Nagle pojawili się Luke z Calum'em. Jak przez mgłę pamiętam co do mnie mówili i jak wyglądało przywitanie. Wiem tylko, że właśnie wychodziliśmy, aby spotkała Harold'a, kiedy zakręciło mi się w głowie i ciemność stanęła mi przed oczami...
***
*Oczami Harry'ego
Leżałem i rozmyślałem, to tyle. Nagle rozległo się potęrzne walenie do drzwi pokoju.
-Harry! Kurwa! Otwieraj!-Kompletnie nie reagowałem na wołania przyjaciela. Od dłuższego czasu tak było. Ignorowałem każdego kto próbował się do mnie dostać. Wolałem pogrążać się w rozpaczy samotnie. Na nic mi ich pocieszenia. Tak naprawdę nic nie znaczą. Sam diabeł nie byłby w stanie przekonać mnie do opuszczenia sypialni. Istniała tylko jedna taka osoba.-Harry! Michell leży w szpitalu!-Te słowa odbiły się w mojej głowie echem. Natychmiast się rozbudziłem. Jak opętany zerwałem się z łóżka. Otworzyłem.
-Co się stało?!-Lament bił z mojego krzyku.
-Uspokój się. Nie powiem ci nic dopóki się nixe ogarniesz. Weź prysznic, zmień ubranie. Nie możesz tak wyjść z domu. Nartchmiast i nie dyskutuj, tylko stracisz masę cennego czasu.-Jak z automatu wyrecytował. Widziałem jego przejęcie w oczach. Wiedziałem, że jest poważnie. Jak najszybciej wykonałem nakaz Lou. Zdawałem sobie sprawę, że nie mam co walczyć, miał rację-i tak musiałbym się poddać. Wsiadłem do samochodu Tommo. Nie chciał mi nic powiedzieć. Wparowałem do szpitala. Na korytarzu spotkałem cała paczkę. Nie zwróciłem na nikogo uwagi. Pamiętam, że chłopaki zatrzymyali mnie wspólnie, lecz ostatenicze to ja osiągnąłem zwycięstwo. Wszedłem do sali. Najpierw usłyszałem pikanie maszyn podłączonych do jedynej osoby leżącej na sali. Zbliżyłem się do łóżka ze łzami w oczach. Nareszcie moje oczy spotkały porcelanową posturę ukochanej. Jej twarz była nad wyraz blada. Kości policzkowe wystawały ponad miarę. Wydawała się mieć sine powieki. Jej chuda rączka ukazywała prawie każdą żyłkę. Przez kołdrę widać było jak wyszczuplała. Wyglądała jak duch, ale taki piękny. Nigdy nie widziałem jej w gorszym stanie, a mimo to nie potrafiłem wyobrazić sobie piękniejszej. W swoim kompletnym zmarnowaniu i tak stanowiła dla mie wzór anioła. Tak wiele dni jej nie widziałem. Po raz pierwszy nabrałem powietrza, zdobyłem tlen. Poczułem głebszy żal wypełniający całego mnie, a równocześnie taką euforię ujrznia najważniejszej osoby na świecie. Brakowało mi mojej kruszynki. Nie pragnąłem niczego tak bardzo jak jej, chociaż wtedy nie przypomniała siebie. Płacz wdał mi się w nawyk. Usiadłem na stołku obok. Ująłem jej dłoń tak delikatnie jakbym bał się o jej całość. Obserwując jej akcję życiową zwaną oddechem przekonałem się jak bardzo ją kocham. Kompletnie nie przeszkadzały mi rurki podłaczone do jej twarzy, ciała. Może i wadziły, ale w trosce. Jeżeli chodzi o uczucie jakim darzyłem Michi, to tylko je wzmacniało. Próbowałem się uspokoić. Nie stanowiło to rzeczy łatwej. bałem się jak nigdy o jej zdrowie oraz życie. Oglądając każdą trwałą pozostałość po jej depresji zachowaną na rękach, przypominałem sobie każdą chwilę spędzoną z nią. Uśmieszek zagościł na mojej twarzy wracając do momentów naszych początków. Później załamanie wróciło. Nie rozumiałem sam siebie. Tego jak mogłem ją uderzyć, wypaplać takie głupstwa, jakie nijak imały się do mych rzeczywistych poglądów. Żałowałem tego całym sobą.
-Przepraszam. Aniołku. Przepraszam.-wyszeptałem łamiącym się tonem. Mógłbym tak bez przerwy wpatrywać się w Chelly jak w obrazek. Jednak do pomieszczenia wkroczył lekarz i wyprosił mnie. Posłusznie opuściłem Mich, wcześniej muskając jej dłoń ustami. Bezsilnie skierowałem się na korytarz. Tam czekali na mnie wszyscy. Miałem wrażenie jak nie widziałbym ich całe lata. Przeleciałem oczami po ich twarzach i opadłem na plastikowe krzesełko.
-Opowiedzcie mi wszystko.-odezwałem się bez emocji.
-Michell jest osłabiona. Nie jadła od...Tamtego wydarzenia. Zemdlała i jeszcze się nie obudziła. Karmią ją kroplówką, próbują jakoś zregenerować. Stres wywołany wyjazdem, pracą, waszymi sprawami, przytłoczył Miśkę. Najzwyczajniej w świecie znów zaczęła popadać w chorobę.-Właściwie to wszyscy po kolei uzupełniali tą wypowiedź. Schowałem twarz w dłoniach.
-Mało tego, że ją uderzyłem, nakrzyczałem, wyżyłem się, w ogóle tego nie pamiętając. To jeszcze doprowadziłem ją do powrotu do anoreksji. Nienawidzę siebie! Jestem nic nie wartym śmieciem! Zwykłym pojebańcem! Nie zasługuję na Michell! Nie zasługuję, aby żyć! Michi nigdy mi nie wybaczy!-Demolując cały korytarz wrzeszczałem. Luke, Calum, Louis oraz Liam z Zayn'em próbowali wspólnie mnie uspokoić. Nie przestawałem. Zachowywałem się ja w psychiatryku. Miotałem się na wszystkie strony.
-A ja cię kocham. Nie jesteś ani śmieciem ani pojebańcem. Jesteś moim aniołkiem, moim małym słodkim aniołkiem. Zasługujesz na mnie bardziej niż ja na ciebie. Zasługujesz, aby żyć, bo ja oddałabym ten przywilej dla ciebie. I nie wybaczę...Ja już dawno wybaczyłam.-Wszystkie pary oczu skierowały się na osłabioną posturę mojej ukochanej ledwo trzymającej się na nogach. Zaciskała pięść na metalowym stojaku jaki podtrzymywał kroplówkę. Nie wierzyłem. Ekipa puściła mnie wolno. Powoli postawiłem kilka kroków w kierunku niebieskookiej. Skanowałem każdy cal jej ślicznej zmarnowanej twarzyczki. Najdelikatniej jak umiałem założyłem kosmyk jej włosów za ucho. Dzieliły nas milimetry.
-Tak bardzo mi ciebie brakowało. Przepraszam. Wybacz, że sprawiłem ci tyle bólu. Obiecuję, że już nigdy...-dukałem płacząc. Jeździłem kciukiem po jej policzku. Oboje nie szczędziliśmy łez oraz lekkiego uśmiechu.
-Wiem.-przerwała mi. Mocno się we mnie wtuliła. Jakby wkładała w to swoją całą się. Trzymałem w objęciach mój cały świat. Nie chciałem jej puszczać, już nigdy. Nic poza nami nie istniało. My przeciwko innym. Tęskniłem za obecnością Misi tak bardzo, że zapomniałem jak wspaniałym uczuciem jest kiedy kładzie głowę na moim ramieniu wtulając się we mnie. Gdy splata palce na moich plecach. Kiedy przymyka oczy rozkoszując się tą chwilą. Jak mogę złożyć całus na czubku jej głowy.-Kocham cię.-wyszeptała słabo. Wydawało mi się, że z każdą sekundą jej uścisk traci na sile bardzo drastycznie.
-Kocham cię. Już nigdy cię nie opuszczę.-Równie cicho odpowiedziałem.
-I to mi wystarczy...-Tylko tyle wydukała. Podtrzymałem ją, gdy znów straciła grunt pod nogami tracąc przytomność. Me dopiero co posklejane serduszko zatrzymało się na moment...
Witam! Udało się! :D Hura! Napisałam! Mam nadzieję, że się spodoba ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*
NIE MÓW, ŻE TERAZ UMRZE!
OdpowiedzUsuńOna musi żyć, proszę. :(((
Nie powiem nic, jak sobie życzysz ;x
UsuńZobaczymy.
Całuski xx
O Boże
OdpowiedzUsuńO Boże, Boże, Boże!
Ona musi żyć i nie może być inaczej!
To taki emocjonujący rozdział!
Cudo
Czekam na nexta
Heuheu ;3
UsuńDziękuję ♡♥♡
Jesteś Najukochańsza ;*
Całuski xx
Hej,twój imagin już jest!
UsuńMam nadziejej,że ci się choć trochę spodoba