie straszliwy ból. Na szczęście dzisiaj pozbyłam się źródła cierpienia, ale nadal trochę ćmi mnie utrapienie i nie potrafię się skupić. Nie mogę pisać >< Mam nadzieję, że jutro już będę :) Przepraszam, ale po prostu to zajmuje wszystkie moje myśli, więc nie mam możliwości napisania czegoś poprawnie w tej chwili.
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*








A tu takie coś co siedzi mi w głowie od tygodnia: XD

poniedziałek, 11 maja 2015

Hatin' Syndrome 15

-Bo to nie miało być tak! Rozumiesz! Nie miało być tak!-Tym razem to on mocno zacisnął dłonie na moich barkach...Za mocno. Sparaliżował mnie ból. Krzyczał mi prosto w twarz. Nachylał się nad moją posturą z wściekłą miną. Bałam się go. W moich oczach samoistnie stanęły łzy. Nie miałam pojęcia czemu się tak zachowuje. Nie wierzyłam. Poczułam się taka bezbronna, mała, tycia. Nie poznawałam swojego "brata", to nie był on. Zwykle z natury stanowił dżentelmena. Nie wrzeszczał. Cała drżałam. Jego oczęta zaczęły powracać do swojego naturalnego błękitu. Chyba doszło do niego co zrobił. Znieruchomiał. Wtem pojawił się Harold. Odepchnął Loui'ego ode mnie. Stanął pomiędzy naszą dwójką tak jakby próbował przysłonić mnie sobą. W ślepiach Lou płonęło rozczarowanie, zawód, ale samym sobą. Odszedł ze spuszczoną głową. Nadal tkwiłam w bezruchu. Szok, kompletny.  Harry widząc moją reakcję mocno wtulił mnie w swój tors. Wszystko zaczęło się komplikować, a ja już nie wiedziałam co robić, jak to rozwiązać, zachować się. Po prostu nie miałam pomysłu na przyszłość...
***
-Vivien? Wszystko dobrze?-Harry troskliwie zapytał trzymając moją twarz w dłoniach.
-T..tak.-wyjęknęłam spuszczając głowę.-Chyba, ja już...Pójdę.-westchnęłam ciężko.
-Odprowadzę cię.-rzekł. Wzruszyłam bezsilnie ramionami i ruszyłam. Mimo, że Louis'a nie było już w pobliżu, to Hazz i tak objął mnie jak swoją dziewczynę. Nie wiedziałam czy robi to w ramach otuchy, czy może czegoś więcej. Wtedy nie było mi dane zastanawiać się nad tym. Po prostu kroczyłam wciąż mając przed oczyma obraz kogoś z kim spędziłam całe swoje życie, krzyczącego na mnie, targającego mną. To bardzo bolało.-...Vivi.-Zielonooki założył kosmyk mych blond włosów za me ucho. Dopiero w tamtej chwili spostrzegłam, iż stoimy na zakręcie mojej ulicy.
-Tak?-Ocknęłam się pod wpływem jego kojącego głosu.
-Chciałem ci oznajmić, że już jesteśmy.-Posłał mi delikatny uśmiech jaki odwzajemniłam.
-Jasne, dzięki.-Włożyłam ręce do kieszeni spodni.
-Mała, nie przejmuj się. Postaraj się o tym nie myśleć, dopóki z nim nie porozmawiasz. Nie martw się.-Ucałował mnie w czoło, przytulił mnie. Kiedy się odsunęłam mocniej ścisnął moją dłoń.
-Postaram się. Do zobaczenia.-Pomachałam mu. Odwróciłam się. Weszłam do domu. Oparłam się o wewnętrzną stronę drzwi zaciskając powieki.
-Siostra?-Usłyszałam zmartwiony głos Zayn'a. Przywróciłam sobie obraz świata, a wtem zrozumiałam, że płaczę. Nie miałam zamiaru zwierzać się Zen'owi właśnie w tamtym czasie. Dobrze, że stał jakieś dziesięć metrów naprzeciw mnie, w wejściu kuchni. Mogłam spokojnie umknąć. Wbiegłam po schodach na górę. Modliłam się, aby mi się udało. Oczywiście, że mnie gonił, nigdy nie odpuszczał. Na szczęście, dosłownie sekundę przed jego dotykiem zatrzasnęłam za sobą wrota do mojego pokoju. Przekręciłam klucz w zamku, aby nikt nie miał dostępu do mnie. Zsunęłam się na ziemię łkając. Wołania Mulata na mnie nie działały.
-Daj mi spokój!-krzyknęłam w końcu mając dość jego próśb.
-Powiedz mi chociaż o kogo chodzi.-Któryś raz z rzędu się powtórzył.
-Nie!-warknęłam starając się uspokoić.
-Harry?-zapytał.
-Nie!-odpowiedziałam.
-Rodzice, młody, ja?-kontynuował.
-Nie!
-To kto?-Jak mówiłam, mój brat nigdy nie odpuszcza.
-Louis! Rozumiesz?! Louis!-Najgłośniej jak potrafiłam wydobyłam to z siebie. Zamilkł, co mnie zaskoczyło. Siedziałam na panelach bez ruchu wpatrując się w ścianę. Minęło pół godziny, panowała zupełna cisza. Było mi źle, a zarazem dobrze. Sama nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Nagle ponownie rozległo się stłumione pukanie. Wkurzyłam się. Miałam zwyczajnie dość. Podniosłam się ocierając poliki.-Ile razy mam mówić, żebyś dał mi spo...!!!-Zaczynam podniesionym głosem, ale kiedy przed sobą zobaczyłam niebieskookiego zatrzymałam swoje wrzaski. Znieruchomiałam.
-Vivien. Chciałem z tobą porozmawiać.-Niepewnym tonem odezwał się. Miał czerwone spojówki, płakał. Pozwoliłam mu wkroczyć do swojej sypialni. Usiadłam na łóżku podkulając nogi do klatki piersiowej. Tomlinson chodził nerwowo po pokoju.-Przepraszam cię za moje zachowanie, nie panowałem nad sobą. Nie mam pojęcia co mną władało.-zaczął.
-Wiem. Wiem to.-westchnęłam, a Tommo zerknął na mnie zdezorientowany.-Przed chwilą to zrozumiałam. Chcę tylko wiedzieć dlaczego tak się stało. O co chodziło?-wydukałam.
-Wstyd mi się przyznać, ale...Zwyczajnie to nie miało być tak. Boję się o ciebie. Wiem jaki jest Hazz, nie chcę żeby cię zranił. Kocham cię nad życie, jesteś dla mnie jak siostra i nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek kiedykolwiek sprawił ci ból. Zwyczajnie martwię się, że...No, bo byłaś zawsze takim małym moim kurduplem, a teraz już masz chłopaka i...Nie mogę się z tym pogodzić.-wyrecytował nieśmiało. Zawsze jest tak, że kiedy słyszymy takie słowa z jednej strony się złościmy, ale z drugiej mamy poczucie, iż ktoś rzeczywiście się o nas troszczy. Jednak ulżyło mi.
-Louis...-Podniosłam się i wtuliłam w bruneta.-Mogłeś mi powiedzieć. Nie musiałeś krzyczeć.-rzekłam.
-Wiem, przepraszam.-Ucałował czubek mojej głowy.
-Kocham cię.-Po raz pierwszy w życiu mu to wyznałam, szczerze to niechcący. Odsunął mnie od siebie
-Młoda...Zaczynam się bać. Robisz się coraz bardziej delikatniejsza odkąd poznałaś Harry'ego...Zaraz, zaraz.-Złapał mnie za podbródek i dokładnie przyjrzał się mym ślepiom.-Masz powiększone źrenice. Słońce, jak to możliwie, że aż tak się zakochałaś w ciągu kilku dni?-zapytał z uśmiechem na twarzy.
-Przestań!-Uderzyłam go w ramię, a do słabych nie należałam.
-No i wróciła stara Viv.-Przez zęby wycedził masując zaczerwienione miejsce. Pokazałam mu język.
-A od kiedy ty się kochany o mnie tak bardzo martwisz, co? Nagle się delikatny zrobiłeś.-parsknęłam szyderczo.
-Daj mi spokój.-Machnął ręką rechocząc. Tak właśnie się pogodziliśmy. Można było się tego po nas spodziewać. Już z Zayn'em się częściej kłóciłam.
-Dobra, idź już sobie. Teraz muszę się przejmować czymś innym. Jedno zeszło, drugie nadchodzi.-Wypychając go z pomieszczenia powiedziałam.
-Co? O czym ty mówisz?-Zatrzymał moje poczynania w progu. Przypomniałam sobie, że on nie wie. Jaka ja głupia!
-Yyy...Nic, nic. Po prostu muszę się dobrze ubrać na tą kolację, na pewno Zen ci mówił.-Wybrnęłam.
-Aha. Dobra, to pa misia. Powodzenia. I jeszcze raz przepraszam.-Musnął mój polik i zniknął z pola widzenia. Odetchnęłam z ulgą. Kamień spadł mi z serca.
-No to zaczynamy.-odezwałam się sama do siebie. Najpierw kąpiel, następnie, chyba można tak to ująć-szpachla. Około dwie godziny zajęło mi ogarnięcie się. Nienawidziłam sukienek. Wolałabym ubrać dres, ale rodzice chyba by mnie rozszarpali. Nareszcie byłam gotowa. W szafie miałam jedne, jedyne szpilki. Mama mi je kupiła w nadziei, iż kiedyś się przydadzą. Chciałam spróbować, ale niestety. Po całych dwóch wykonanych w nich krokach miałam serdecznie dość. Zdjęłam te narzędzia tortur, a na stopy nasunęłam najzwyklejsze baletki. Złapałam za małą torebeczkę do kompletu i zeszłam na dół. Czekał tam już na mnie mój młodszy brat w garniturze.
-Vivien?-Zmierzył mnie wzrokiem ze skrzywioną twarzą. Chyba mnie nie poznał.
-Tak, wiem. Nic nie mów, wyglądam jak...
-Dziewczyna.-dokończył jeszcze bardziej objawiając grymas.
-Dziękuję?-Dołączyłam do niego. Po chwili zjawili się rodzice.
-Słoneczko! Jak ty cudnie wyglądasz!-Matula mnie uściskała.
-Dzię...-zaczęłam.
-Idź się przebierz.-przerwał mi ojciec.
-Co?-Jednocześnie z rodzicielką zwróciłam się do taty.
-Nie może wyglądać tak...-Wskazał na mnie.-Przy jakimś obcym chłopaku.-powiedział.
-Przestań.-warknęła mama poprawiając moje włosy.-Cudo.-Pocałowała mnie w policzek.-Dobrze, jedźmy więc. Chodź mały, no już.-Pospieszyła młodego. Wychodziłam jako ostatnia.
-Vivi?-Usłyszałam za sobą drżący głos...






Hejka! Oto nareszcie jestem :D Jak się podoba? :) Mam nadzieję, że nie jest źle. Macie więc odpowiedz, na to co dręczyło Lou ;) Niedługo kończymy "Hatin' Syndrome", ale powiem wam, że już szykuję ff o Liam'ku <3 Hihi :D
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

niedziela, 10 maja 2015

Imagin Louis zamówienie

"Marzenie jest tylko marzeniem, dopóki nie zdecydujesz się go spełnić"~Harry Styles. 
Wierzyłam i wierzę święcie w te słowa. Można śnić, ale tylko czyny doprowadzą do celu. 
Według nie taka zawsze była prawda. Oto ja-Prosta dziewczyna z Irlandii. Nigdy nie malowałam się, stroiłam się. Zwyczajnie pracowałam sobie jako architekt w Londynie, gdzie sprowadziłam się po ukończeniu osiemnastego roku życia. Samodzielnie się utrzymywałam. Naprawdę należałam do szczęśliwych osób. Nie brakowało mi prawie niczego. Dlaczego prawie? Hmm...To chyba dość jasne. Brak miłości skrajnie mi doskwierał, gdyż jeszcze nigdy nie miałam okazji trwać w jakimkolwiek związku. Tak wiem co pomyślicie-dwadzieścia trzy lata, a nigdy nie się nie całowała, przytulała, dziewica. Ale cóż mogłam poradzić? Nie miałam szczęścia i tyle. Nie uzależniałam od tego faktu swego życia, ale nie koniecznie mi to je ułatwiało. Nie miałam pojęcia jak to jest mieć kogoś do kochania, a nie ukrywam, że tego chciałam. Miłość stanowiła dla mnie takie niewielkie marzenie.
Tamten dzień zaczął się pozytywnie. Wyspałam się, wyszykowałam, zjadłam śniadanie. Punktualnie zjawiłam się w biurze. Idąc w górę natknęłam się na współpracownika-Heath'a.
-Ewa! Słyszałaś? Mamy nowego dyrektora działu.-poinformował mnie szeptem. Tak. Fajny i całkiem miły chłopak, ale plotkarz gorszy niż kobieta.
-Naprawdę? Szybko się zdecydowali.-Zaśmiałam się.
-Lecę.-Nawet nie mrugnęłam, a już go nie było. Wzruszyłam ramionami i szłam dalej. Ani razu przez cały czas pracy nie miałam okazji ujrzeć naszego nowego "szefa". Po ośmiu godzinach wróciłam do mieszkania. Właśnie wtedy wypadały urodziny mojej przyjaciółki-Diny. Wzięłam prysznic, ułożyłam włosy, umalowałam się, ubrałam. Podjechałam taksówką pod dom kumpeli. Głośna muzyka huczała już na rogu ulicy. Din to bardzo bogata osoba, ma wszystko, ale po mimo majątku pracuje i to w niej szanuję. Bez pukania, które zapewne i tak nie przyniosłoby skutku weszłam do środka. Tłum osób natychmiast rzucił mi się w oczy. Po długich poszukiwaniach odnalazłam tańczącą ze swoim chłopakiem Diny.
-Hej! Nareszcie jesteś!-Rzuciła mi się na szyję.
-Cześć mała! Wszystkiego najlepszego.-Podałam jej małe pudełeczko.
-Dziękuję ci.-Obdarowała mnie całusem w polik.
-Otwórz!-nakazałam. Głośny bas melodii nieco przeszkadzał w konwersacji, ale jakoś się słyszałyśmy. Czerwonowłosa mnie posłuchała. Jej oczom ukazała się srebrna bransoletka, za jaką niegdyś się rozglądała.
-O Boże! Dziękuję ci!-Szeroki uśmiech na jej twarzy sprawił, iż poczułam nutkę satysfakcji. Dziewczyna zapięła biżuterię na swoim nadgarstku i przytuliła mnie.-Chodź, zrobię ci drinka.-Pociągnęła mnie za rękę do baru.-Co sobie życzysz?-zapytała.
-Martini.-odparłam siadając na krześle obrotowym.-Gdzie zostawiłaś John'a?-odezwałam się. Przyjaciółka nalewała mi alkoholu szczerząc się.
-Yyy...Zapomniałam o nim. Kurde, po raz kolejny zostawiłam go samego w tłumie.-Skrzywiła się śmiejąc. Zawsze tak było. Taki już roztrzepany sposób bycia mojej Din. Zachichotałam. Podała mi mój napój.-A ty znów sama?-oparła się o blat smętnie mówiąc.
-Dina, proszę.-westchnęłam smutno.
-Przepraszam.-Ułożyła dłoń na mojej.-Ej, ej.-Już wiedziałam, że pomysł na który wpadła będzie związany ze swataniem mnie.
-Proszę nie.-Odchyliłam głowę do tyłu mrucząc.
-Chociaż go poznaj. Jest mega miły, zabawny i do tego bardzo przystojny, no i ten jego seksowny głos...-Zdążyłam złapać tylko za szklankę zanim porwała mnie na drugi koniec domu. Przy ścianie stał wyższy ode mnie o pół głowy brunet o nieziemskich niebieskich oczach, w towarzystwie wysokiego rudzielca na szpilkach.
-O! Dina!-Widać było, że zależy mu, aby moja przyjaciółka odciągnęła go od nachalnej laski obok. Spojrzał na moją towarzyszkę błagalnym wzrokiem.
-Hej Lou. Jesteś mi potrzebny.-Ścisnęła jego nadgarstek.-Przepraszam.-zwróciła się do rudej. Ta przewróciła oczami i wycofała się. Moja kumpela zaciągnęła naszą dwójkę na taras na piętrze, gdzie panowało więcej ciszy.-Louis, to Ewa. Ewa, to Louis. Poznajcie się.-I tak jakby moja kochana koleżanka zostawiła nas samych.
-Przepraszam za nią.-wydukałam ściskając jego dłoń.
-Spoko. Znam ją, więc już chyba niczym mnie nie zaskoczy.-Zarechotał. Naprawdę miał seksowny głos. Taki zachrypnięty, jakby miał zaraz się skończyć.
-Tak. Ciekawa osoba.-westchnęłam.
-Prawda. Czym więc się zajmujesz Ewo.-Zmienił temat.
-Niczym specjalnym. Jestem architektem.-odpowiedziałam.
-Wydaje mi się, że to przyjemny zawód.-Albo mi się wydawało, albo przyglądał mi się w taki...Dziwny sposób.
-Całkiem. Zależy na jakiego szefa trafisz. Na razie było dobrze, ale dzisiaj zmienili nam dyrektora działu, więc nie wiem jak to się potoczy. Może to jakiś gbur, nie mam pojęcia.-Wzruszyłam ramionami.
-Nie poznałaś go jeszcze?-zapytał.
-Nie. Nie widziałam go na oczy i trochę się boje, że to stary dziad z fajką w ustach czy coś w tym stylu.-Lou zaśmiał się głośno.-No co?-dołączyłam do niego.
-Nic, nic.-machnął ręką.
-A ty czym się zajmujesz?-Upiłam łyk martini.
-Jestem architektem.-Rozbawił mnie. Myślałam, że żartuje.
-Aha.-wydusiłam.-To ciekawe.-Kontynuowałam. Przez jakieś dwadzieścia minut rozmawialiśmy o sobie nawzajem. Poważnie wydał mi się przyjemnym i ciepłym chłopakiem. Świetnie się rozumieliśmy. Opis Din doskonale zgadzał się.
-...Ja już muszę lecieć. Jutro mam na rano do pracy. Miło się rozmawiało.-Ucałował mój polik, a mnie oblała fala ciepła. Moje serce zaczęło bić mocniej. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie czułam.
-Do zobaczenia.-Pomachałam mu. Oparłam się o barierkę rumieniąc się. Słyszałam jak odchodzi. Przekroczył próg drzwi balkonowych. Uniosłam kąciki ust dotykając muśniętego miejsca.
-Do zobaczenia jutro Panno Siejca!-krzyknął. Zamurowało mnie. Zastygłam w jednej pozie, moje oczy się powiększyły. Co?! Czyli on nie żartował! O Boże! Nie mówicie, że...! Ale ze mnie jemioła!
*Kolejnego dnia
Stałam na recepcji na piętrze wypełniając kwitki przodem do sekretarki. Nagle za sobą usłyszałam.
-Dzień dobry Panno Siejca.-Znałam ten głos. Straciłam na moment oddech. Nie wiedziałam co zrobić. Czułam, że stoi za mną. Cała drżałam. Niepewnie zwróciłam się twarzą do centrum dźwięku. Tak, to Louis.
-Dz...Dzień dobry.-wykrztusiłam. Ja-zestresowana, zawstydzona. On-uśmiechnięty i wesoły. Podszedł.
-Nie martw się, nadal będzie miło, a nawet bardziej niż miło.-wyszeptał do mojego ucha. Czułam jak fala czerwieni zalewa moją twarz. Odszedł nadal unosząc kącik ust. Ja w ostateczności zaśmiałam się z samej siebie.
I wiecie, co? To, że nieświadomie podziałałam, pomogło mi w spełnieniu marzenia. A to działanie było niezamierzane, to najzabawniejsze. Cieszę się, że czasami jestem taką jemiołą...







Hejka! Oto zamówienie Ewci <3 Kochana, nie wiem czy Ci się spodoba, mam nadzieję, że nie ma tragedi, starałam się. Przepraszam, że musiałaś tyle czekać, ale wczoraj się nie wyrobiłam ;/
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

piątek, 8 maja 2015

Little Sweet Angel 62

. Tęskniłem za obecnością Misi tak bardzo, że zapomniałem jak wspaniałym uczuciem jest kiedy kładzie głowę na moim ramieniu wtulając się we mnie. Gdy splata palce na moich plecach. Kiedy przymyka oczy rozkoszując się tą chwilą. Jak mogę złożyć całus na czubku jej głowy.-Kocham cię.-wyszeptała słabo. Wydawało mi się, że z każdą sekundą jej uścisk traci na sile bardzo drastycznie.
-Kocham cię. Już nigdy cię nie opuszczę.-Równie cicho odpowiedziałem.
-I to mi wystarczy...-Tylko tyle wydukała. Podtrzymałem ją, gdy znów straciła grunt pod nogami tracąc przytomność. Me dopiero co posklejane serduszko zatrzymało się na moment...
***
Lekarz wyskoczył z sali i natychmiast zabrał Michell z moich objęć. Widziałem jak kładzie ją na łóżku, na jego szczęście delikatnie, bo gdyby nie...Opadłem na krzesło na korytarzu. Płakałem, nie ukrywam. Już nie wiem, czy ze szczęścia, że mi wybaczyła, czy z rozpaczy jej stanu. Łkałem nie wiem jak długo kompletnie nie słysząc pocieszeń grupy. Nie pamiętam nic co do mnie mówili. Jakbym został zamknięty w małym szarym pokoju bez klamek, gdzie mam zamiar lamentować dopóki nie zabraknie mi sił. Bałem się o moją słodką kruszynkę. Wyglądała jak lalka z porcelany, która w każdej chwili może się rozsypać na małe kawałeczki. 
Z tego co przekazał mi doktor, Michi była odwodniona, osłabiona, miała anemię, zaburzenia odżywiania się odnowiły. Mieli za zadanie podnieść ją na sile kroplówkami, ale pierwsza doba wzorowała decydującą o zdrowiu, a nawet życiu Mich. Siedziałem tam i czekałem. Wiele godzin minęło, bardzo wiele. Fotografowie stali pod szpitalem, pełno kłopotu narobili. Lecz ja to ignorowałem. Liczyła się tylko Chelly. Nie pozwolono mi wejść do jej sali, co jeszcze bardziej mnie zaniepokoiło. W końcu nad ranem nie wytrzymałem. Wparowałem do pomieszczenia, kiedy cała reszta spała siedząc na korytarzu. Słońce dopiero przedzierało się zza horyzontu, dając odrobinę blasku wpadającego przez szyby. Świat budził się do życia, a moja Michell nadal spała. Cicho jak mysz zbliżyłem się do blondynki. Zająłem miejsce na stołku obok, delikatnie ująłem jej dłoń. Zerknąłem na kruchy nadgarstek. Zacząłem zataczać na nim malutkie kółeczka obserwując swój własny ruch. 
-Księżniczko, wiem, że to trudne.-Podniosłem wzrok na twarz ukochanej.-Zdaję sobie sprawę jak słaba jesteś, jak bardzo brak ci sił.-Łzy stanęły mi w oczach, a głos począł drżeć.-Ale proszę, nie poddawaj się, walcz. Musisz walczyć. Dla nas...Dla mnie. Kocham cię.-wyrecytowałem szeptem. Podniosłem jej rękę i leciutko musnąłem ustami dłoń pięknej.-Kiedy powrócisz do formy, będziemy mogli znów być razem, będę mógł pocałować cię tak jak lubisz, przytulić, powiedzieć wszystko to czego bałem się wcześniej. Pojedziemy do Australii z wszystkimi, będzie niesamowicie.-Uśmiechnąłem się przez płacz wierząc ślepo w to co mówię. Zachowywałem się, jakby Michi bacznie przysłuchiwała się każdemu mojemu słowu.-Tylko musisz żyć. Zbyt cię kocham, aby stracić cię. Wiem, że nie zasługuję na kogoś takiego, ale jestem tak samo świadom tego, iż i tak nie mogę funkcjonować bez mojej królewny. Ufam ci, wiem, że mnie nie zawiedziesz.-Ponownie ucałowałem jej chudziutką kończynę. Spuściłem na chwilę głowę, by znów przywrócić na nią spojrzenie.-Zdradzę ci sekret, kochanie.-zacząłem.-Pamiętasz, nie dawno zabrałem cię na kolację?-Nie ważne, iż nie otrzymałem żadnego odzewu. Po prostu kontynuowałem.-Miałem wtedy pewien cel. Bardzo, bardzo chciałem to zrobić, ale nie udało mi się.-Łzy, wydawało się, ryły na moich polikach stałe ścieżki.-Stchórzyłem.-przyznałem.-Ale chcę to naprawić. Tylko proszę, daj mi szansę.-wydukałem. Zacisnąłem powieki. Nieco mocniej ścisnąłem dłoń Mich. Nabrałem powietrza starając się uspokoić. Zerknąłem smutno na Chelly. Zauważyłem na bladej twarzyczce małą kropelkę słonej cieczy. Otarłem ją kciukiem, unosząc nieśmiało kąciki ust.-Wiedziałem, że słyszysz.-Me usta spotkały czoło Michell. Wtem do sali wkroczył lekarz. 
-Co pan tu robi? Nie powinno tu pana być. Proszę stąd wyjść.-Srogim głosem nakazał. Nie odezwałem się. Pokornie opuściłem pomieszczenie. Zrobiłem się spokojniejszy. Ta "rozmowa", a bardziej monolog, pomogło mi w jakiś sposób. Nieduży kamień spadł mi z serca. Być może nie prosto w oczy, ale wyznałem ukochanej prawdę o tamtym wieczorze. Ta kolacja miała należeć do wyjątkowych, jednak ma pewność siebie uleciała. Pragnąłem możliwości naprawy błędu. Stanąłem przy oknie na samym końcu korytarza. Wszyscy spali. Głucha cisza biła me uszy. Wpatrywałem się bez celu w krajobraz przede mną. Pogoda doskonale opisywała moje życie w owym czasie. Dzień zaczął się pięknie. Słońce, białe chmury sunące po błękitnym niebie, lekki wietrzyk-bez zarzutu. Lecz nagle zjawiła się wichura, błyszczące gwiazdę oświetlającą wcześniej świat zakryły szare kłęby, które niegdyś barwiły w bieli. Deszcz zaczął swą melodię spokojnym rytmem, jak z czasem przybierał na szybkości i sile. Co jakiś czas rozlegało się potężne grzmienie, a za horyzontem pojawiały się pioruny. Wsadziłem ręce do kieszeni wzdychając. Oparłem się o ścianę tuż obok szyby, jedną z nóg zakładając na ścianę, a drugą pozostawiając na podłożu. Oglądałem swe buty rozmyślając. Już nic mi nie wadziło. Zmęczenie, pragnienie, głód-nic. Tylko Michell, tylko ona mi w głowie. 
-Księżniczko, błagam nie zostawiaj mnie.-wyszeptałem sam do siebie delikatnie uderzając tyłem głowy o ścianę z zamkniętymi oczami...









Hejka! Nie mam pojęcia, no naprawdę jak to się stało, że tak szybko napisałam ten rozdział :OO Dziękuję Ewci za motywację do zrobienia tego :)) Jesteś wielka! <3 Mam nadzieję, że się spodoba :3 Jak myślicie co będzie dalej? Michell się obudzi? A może to już koniec naszego LSA? Piszcie ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

Imagin OneD zamówienie

Zamieszkujący w Atenach bracia mieli przed sobą bardzo ważny test. Ich ojciec-Bóg Grecki, musiał oddać swój posag jednemu z nich. Z racji braku pomysłu na podjęcie decyzji, postanowił oddać to w ręce umiejętności pierworodnych. Louis, Niall, Zayn, Liam oraz Harry-kandydaci do władania światem Bogów i nastoletni Bożkowie. Lou-Parton obronności i troski, Zen-Odzwierciedlenie spokoju, Nialler-Przewodnik radości i śmiechu, Liam-Przedstawiciel rozsądku oraz mądrości, Harry-Synonim perfekcji i piękna. Każdy z nich miał w sobie coś wyjątkowego, lecz tylko jeden mógł zostać władcą. Na ogromnej arenie, już o świcie stawiło się całe rodzeństwo i ich ojciec.
-Witajcie. Nadszedł dzień, w którym okaże się, który z was zostanie mym następcą.-Potężnym głosem odezwał się tata pięcioraczków różniących się od siebie wszystkim. Żaden niekoniecznie przejmował się sprawdzianem.-Zaczynajmy więc.-westchnął mężczyzna.-Przeszliście już wiele sprawdzianów nieświadomie, jednak ostatnim jest test odwagi.-rzekł.-Wpuścić zwierzę!-Krzyknął do służby odchodząc na trybuny. Zza wielkiej czarnej bramy wyłonił się wielki tygrys. Chłopcy jednocześnie ułożyli głowy na swych prawych ramionach przyglądając się wielkiemu kotu. Czteronogi zbliżał się do piątki, a oni nadal wpatrywali się w bestię, która warczała w przerażający sposób.
-O kotecek!-W końcu odezwał się blondyn podchodząc do tygrysa z uśmiechem.
-Idioto!-Wyrwał się Liam i odciągnął brata. Niall nie dawał za wygraną i nadal próbował dotrzeć do zwierzęcia.-Pomóżcie mi, przecież to go zeżre!-Nakazywał Li.
-Nie. Dopiero wróciłem od Afki, zrobiła mi manicure i pedicure, więc nie dzięki, wolę mieć ładne łapki.-odezwał się zielonooki.
-Spokojnie nic nie będzie.-Zaz machnął ręką bezstresowo.
-Co wy gadacie?!-oburzył się ledwo utrzymujący Nialler'a Liaś.
-Przestań. Jak coś to go obronię.-stwierdził Louis.
-Chyba jako jedyny w tym towarzystwie myślę.-mruknął ten rozsądny.-Niall! Cholera, bo nie oddam ci dzisiaj winogron po obiedzie.-Jak by te słowa zaklęły blondasa. Wskoczył na ciemnookiego jak panna młoda.
-To tygrys!-Prawdopodobnie dopiero w tamtym momencie niebieskooki zrozumiał co za potwór kroczy wściekle w jego kierunku.
-No co ty?!-parsknął Liam podniesionym głosem.
-Uciekajmy?-zaproponował Hazz jakby było to jasne.
-Oj, dajcie spokój.-Zayn powtórzył swój wcześniejszy gest.
-Właśnie, obronię was.-Znów wtrącił się Lou. Wyszedł przed szereg. Wyciągnął zza swego pasa miecz i począł iść do bestii. Zakasowałby wielkiego futrzaka, ale ten okazał się zbyt silny i złamał narzędzie obronne. Wtem nawet Lou się przestraszył, ale nie odpuszczał. Postanowił stoczyć walkę z kotem. Nie radził sobie zbyt dobrze, gdyż tak wątła w porównaniu do przeciwnika postura nie ułatwia zadania. Do bitwy dołączył się Niall.
-W trójkę zawsze raźniej!-krzyknął entuzjastycznie i rzucił się do bójki.
-Moment, moment! Muszę związać koczka.-Harold złapał za gumkę do włosów i spiął swe cudowne, długie loki, aby nie wadziły mu. Dołączył do starcia. Pokonywanie zwierzęcia stawało się coraz bliższe.
-Skoro trzeba, to wychilluje z chill'em i też będę cool.-Swoim "hajowym", jak to on nazywał, stylu rzekł Mulat. Jak powiedział, tak uczynił.
-Jeżeli masa tygrysa wynosi..., a nasza łączna...plus nasza siła, a jego, równa się...A z resztą, co mi tam przeliczenia!-Liaś próbował podjąć decyzję za pomocą matematyki, ale choć raz dał się ponieść. "Wojna" wyglądała przezabawnie. Mimo, iż wykonanie braci należało do komicznych, to także efektywnych. "Simple byt effective". Bestia padła nieżywa na piach. Chłopcy lekko zdyszani stanęli nad martwym stworzeniem.
-Kotecek!-Lamentownie wrzasnął Nialler padając na kolana.
-Chill, stary.-Wtrącił się Zen.
-Moje dłonie! Całe zabłocone!-Kolejny upadł na piasek w żalu.
-Mądre. No po prostu mądre.-parsknął Liam łapiąc się za głowę. W końcu ciszę przerwały pojedyncze brawa ojca.
-Cudownie! Cudownie matoły!-krzyknął.-Potwierdziliście, że w pojedynkę nie macie szans.-Zbliżył się do synów.-Już podjąłem decyzję. Nie możecie bez siebie funkcjonować poprawnie, a więc nie mogę wybrać jednego...
-Weźmiesz wszystkich?-Podekscytowany Nialler przerwał.
-Nie.-odparł.-Nie wybieram żadnego z was. Zostajecie Bożkami, debile. Moim następcą zostanie wasza siostra. Ona jedyna z moich dzieci jest normalna.-wyrecytował i odszedł.
-Ta. Wiedziałem.-Spokojnie mruknął Zayn.
-Sorry, ale tak jest zawsze. Nic tylko (T.I) najlepsza, bla bla bla...-Skrzywił się blondyn.
-Wcale nie najlepsza! To ja jestem ten piękny!-wtrącił się Harry nie wychodząc z rzędu w jakim przemieszczali się w kierunku domu.
-Ale ona jest najmłodsza i łączy w sobie nasze wszystkie cechy, ciołku.-warknął Louis.
-Yhym...No i jest seksi.-dodał Niall.
-O jejku! Nie dziwię się, że nie wybrał żadnego...-westchnął Liam. I tak ta piątka nie koniecznie rozgarniętych Bożków żyła sobie razem w niezrozumiałym dla normalnych, dziwnym systemie...







Hejka! Oto imagin dla Karoli <3 Skarbie miało być zabawnie, nie wiem czy wyszło ;) Starałam się <3 Mam nadzieję, że nie zawiodłam :3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

czwartek, 7 maja 2015

Hatin' Syndrome 14

-Wychodzę!-rzuciłam opuszczając dom. Po dziesięciu minutach stawiłam się na miejscu. Po kilku kolejnych zauważyłam sylwetkę lokatego zbliżającą się ku mnie. Podszedł i ucałował mój polik. Do tego utknęłam w jego objęciach. Robił to tak czule jakbyśmy rzeczywiście stanowili parę.
-Tomlinson przyszedł za mną.-szepnął mi na ucho. Kiwnęłam głową w geście zrozumienia.
-Cześć skarbie.-powiedziałam głośno tak aby wszyscy dookoła słyszeli. Harold złapał mnie za rękę i zaczął spacer. Czułam się dziwnie. Jakbym postępowała bardzo źle robiąc to w ramach zemsty. Szczerze to nie miałabym nic przeciwko gdybyśmy nie grali miłości...
***
-Opowiadaj.-szepnął.
-Chodzi o to, że on mnie wkopał. Rodzice mieli nie być w to wmieszani. Ogólnie myślę, że Louis i Zen knują coś i podejrzewają, że trochę oszukujemy. Najgorsze, że Zaz powiedział o wszystkim mamie, tacie oraz młodemu. Zaprosili cię na kolację. Musimy dać z siebie wszystko. Nie ma opcji, że damy cokolwiek po sobie poznać. Rodzice zabiliby mnie albo chłopaków za to, że pomiędzy nami występują takie akcje. Zgadzasz się?-Cicho wyrecytowałam.
-Jasne, że tak.-Puścił do mnie oczko. Zdziwiłam się, że tak lekko to przyjął. Tylko się cieszyć. Ja natomiast przejmowałam się tym wieczorem.
-Dziękuję. Właściwie to dlaczego Tomlinson za nami łazi?-Ukradkiem zeskanowałam otoczenie.
-Sama powiedziałaś, że coś knują. Cały czas wypytuje mnie na nasz temat i tak dalej. Próbuje się czegoś dowiedzieć, ale jestem ostrożny nie ma się o co martwić.-Przycisnął mnie mocniej. Miałam wrażenie, że ta gra aktorska wcale mu nie przeszkadza. Jakby nie byłoby w tym nic sztucznego. Nagle usłyszałam dzwonek telefonu. Odebrałam.
-Tak?
-Córciu, Zayn właśnie zaproponował restaurację "Classic", co ty na to, aby to tam spotkać się z twoim chłopakiem?-Usłyszałam głos matki. Moje źrenice się rozszerzyły. Ten lokal należy do najbardziej eleganckich w mieście. Co oznacza garnitury, zdobne suknie. Jeszcze tego brakowało! Nie dość, że miejsce publiczne, gdzie zapewne będą znajomi rodziców, to jeszcze w tak sztywnej restauracji! Nienawidzę brata!-Vivien?-odezwała się ponownie.
-Yyy...Jestem jestem. Tak, może być.-zgodziłam się z wahaniem w głosie.
-Dobrze, to poinformuj Harold'a, że ma być gotowy na 20.00.-Rzuciła i się rozłączyła. Westchnęłam ciężko. Opadłam na pobliską ławkę.
-Co się stało?-Troskliwie zapytał Hazz. Uklęknął przede mną wpatrując się głęboko w me źrenice. Smutno zerknęłam na posturę lokatego.
-Zen stwierdził, że lepiej byłoby spotkać się z tobą dzisiaj w "Classic". Zrobił to specjalnie, bo wiedział, że tam najczęściej spotykają się przyjaciele rodziny, więc wszyscy zobaczą nas razem, aby jeszcze bardziej podkręcić temat.-Schowałam twarz w dłoniach. Niedługo po tym Styles ujął moje nadgarstki i znów odsłonił moją buzię.
-Dlaczego aż tak bardzo się tego boisz? Przecież to twój plan. Tak ma być. Jakby co to "zerwiemy", ale zostaniemy przyjaciółmi. Vivi, proszę cię. Nie denerwuj się tak.-Sama już nie wiedziałam, czy on udawał czy naprawdę się mną przejmował. Nie wyglądał na odgrywającego swoją rolę. Ucałował moje czoło. Ujął moją rękę, pociągnął w górę i ruszył.
-Może i masz rację. Ale ja zwyczajnie boję się konsekwencji.-Wypuściłam powietrze z płuc.
-One day my father told me: Son, don't slip it away...When you get older, your wild heart will live for younger days...He said, one day you'll live this world behind so live a life you will remember...These are the nights that never die...-zacytował słowa piosenki. Zachichotałam na to radośnie.
-Jesteś kochany, wiesz?-Nie mam pojęcia dlaczego, ale przy Harry'm nagle wzięło mnie na dziewczęcość. Wspięłam się na palce i podpierając się o jego ramię cmoknęłam polik zielonookiego.
-Wiem, ale tylko dla ciebie.-Zaśmiał się.
-Nie bardzo rozumiem.-Zmarszczyłam brwi lekko unosząc kąciki ust.
-Dla innych nie zawsze bywam...Miły.-rzekł.
-Dlaczego?-Zdziwiło mnie to. Wyglądał na przyjaznego chłopaka.
-Mam dość trudny charakter. W ogóle nie czuję się tutaj jak u siebie.-Już wcale nie entuzjastycznie powiedział.
-W Doncaster?-dopytałam.
-Nie. Nie chodzi o to miasto. Ogólnie czuję, że jestem inny niż reszta. Jakoś nie obchodzą mnie trendy, mody. Nie podążam za tłumem, nie lubię kiedy się mnie do czegoś zmusza. Zawsze mam własne zdanie. Tylko tyle, że nie wiem czy to dobre. Wtem wszyscy wydają mi się tacy monotonni, jak barany. Zachowujący się tak jak reszta świata tego chce. Nie żyją według własnych zasad, a tych ustalonych przez otoczenie. Traktuję, więc ich tak jak ich widzę. Nie uważam, że powinienem słodzić im za to, że są tacy jak 3/4 społeczności. Nie ciepię przebywać z takimi personami bez wyrazu uważającymi się za nie wiadomo kogo. Uważam, że różnię się od reszty. Wiem, że to głupie, ale..-Wyrecytował to pełen pasji. Wierzył w to co mówi. Jednak przy końcówce ton bruneta przybrał na niepewności.
-Nie. Wcale nie. To nie głupie.-Przerwałam mu bacznie obserwując twarz towarzysza.-Wiesz, że mam dokładnie tak samo. Odpycham ich, bo uważam, że przebywanie z nimi nie odda mi żadnej korzyści.-dodałam.
-Właśnie. Dlatego jestem dla ciebie taki, a nie inny. Wiem, że ty także jesteś wyjątkowa.-Ukazał mi swoje cudowne dołeczki. Odwzajemniłam gest. Wtuliłam się w jego rękę oplatając ją wolną kończyną, a drugą dłonią wzmocniłam uścisk. Spacerem obeszliśmy cały park. W pewnej chwili poczułam jakbym poważnie trwała w związku. Wpadłam na pomysł.
-Zabawię się z naszym ciekawskim Lou. Udawaj, że się do mnie dobierasz.-wyszeptałam. Puścił mi oczko. Doprowadził mnie do drzewa. Nagle przywarł mnie do niego i zaczął całować po szyi. Nie minęła sekunda, a Louis wkroczył z wielkim "Boom". Odepchnął ode mnie zielonookiego. Śmiałam się trzymając kolana. Tommo już chciał grozić Hazz'ie, ale zauważył moje rozbawienie.-Idiota.-parsknęłam chichocząc.
-Jesteście okropni.-Tomlinson rozejrzał się po naszych roześmianych twarzach.
-A ty wścibski. Po co nas śledzisz?-Skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej. Zbliżyłam  się do niebieskookiego.
-Daj mi spokój.-Zdenerwowany odwrócił się. Potężnym krokiem kroczył przed siebie. Nie wiedziałam o co chodzi. Pobiegłam za nim każąc zostać Styles'owi w miejscu.
-Dlaczego aż tak cię wkurzyłam?-zapytałam łapiąc go za ramię.
-Bo to nie miało być tak! Rozumiesz! Nie miało być tak!-Tym razem to on mocno zacisnął dłonie na moich barkach...Za mocno. Sparaliżował mnie ból. Krzyczał mi prosto w twarz. Nachylał się nad moją posturą z wściekłą miną. Bałam się go. W moich oczach samoistnie stanęły łzy. Nie miałam pojęcia czemu się tak zachowuje. Nie wierzyłam. Poczułam się taka bezbronna, mała, tycia. Nie poznawałam swojego "brata", to nie był on. Zwykle z natury stanowił dżentelmena. Nie wrzeszczał. Cała drżałam. Jego oczęta zaczęły powracać do swojego naturalnego błękitu. Chyba doszło do niego co zrobił. Znieruchomiał. Wtem pojawił się Harold. Odepchnął Loui'ego ode mnie. Stanął pomiędzy naszą dwójką tak jakby próbował przysłonić mnie sobą. W ślepiach Lou płonęło rozczarowanie, zawód, ale samym sobą. Odszedł ze spuszczoną głową. Nadal tkwiłam w bezruchu. Szok, kompletny.  Harry widząc moją reakcję mocno wtulił mnie w swój tors. Wszystko zaczęło się komplikować, a ja już nie wiedziałam co robić, jak to rozwiązać, zachować się. Po prostu nie miałam pomysłu na przyszłość...








Hej! Wybaczcie, że tak późno. Jestem z rozdziałem :)) Mam nadzieję, że się spodoba <3 Imagin dla Karoli się pisze ;) Jutro się pojawi :* Później zajmuję się Ewcią ;33
Teraz z innej beczki. Słyszeliście już o "Nowej aferze" pomiędzy Zen'em, NB oraz Louis'em? Mi brak słów. Jak można bronić kogoś kogo nie zna się tak długo, a nie bronić nas-fanów, tych którzy  zadbali o jego karierę? Tych którzy wspierali, trwali, kochali? Nie rozumiem. Tak samo stawiać "nowego kolegę" ponad kogoś kogo zna się od pięciu lat i nazywało się go bratem? Nie wiem co powiedzieć -.-.  Tak samo to "...Naszych fanów"- Louis <<3 (respect <3 lots of love) i to-"...Moich fanów..."-Zayn (nie rozumiem, czyli Zayn nie traktuje się jako członka 1D?). Przykro mi, cholernie mi przykro. Nie spodziewałam się tego po Malik'u. Naprawdę starałam się go wspierać, ale teraz już nie wiem co myśleć ;(...Piszcie jakie wasze opinie.
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

środa, 6 maja 2015

Imagin One Direction zamówienie

Czasami w życie szykuje dla nas niespodzianki. Momentami miłe, innymi razy nie. Mówią, że pieniądze i dobra materialne to czynnik rozwiązujący wszystkie problemy. Powszechnie uważa się to za nieskończone powodzenie. Lecz jak wszyscy wiemy każdy medal ma dwie strony. Wiele z was parsknie na te słowa. Dobrze. Udowodnię więc jak bardzo może posypać się życie. A najśmieszniejsze, że w ciągu doby. Jednej doby! A przecież niczego nie brakowało. Było wszystko co złote, wysadzane diamentami.
Znani na całym świecie. Opływali w majątek. Miliony ich kochały. Wydawali się nigdy nie zniknąć bez pamięci.-One Direction. Jednak tak się stało. Ze szczytu w przepaść, tak zdecydowanie można to określić. 
Chłopcy wracali z ostatniego koncertu kolejnej ze swych tras. Niby wszystko było w porządku. Mieli przesiadkę w jednym z Azjatyckich miast. Czekali na swój lot. Żartowali, śmiali się. Panował zmrok. Mało kto przemierzał wtedy lotnisko. Rozmawiali o plotkach jakie zostawały rozpuszczane na ich temat w tamtym okresie. Media uważały ich za nienawidzących swoich fanów gówniarzy napalonych na pieniądze. Oczywiście, że tak nie było! Kochali ich bardziej niż samych siebie. Zawdzięczali im wszystko co mieli. Te miliony serduszek dały im lepsze życie. Nie wiedzieli czy kiedykolwiek uda im się odwdzięczyć za to co directioners uczynili w ich sprawie. Tak samo fani uwielbiali boysband i również nie mieli pomysłu na jakikolwiek sposób odwdzięczenia się 1D za to co dla nich uczynili. Lecz prasa, to prasa. Rzadko zdarza się im być nieomylnym. Zespół zwyczajnie żartował z plotek. W pewnym momencie z ust Louis'a padło zdanie.
-Tak, macie racje. Nienawidzimy naszych fanów, to najbardziej bzdurni ludzie jacy mogą być. Nic dla nas nie znaczą...-Do tej chwili dziennikarz jaki nagrywał ich z ukrycia, kręcił filmik. Nie miał zamiaru czekać na ciąg dalszy. Przecież mu nie zależało na prawdzie, a na sensacji. Paparazzi uciekł, a Tomlinson kontynuował.-...Oni powinni się leczyć. Nie rozumieją jak bardzo kochamy naszych fanów, jak wiele dla nas znaczą. Niech obrażają nas, ale nie ich.-Poddenerwowany rzekł. Opadł na krzesło. Po kilku minutach cała piątka wsiadła na pokład. 
Niewiele czasu minęło. Godzina? Może dwie? Filmik poszedł w świat. Ludzie szybko dowiadywali się o "szczerości" Lou. Grupa wielbicieli One Direction malała z każdą chwilą. Kto przecież szalałby za kimś kto kompletnie tego nie szanuje? Nikt. Liam, Niall, Harry, Zayn oraz Louis jeszcze nic nie wiedzieli. Wysiedli z samolotu. Na lotnisku zazwyczaj czekały tłumy piszczących z podniecenia dziewczyn. Tym razem jednak było inaczej. Owszem pojawiły się tabuny, ale wrzeszczących ze złości wielbicieli. Wszyscy buczeli, wyzywali, starali się uszkodzić chłopaków. Żaden nie rozumiał o co chodzi. Pięć delikatnych serduszek cierpiało, mimo swojej niewinności. Dowiedzieli się. Załamali się. Nie mogli nic zrobić. Twitter, Facebook, Instagram i inne portale społecznościowe zapełniały się hejtem. Z każdą minutą robiło się coraz gorzej. Grupa rozbiła się na jednostki powracając do swoich domów.
Louis na wejściu spotkał się z kolejną niemiłą niespodzianką.
-El? Co to za walizki?-zapytał wskazując na torby znajdujące się w korytarzu.
-Z nami koniec. Nie mogę być z kimś kogo nienawidzi cały świat. Do NIE zobaczenia.-Opryskliwie powiedziała pojawiając się. Opuściła dom z hukiem. Niebieskooki ciężko opadł na sofę. Schował twarz w dłoniach. Świat się mu zawalił. Uważał, że nic gorszego już nie może się mu przytrafić.
Kolejny niefart złapał Zayn'a. Jadąc samochodem roztrzaskał się o drzewo ledwo uchodząc z życiem. Miał ogromne szczęście w nieszczęściu.
Następny w kolejce był Harry. Dom lokatego stanął w płomieniach dosłownie chwilę przed przyjazdem gospodarza.
U Liam'a także nie wesoło. Jego dom został okradziony. Cały jego dobytek szlak trafił. Do tego wandale zdemolowali całe wnętrze.
Niall załamał się kiedy usłyszał o śmierci swojego dziadka.
I tak to wszystko się potoczyło. Tacy szczęśliwi, a świat stanął naprzeciw im. Zabawne jak szybko można spać. Niepozorny jeden ruch może zadecydować o naszym losie. Fani odeszli, pieniądze zniknęły, wszystko poszło z dymem. Bogactwo ich ominęło. Za głupie żarty zapłacili najwyższą cenę. Stracili wszystko. Życie pięciu chłopaków z XFactor obróciło się przeciwko nim. A to tylko jedna doba. Tak życie zmienia tory.



Życie jest jak porcelanowa pozytywka. Co jakiś czas się otwiera grając swoją radosną melodyjkę, a po chwili się zamyka, aby rozległa się przygnębiająca cisza. Lecz czasami upada, rozbija się na miliony kawałeczków. Nie jest sztuką płakanie nad nią, a upadnięcie na kolana, pozbieranie tych drobinek i ułożenie ich w nowy wzór.
                                                           Julia xx





Hejka! Oto taki sobie imagin na zamówienie <3 Kochana, mam nadzieję, że nie schrzaniłam aż tak bardzo. Starałam się, ale jakoś brak mi weny >< Denerwuje mnie to -.- 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

wtorek, 5 maja 2015

Surprise :o

Hejka!
Wiem, że mnie dzisiaj nie było, ale MEGA zapieprz, no mówię wam. Przepraszam. Przez jakiś czas tak będzie, bo muszę trochę nadrabiać na lepsze oceny ;) Po za tym treningi, no i ogólnie jest ciepło, więc trzeba korzystać. Dobra, nie przynudzam.
Ogólnie post ten ma na celu bardzo, ale to bardzo wam podziękować za wczorajsze  580 WEJŚĆ! Dziękuję <3 Oby tak dalej ;)) Jesteście najlepsi :3
Co do imaginów, to zamówienia się piszą, ale trzeba wiecie trochę poczekać ;)
Mam nadzieję, że nie będą państwo źli ;**
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH  :*

poniedziałek, 4 maja 2015

Imagin Louis

Spokojnie wracałam do domu moim czarnym BMWx6. Przemierzałam krętą drogę lasu w egipskich ciemnościach. Nareszcie dotarłam do mojego domu, jaki znajdował się w lesie. Wjechałam autem do garażu. Rzuciłam torbę na sofę. Otworzyłam lodówkę i wyjęłam buteleczkę wody mineralnej. Upiłam łyk orzeźwiającej cieczy. Nagle rozbrzmiał sygnał telefonu domowego. Odebrałam. W słuchawce rozbrzmiewała tylko i wyłącznie cisza. Wzruszyłam ramionami oddalając się od urządzenia. Jednak głuchość w słuchawce powtórzyła się kilka razy. Przyznam, że się bałam. To przerażające uczucie. Znów ten hałas. Podniosłam słuchawkę po raz kolejny.
-Już jestem.-Męski nieznany mi głos wyszeptał. Urządzenie wypadło mi z dłoni. Przełknęłam głośno ślinę. Cofnęłam się kilka kroków. Ze łzami w oczach rozglądałam się nie poruszając głową. Nagle na mojej głowie znalazł się worek. Piszczałam, kopałam. Napastnik krępując moje ręce podniósł mnie i wyniósł z budynku. Na nic moje miotanie, był silniejszy. Wiedziałam na pewno, iż to mężczyzna. Jego postura zdradzała wszystko. Wsadził mnie do bagażnika. Wręcz się dusiłam. Po jakiejś godzinie auto się zatrzymało. Porywacz otworzył drzwiczki bagażnika. Byłam na to przygotowana. W czasie jazdy zdjęłam worek. Z całej siły, z zaskoczenia, wypchnęłam nogę przed siebie trafiając w męski czuły punkt. Korzystając z okazji wyskoczyłam na ścieżkę i rozbiegłam się. Ocierając łzy mknęłam pomiędzy drzewami w kompletnym mroku. Nie miałam pojęcia gdzie jestem. Najwyraźniej las znajdował się na jakimś wzgórzu. Starałam się wdrapać się jak najwyżej, aby zauważyć jakieś drogi ucieczki. Mężczyzna nawet nie próbował za mną gonić. Spostrzegłam światła miasta. Dowiózł mnie aż pod Nowy Jork. Kompletnie nie rozumiałam z jakiego powodu zostałam pojmana. Jak najszybciej przebierając nogami ruszyłam w kierunku oświetlonej cywilizacji. Dotarłam na nieprzyjemną ulicę miasta. Dreptałam drżąc i rozglądając się za jakimś normalnym człowiekiem. Wokół sami napakowani mężczyźni z brodami, łańcuchami, skórzanymi kurtkami. Bałam się jak nigdy. Jesienna pogoda przyprawiała mnie o chłód na nieokrytych niczym ramionach. Cała skostniałam. Zapewne wyglądałam jak psychopatka. Trzęsąca się, z potarganymi włosami oraz ubraniami, prawie że biegnąca. Gubiłam się. Pragnęłam uciec. Wrócić do swojego mieszkania. Nagle wpadłam na czyjąś posturę. Osoba, której nie sięgałam nawet do ramion odwróciła się do mnie przodem. Zacisnęłam powieki.
-Proszę, tylko nie rób mi krzywdy. To było niechcący, przepraszam.-wydusiłam strachliwie.
-Ej, ej. Spokojnie.-Usłyszałam zatroskany głos. Otworzyłam oczy, podniosłam głowę. Ujrzałam bruneta o ciemnych oczach. Złapał mnie za łokcie.-Nic ci nie zrobię. Dlaczego sama jesteś tu tak późno i to jeszcze tak rozebrana?-zapytał pełen troski. Zachowywał się jakby mnie znał.
-Porwano mnie, ale uciekłam. Mieszkam sto kilometrów stąd i nie mam ze sobą nic. Boję się.-wydukałam w oszołomieniu po tym co mnie spotkało. Normalnie w życiu nie opowiedziałabym obcej osobie o samej sobie, lecz wtedy władały we mnie emocje jakich nie kontrolowałam. Nie dochodziło do mnie jakimi informacjami się dzieliłam. Chłopak spojrzał na mnie litościwie.
-Jak masz na imię?-odezwał się spokojnie.
-(T.I).-odpowiedziałam wibrującym tonem.
-(T.I) musisz mi zaufać. Dobrze?-Pokiwałam głową na tak.-Jestem Liam i zabiorę cię do mojego domu. Jutro odwiozę cię do ciebie. Zgadzasz się?-Czułam, że stara się mówić jak najdelikatniej. Wydawało się jakby obawiał się skrzywdzenia mnie zwykłą propozycją. Niepewnie skinęłam głową. Być może to moje odcięcie od rzeczywistości, być może przyjemy sposób mówienia ciemnookiego. Tak czy tak, wyraziłam zgodę na pomoc. Pomógł mi włożyć swoją kurtkę, a sam został w swetrze. Kilka uliczek dalej, na obrzeżach Nowego Jorku znajdował się piękny dom. Z ciągłym strachem w oczach zmierzyłam budowlę wzrokiem. Li wprowadził mnie do środka. Zdjęłam buty oraz okrycie ramion. Za jego pozwoleniem wkroczyłam do salonu. Poruszałam się ostrożnie. Powoli zaczęłam wracać do siebie, więc moja naturalna nieufność zaczęła wpajać się na nowo. Usiadłam na sofie skanując wnętrze z uwagą. Wybawca podał mi kubek z ciepłą herbatą. Z czasem lekkiej rozmowy nieco się rozluźniłam. Nadal pozostawałam w podświadomym szoku tego, iż ktoś próbował mnie porwać i zrobić krzywdę. Wciąż po głowie chodziły mi myśli związane z tamtym wydarzeniem. W pewnym sensie uwierzyłam, że Liam nie ma złych zamiarów w stosunku do mnie. Nagle rozległ się dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi. W pomieszczeniu pojawił się równie wysoki co Li brunet o niebieskich ślepiach. Na jego twarzy pojawiło się lekkie zdziwienie moją obecnością, a po chwili już uśmieszek.
-(T.I) to mój brat, Louis. Lou, to (T.I) moja znajoma.-Chociaż ciemnooki starał się być jak najbardziej dyskretny to i tak czułam w jego głosie jak sugeruje Loui'emu, aby ten zachowywał się poprawnie. Cokolwiek to znaczy. Przybyły chłopak nie przestawał na mnie patrzeć. Uścisnął delikatnie moją dłoń i zajął miejsce obok. Jego przystojność przysłoniła mi złe wspomnienia sprzed kilkudziesięciu minut. Skupiłam się tylko na nim. Konwersacja kompletnie mnie pochłonęła. Zupełnie wróciłam do świata żywych. Za sobą miałam już pojmanie. Nie wiadomo kiedy Liam poszedł spać. Wcale nie zauważyłam kiedy zniknął. Z Louis'em łączyło mnie więcej wspólnych zainteresowań, hobby, poglądów. Do tego oboje wybieraliśmy się na tą samą uczelnię od nowego roku! Dochodziła druga w nocy. Zdecydowaliśmy się położyć.
-Zaraz przyniosę ci coś mojego.-powiedział. Oboje wstaliśmy. Chyba dopiero w tamtym momencie zauważył jaka różnica wzrostu nas dzieli. Zaśmiał się kompletnie spuszczając głowę, podczas kiedy ja zadzierałam ją przyprawiając się o ból karku.-No nie wiem maluszku czy nie będzie za krótka.-zadrwił ze mnie.
-To nie było miłe.-Założyłam ręce na klatkę piersiową.
-Przepraszam.-Nadal chichocząc wydukał. Dotarliśmy na górę. Wręczył mi koszulkę i spodnie dresowe. Wzięłam szybki prysznic. Ubrałam to co mi dał.T-shirt sięgał mi do kolan, więc nawet nie trudziłam się o założenie dołu. Opuściłam toaletę. Znalazłam się w długim korytarzu. Delikatnie zapukałam do ostatnich drzwi po prawej.
-Proszę.-Usłyszałam. Niepewnie uchyliłam barierę drzewną wychylając się zza niej. Wrota ponownie bezszelestnie spotkały się z framugą.-Słucham.-odezwał się, kiedy z wlepionym w podłogę spojrzeniem bawiłam się palcami.
-Ymm...Znaczy...-jąkałam się. Zwyczajnie nie do końca byłam pewna czy mogę poprosić o coś takiego.-Ja chciałam...Bo ja wiem, że znamy się kilka godzin, ale...Mogę z tobą spać?-Po długich plątaninach słownych wykrztusiłam to co chciałam.
-Jasne.-Zaskoczył mnie swoją odpowiedzią. Nie pytał, nie próbował się dowiedzieć dlaczego tego chcę. Posłał mi szeroki uśmiech. Przesunął się na materacu i odchylił kołdrę abym mogła położyć się obok. Tak uczyniłam.
-Przepraszam, strasznie mi wstyd, że wpycham ci się tutaj.-rzekłam.-Obawiam się spania samotnie.-dodałam.
-Obiecuję, że już nigdy nie będziesz musiała się bać.-wyszeptał. Przy Loui'm było mi ciepło, miło, a przede wszystkim miałam poczucie bezpieczeństwa.
Dotrzymał obietnicy. Kto by pomyślał, że porwanie może doprowadzić mnie do mojego męża, któremu urodzę trójkę dzieci i będę szczęśliwa? Ja na pewno nie. Zło czasami też do czegoś prowadzi, zaufajcie ;)



Hejoł! Oto taki sobie imagin. Wpadłam na niego z pewnego powodu i tak się prawie że sam napisał. Nie uważam go za nie wiadomo jak udany, ale chyba nie ma aż takiej tragedii.
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

sobota, 2 maja 2015

Little Sweet Angel 61

Nagle pojawili się Luke z Calum'em. Jak przez mgłę pamiętam co do mnie mówili i jak wyglądało przywitanie. Wiem tylko, że właśnie wychodziliśmy, aby spotkała Harold'a, kiedy zakręciło mi się w głowie i ciemność stanęła mi przed oczami...
***
*Oczami Harry'ego
Leżałem i rozmyślałem, to tyle. Nagle rozległo się potęrzne walenie do drzwi pokoju. 
-Harry! Kurwa! Otwieraj!-Kompletnie nie reagowałem na wołania przyjaciela. Od dłuższego czasu tak było. Ignorowałem każdego kto próbował się do mnie dostać. Wolałem pogrążać się w rozpaczy samotnie. Na nic mi ich pocieszenia. Tak naprawdę nic nie znaczą. Sam diabeł nie byłby w stanie przekonać mnie do opuszczenia sypialni. Istniała tylko jedna taka osoba.-Harry! Michell leży w szpitalu!-Te słowa odbiły się w mojej głowie echem. Natychmiast się rozbudziłem. Jak opętany zerwałem się z łóżka. Otworzyłem.
-Co się stało?!-Lament bił z mojego krzyku.
-Uspokój się. Nie powiem ci nic dopóki się nixe ogarniesz. Weź prysznic, zmień ubranie. Nie możesz tak wyjść z domu. Nartchmiast i nie dyskutuj, tylko stracisz masę cennego czasu.-Jak z automatu wyrecytował. Widziałem jego przejęcie w oczach. Wiedziałem, że jest poważnie. Jak najszybciej wykonałem nakaz Lou. Zdawałem sobie sprawę, że nie mam co walczyć, miał rację-i tak musiałbym się poddać. Wsiadłem do samochodu Tommo. Nie chciał mi nic powiedzieć. Wparowałem do szpitala. Na korytarzu spotkałem cała paczkę. Nie zwróciłem na nikogo uwagi. Pamiętam, że chłopaki zatrzymyali mnie wspólnie, lecz ostatenicze to ja osiągnąłem zwycięstwo. Wszedłem do sali. Najpierw usłyszałem pikanie maszyn podłączonych do jedynej osoby leżącej na sali. Zbliżyłem się do łóżka ze łzami w oczach. Nareszcie moje oczy spotkały porcelanową posturę ukochanej. Jej twarz była nad wyraz blada. Kości policzkowe wystawały ponad miarę. Wydawała się mieć sine powieki. Jej chuda rączka ukazywała prawie każdą żyłkę. Przez kołdrę widać było jak wyszczuplała. Wyglądała jak duch, ale taki piękny. Nigdy nie widziałem jej w gorszym stanie, a mimo to nie potrafiłem wyobrazić sobie piękniejszej. W swoim kompletnym zmarnowaniu i tak stanowiła dla mie wzór anioła. Tak wiele dni jej nie widziałem. Po raz pierwszy nabrałem powietrza, zdobyłem tlen. Poczułem głebszy żal wypełniający całego mnie, a równocześnie taką euforię ujrznia najważniejszej osoby na świecie. Brakowało mi mojej kruszynki. Nie pragnąłem niczego tak bardzo jak jej, chociaż wtedy nie przypomniała siebie. Płacz wdał mi się w nawyk. Usiadłem na stołku obok. Ująłem jej dłoń tak delikatnie jakbym bał się o jej całość. Obserwując jej akcję życiową zwaną oddechem przekonałem się jak bardzo ją kocham. Kompletnie nie przeszkadzały mi rurki podłaczone do jej twarzy, ciała. Może i wadziły, ale w trosce. Jeżeli chodzi o uczucie jakim darzyłem Michi, to tylko je wzmacniało. Próbowałem się uspokoić. Nie stanowiło to rzeczy łatwej. bałem się jak nigdy o jej zdrowie oraz życie. Oglądając każdą trwałą pozostałość po jej depresji zachowaną na rękach, przypominałem sobie każdą chwilę spędzoną z nią. Uśmieszek zagościł na mojej twarzy wracając do momentów naszych początków. Później załamanie wróciło. Nie rozumiałem sam siebie. Tego jak mogłem ją uderzyć, wypaplać takie głupstwa, jakie nijak imały się do mych rzeczywistych poglądów. Żałowałem tego całym sobą.
-Przepraszam. Aniołku. Przepraszam.-wyszeptałem łamiącym się tonem. Mógłbym tak bez przerwy wpatrywać się w Chelly jak w obrazek. Jednak do pomieszczenia wkroczył lekarz i wyprosił mnie. Posłusznie opuściłem Mich, wcześniej muskając jej dłoń ustami. Bezsilnie skierowałem się na korytarz. Tam czekali na mnie wszyscy. Miałem wrażenie jak nie widziałbym ich całe lata. Przeleciałem oczami po ich twarzach i opadłem na plastikowe krzesełko. 
-Opowiedzcie mi wszystko.-odezwałem się bez emocji. 
-Michell jest osłabiona. Nie jadła od...Tamtego wydarzenia. Zemdlała i jeszcze się nie obudziła. Karmią ją kroplówką, próbują jakoś zregenerować. Stres wywołany wyjazdem, pracą, waszymi sprawami, przytłoczył Miśkę. Najzwyczajniej w świecie znów zaczęła popadać w chorobę.-Właściwie to wszyscy po kolei uzupełniali tą wypowiedź. Schowałem twarz w dłoniach. 
-Mało tego, że ją uderzyłem, nakrzyczałem, wyżyłem się, w ogóle tego nie pamiętając. To jeszcze doprowadziłem ją do powrotu do anoreksji. Nienawidzę siebie! Jestem nic nie wartym śmieciem! Zwykłym pojebańcem! Nie zasługuję na Michell! Nie zasługuję, aby żyć! Michi nigdy mi nie wybaczy!-Demolując cały korytarz wrzeszczałem. Luke, Calum, Louis oraz Liam z Zayn'em próbowali wspólnie mnie uspokoić. Nie przestawałem. Zachowywałem się ja w psychiatryku. Miotałem się na wszystkie strony. 
-A ja cię kocham. Nie jesteś ani śmieciem ani pojebańcem. Jesteś moim aniołkiem, moim małym słodkim aniołkiem. Zasługujesz na mnie bardziej niż ja na ciebie. Zasługujesz, aby żyć, bo ja oddałabym ten przywilej dla ciebie. I nie wybaczę...Ja już dawno wybaczyłam.-Wszystkie pary oczu skierowały się na osłabioną posturę mojej ukochanej ledwo trzymającej się na nogach. Zaciskała pięść na metalowym stojaku jaki podtrzymywał kroplówkę. Nie wierzyłem. Ekipa puściła mnie wolno. Powoli postawiłem kilka kroków w kierunku niebieskookiej. Skanowałem każdy cal jej ślicznej zmarnowanej twarzyczki. Najdelikatniej jak umiałem założyłem kosmyk jej włosów za ucho. Dzieliły nas milimetry. 
-Tak bardzo mi ciebie brakowało. Przepraszam. Wybacz, że sprawiłem ci tyle bólu. Obiecuję, że już nigdy...-dukałem płacząc. Jeździłem kciukiem po jej policzku. Oboje nie szczędziliśmy łez oraz lekkiego uśmiechu.
-Wiem.-przerwała mi. Mocno się we mnie wtuliła. Jakby wkładała w to swoją całą się. Trzymałem w objęciach mój cały świat. Nie chciałem jej puszczać, już nigdy. Nic poza nami nie istniało. My przeciwko innym. Tęskniłem za obecnością Misi tak bardzo, że zapomniałem jak wspaniałym uczuciem jest kiedy kładzie głowę na moim ramieniu wtulając się we mnie. Gdy splata palce na moich plecach. Kiedy przymyka oczy rozkoszując się tą chwilą. Jak mogę złożyć całus na czubku jej głowy.-Kocham cię.-wyszeptała słabo. Wydawało mi się, że z każdą sekundą jej uścisk traci na sile bardzo drastycznie.
-Kocham cię. Już nigdy cię nie opuszczę.-Równie cicho odpowiedziałem.
-I to mi wystarczy...-Tylko tyle wydukała. Podtrzymałem ją, gdy znów straciła grunt pod nogami tracąc przytomność. Me dopiero co posklejane serduszko zatrzymało się na moment...






Witam! Udało się! :D Hura! Napisałam! Mam nadzieję, że się spodoba ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

piątek, 1 maja 2015

Hatin' Syndrome 13

 Przemknęłam do siebie. Harry leżał na moim łóżku stukając w ekran komórki. Brak koszulki na torsie chłopaka przyprawił mnie o przyjemne dreszcze. Odłożyłam swoje rzeczy gdzieś na bok.-Styles?-Zerknął na mnie.
-Tak?-Aż mi kolana zmiękły kiedy skupiał na mnie całą uwagę.
-Ymm...Dlaczego nie założyłeś top'u?-Nieśmiało wydukałam.
-Nie lubię.  Przeszkadza ci to?-Wyszczerzył te swoje białe perełki.
-Nie skądże.-Machnęłam ręką.-Posłuchamy muzyki?-zaproponowałam. 
-Okej.-odpowiedział. Włączyłam pierwszy lepszy utwór. Po północy zasnęliśmy obok siebie. Jak spokojnie zasnęłam, tak niekomfortowo się obudziłam...
***
-Dzieci! Jesteśmy!-Z dołu było słychać głos mojego taty. Automatycznie się rozbudziłam. Podniosłam się jak najszybciej. Rzuciłam w Harry'ego poduszką. Ocknął się.
-Co jest?-Niemrawo zapytał.
-Wstawaj.-Wyciągnęłam go z łóżka i wcisnęłam jego ubrania.-Rodzice wrócili dwa dni wcześniej. Jak cię tu zobaczą to koniec. Mogę pożegnać się z życiem.-Mówiąc otworzyłam okno. Wystawiłam zielonookiego na dach.
-Mam później przyjść?-zapytał. Kroki zbliżały się.
-Napiszę ci wszystko, ale idź. Proszę.-Zasunęłam szybę. Rzuciłam się pod kołdrę. W tej samej sekundzie do pomieszczenia wkroczył tata oraz mama.
-Witaj córeczko.-Udawałam zaspaną podnosząc się.
-Hej.-wymruczałam "zaspana" z uśmieszkiem.
-Wróciliśmy wcześniej.-Uradowani, nie wiadomo z jakiego powodu, rzekli.-Dobra, śpij sobie.-Wyszli. Opadłam ciężko na materac z westchnięciem. Zwlekłam się przecierając twarz dłońmi. Szurając nogami trafiłam do swojej łazienki. Wzięłam prysznic. Wysuszyłam włosy i związałam w kucyk. Ubrałam jeasny z dziurami oraz kurtkę z tego samego materiału, białą koszulkę, Converse pod kolor. Do kompletu dodałam kilka bransoletek oraz wisorek. Zeszłam ma dół. Przy stole w kuchni siedzieli moi bracia i ojciec. Mamuśka krzątała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu jakiegoś składnika do chleba, jaki piekła każdego poranka. Przywitałam przybyłych członków rodziny i zajęłam swoje miejsce. Mulat wręcz mordował mnie wzrokiem.
-Jak tam było pod naszą nieobecność? Bardzo szaleliście? Coś się zmieniło?-Wyskoczyła kobieta. Zayn uśmiechnął się złowieszczo. Już byłam pewna co ma zamiar uczynić.
-Właściwie to tak. Nasza Vivien na chłopaka.-Wtem cała rodzina zatrzymała się i zwróciła wzrok na mnie.
-Vivi?-Ojciec się zdziwił.-Opowiedz coś o nim.-Bardziej nakazał niż poprosił. Rzuciłam starszemu bratu mordercze spojrzenie. Aż się we mnie gotowało.
-Ma na imię Harry. Koleguje się z Zen'em i Lou. Chodzi ze mną do klasy. Jesteśmy razem od wczoraj.-Nie spuszczając uwagi z Zazy wyrecytowałam przez zęby.
-Poznamy go?-odezwała się mama.
-Yyy...-Już miałam się wykręcić, ale oczywiście nie było mi to dane.
-Zaprosiła go dzisiaj na kolację.-Wtrącił się Zayn.
-Świetnie!-Ucieszyła się matka.
-Tak. Doskonale.-wycedziłam.-Pójdę po sok do spiżarni. Zen, pomożesz mi.-Pociągnęłam go za rękę. Wparowałam do składziku.-Ty idioto!-szeptem się "wydarłam".
-Ale o co ci chodzi?-Założył ręce na klatkę piersiową. Zrozumiałam, że on nie wie o tym, iż go oszukuję, a właściwie to mszczę.-Coś nie tak? Przecież go "kochasz". Wstydzisz się Harry'ego? Co może jednak nie jest wcale taki ważny co?-Jak typowy przemądrzalec przedstawił kilka pytań. Trochę się zestresowałam, gdyż już wiedziałam o jego domysłach. Byłam pewna, iż muszę je rozwiać jak najszybciej, aby nie przegrać no i nie wyjść na skończoną idiotkę.
-Nie. Dlaczego miałabym udawać albo wstydzić się swojego chłopaka? Po prostu sama chciałam im wszystko oznajmić.-Szczęście, że kłamstwo nigdy nie sprawiało mi problemu, więc zagrałam to tak jakby była to prawda.
-Jasne.-parsknął. Złapał za sok. Opuścił mnie. Z westchnięciem ruszyłam za nim. Oczywiście rodzinka przeprowadziła ze mną wywiad na temat Hazz'y, jakże by inaczej. Po śniadaniu natychmiast ruszyłam do siebie. Złapałam za komórkę:
Do Harry: Hej. Słuchaj. Wrócili wcześniej. Oczywiście, ten debil-mój brat wygadał im o tobie. Jesteś zaproszony na kolację. Zayn snuje jakieś teorie na temat naszego "związku". Czuję, że coś knuje. Musimy być dzisiaj w stu procentach wiarygodni. Spotkajmy się za dwadzieścia mimut w parku. Błagam.
Rozpisałam się. Miałam obawy co do reakcji zielonookiego na przedstawione informacje. Sama nie jestem pewna z jakiego to powodu.
Nie musiałam długo czekać na odpowiedź.
Od Harry: Okej, będę. Do zobaczenia przy stawku ;*.
Zamurowało mnie. Nie tego się spodziewałam, ale w sumie to lepiej. Przez ramię przewiesiłam sobie czarną torbę, do której wcześniej zapakowałam kilka potrzebnych do użytku rzeczy.
-Wychodzę!-rzuciłam opuszczając dom. Po dziesięciu minutach stawiłam się na miejscu. Po kilku kolejnych zauważyłam sylwetkę lokatego zbliżającą się ku mnie. Podszedł i ucałował mój polik. Do tego utknęłam w jego objęciach. Robił to tak czule jakbyśmy rzeczywiście stanowili parę.
-Tomlinson przyszedł za mną.-szepnął mi na ucho. Kiwnęłam głową w geście zrozumienia.
-Cześć skarbie.-powiedziałam głośno tak aby wsztscy dookoła słyszeli. Harold złapał mnie za rękę i zaczął spacer. Czułam się dziwnie. Jakbym postępowała bardzo źle robiąc to w ramach zemsty. Szczerze to nie miałabym nic przeciwko gdybyśmy nie grali miłości...






Hejka! Wybaczcie moje miśki kochane, że mnie nie ma, ale porwali mi kompa i piszę na tefonie, przy okazji przepraszam za wszelkie błedy, więc długo mi schodzi. Wracam w poniedziałek już tak na powerze. Mam nadzieję, że jutro coś dodam, ale nie obiecuję, także że to u góry się spodoba ;) Jakie macie przeczucia co do dalszego ciągu? Piszcie ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*