sobota, 28 listopada 2015

Uinhabited 13

- Wchodzisz? - zapytał rozradowany.
- Harry, bo ja chyba ... - zawstydzona dukałam, modląc się w duchu o pomoc. Nie mogłam wykrztusić słowa. Przypuszczałam, że nie skończy się to dobrze ...
***
- ... ja nie dam rady - jęknęłam. Zakłopotana spuściłam głowę. Słyszałam jak chłopak wychodzi z wody. Po krótkiej chwili znalazł się zaraz naprzeciw mnie.
- Spójrz na mnie - delikatnym głosem odezwał się.  Wypełniłam prośbę zielonookiego, przełykając głośno ślinę. Patrzał na mnie wzrokiem, którego nie da opisać się słowami. W ślepiach Styles' a zauważyłam troskę, ale także surowość. Ciężko było określić co dokładnie zamierza. - Ufasz mi? - zapytał poważnie. Moje serce łomotało, a wiercenie w brzuchu dawało o sobie znać.
- Słucham?  - wydukałam niepewnie.
- Czy mi ufasz? - powtórzył cierpliwie. Przez moment patrzyłam na niego zaniepokojona sytuacją. Jednak po chwili jego tajemnicze spojrzenie, jakimś cudem, przekonało mnie do decyzji.
- Tak - wydusiłam prawie niesłyszalnie. Postawił krok do przodu. W tamtej sekundzie dzieliły nas juz tylko centymetry. Nie tracąc ze mną kontaktu wzrokowego wyciągnął rękę w moja stronę. Zerknęłam na nią, lecz zaraz wróciłam do zielonek chłopaka. Złapał za prawy rekaw koszuli, którą mialam na sobie i zaczął zsuwać ją z mego ramienia. - Harry ... - szeptem wymamrotałam układając dłoń na jego klatce piersiowej.
- Spokojnie - powiedział delikatnie. Skrępowana spuściłam spojrzenie na ciało Harolda,  przyglądając się dokładniej jego tatuażom.  Powoli zdjął ze mnie materiał w kratę. Nadal nie miałam odwagi podnieść wzroku. Kolejno, ponownie zmniejszył dystans pomiędzy nami. Czułam jak stykamy się rozgrzanym ciałami. Sprawnie złapał za moją gumkę do włosów i dał moim blond falom wolność. Przeczesał je palcami, zataczając koła na mojej głowie. Fala przyjemności rozlała się po moim ciele. Jeszcze żaden mężczyzna nigdy mnie tak nie dotykał. Nachylił usta nad moją twarzą, a o moją skórę obijał się kontrolowany oddech. Przez szyję odbył niemal niewyczuwalną drogę aż do mej tali. Opuszki palców Harry ' ego z każdym przebytym milimetrem, powodowały u mnie przyjemne dreszcze. Kiedy dotarł do celu uniósł moja bluzkę do góry.  Sprawnie odrzucił materiał na piasek. O dziwo przestałam czuć dyskomfort. Jedna rękę wciąż trzymał na moich biodrach. Zaraz, dołączył druga i obiema dotarł aż do żeber. Dotyk Hazzy okazywał się być na tyle przyjemny, że coś nieznanego mnie opanowało. Nie kontrolowałam się.  Moja głowa sama się odchyliła, a usta otworzyły. Kolejno, brunet powędrował palcami w dół,  aby spotkać się z zapięciem moich szortów. Ani się obejrzałam, a straciłam je z siebie. Nikt inny nigdy mu tak nie robił,  czułam się idealnie, gdy dłonie chłopaka wędrował po mnie całej. Moja głowa nareszcie wróciła na swoje miejsce, a wargi zaciskały się jak zawsze.
- Jesteś piękna - na te ciche słowa moje powieki odsłoniły mi obraz Harolda. Nadal dotykał mej skóry, błądząc po plecach. Niespodziewanie oderwał się ode mnie. Kompletnie nie wiedziałam co się dzieje, ale uśmiech wciąż gościł na mojej twarzy. Ujął moja dłoń i pociągnął mnie do wody. Kiedy w pełni zakryła mnie letnia H2O, puścił moja rękę. Zerknęłam na Styles' a. Wydawał się zadowolony. Był na tyle wysoki, że mógł spokojnie iść dalej, by się w pełni zamoczyć, lecz został ze mną na moim poziomie. Ścisnął mmoje nadgarstki i przyciągnął do siebie. Zaczął łaskotać mnie po brzuchu. Wpadłam do oceanu chichocząc. Bawiłam się świetnie, kiedy mnie nosił, wrzucał do wody, chlapał i po prostu śmiał ze mną. Kompletnie zapomniałam o moich wszystkich objawach.  Przy zielonookim czułam się swobodniej niż przy kimkolwiek innym, co wydawało mi się kompletną niedorzecznością. W pewnej chwili, podczas pływania zanurkował. Nie wiedziałam gdzie jest. Niespodziewanie się wynurzył tuż przede mną. Złapał mnie w tali  i uniósł tak, że skończyłam na torsie Hazzy.  Nogami oplatałam biodra Harolda, a rękoma kark. Nasze oczy się spotkały, a śmiechy ucichły.  Wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem przez jakiś czas, nagle nasze czoła się zetknęły. Jak niczego w świecie pragnęłam zasmakować ust lokatego. Jednak on odsunął się i po prostu się do mnie przytulił. W głębi duszy poczułam zawód, ale czułam że to zbliżenie nie jest zwyczajne. Coś wewnętrznego hamowało Harolda. Stwierdzam, że próbuje tylko mnie pocieszyć, a prawda jest taka, że wyglądam jak prosiak i nie zasługuje na uwagę kogoś takiego. Choć ogarnął mnie smutek, starałam się tego nie okazywać. Wyniósł mnie z oceanu i postawił na nogi. Zerknęłam na jego twarz. Mimo, że widniał na niej uśmiech,  to w oczach zabrakło stałej iskry radości. Odczytałam z miny bruneta coś niezidentyfikowanego. Poczucie winy? Żal?  Rozczarowanie? - sama nie bylam pewna. Jednak, nie chciałam wzbudzać żadnej z tych emocji w Harrym. Czułam jak me ślepia zalewają łzy,  którym za wszelką cenę nie chciałam dawać upustu. Spuściłam głowę.
- Jestem aż tak odrażająca? - odezwałam się łamiącym głosem. Schyliłam się po koszule i szybko ją założyłam. Po tym natychmiast odeszłam w kierunku ogniska, nie spoglądając na chłopaka. Usiadłam przy ogniu opierając ukradkiem łzy. Po chwili zobaczyłam jak odważnym, męskim krokiem w moim kierunku idzie Hazz. Spojrzałam w jego zielonki. Wyrażały pożądanie ~ nie miałam problemu, aby to rozczytać. Ułożył się na mnie i zachłannie wpił w moje wargi. Nikt nigdy nie całował mnie tak czule, a zarazem brutalnie. W życiu nie wypełniło mnie tak silne, intensywne uczucie w brzuchu jak podczas tamtego pocałunku. Wszystko zniknęło. Byłam tylko ja i on. Pozostawało tylko jedno pytanie ~ Co będzie dalej?  ...



Hej! Wybaczcie, ale dalej nie mam internetu i wygląda na to, że jeszcze trochę tak będzie :/ Jestem wściekła z tego powodu bo na telefonie to nie da się pracować :/ Wybaczcie za błędy,  ale mam autokorekte i słownik sam wstawia pewne formy, a czasami może zdazyc mi się tego nie zauważyć. Mam nadzieje, że nie jesteście bardzo źli i poczekacie aż moja rodzinka zafunduje mi router albo modem :/ Trzymajcie się! :)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

niedziela, 22 listopada 2015

Little Sweet Angel 79

Jak na złość, w tamtej sekundzie obaj znaleźli się w sypialni. Szybko schowałam kończynę jak najciszej odsuwając się od krawędzi łoża. 
- Chyba coś spadło - dotarł do mnie ton Harolda. Wstrzymałam oddech, gdy obserwowałam jak podąża w moim kierunku i schyla się po urządzenie. Nie mógł mnie zobaczyć. Wszystko by się skomplikowało ...
***
Na szczęście nie zajrzał pod łóżko. Odszedł od mebla z urządzeniem w dłoni. Podał je Cal'owi. - Proszę - podał mu komórkę.
- Dzięki, chyba Frankie to u mnie zostawiła - choć nie widziałam chłopaka to była pewna, że właśnie pociera swój kark spięty przez całe zajście. 
- Frankie? - zdziwił się zielonooki. 
- Taak - przeciągnął mój przyjaciel - to moja znajoma ze szkoły i ostatnio tu nocowała, chyba musiała zapomnieć o telefonie - wyjaśnił. Aż dziw jak dobrze kłamał.
- Oh, "znajoma" - znaczącym tonem prychnął Hazz, na co odruchowo się uśmiechnęłam. Kochałam jego głos. - Jasne - parsknął. 
- Ej, chciałem być grzeczny i nie nazywać tego po imieniu - zaśmiał się Hood.
- Dobra, dobra - zarechotał Harold. Wymienili jeszcze kilka zdań. Kolejno Harry wziął co to po co przybył i opuścił mieszkanie Calum'a. Ten wrócił do gościnnego i wyciągnął mnie spod łóżka. 
- Dobrze, że mnie nie nakrył - westchnęłam opadając na łóżko i zakrywając twarz dłońmi.
- Dlaczego właściwie okłamujesz go? - zapytał brunet.
- Bo ... Nie chcę, żeby się o mnie martwił i znów tracił zdrowie oraz siły na borykanie się z moimi problemami ... I tak już wystarczająco dla mnie zrobił, nie chcę go zawieść. Tak bardzo się starał mi pomóc i wyjść z choroby i w ogóle, a ja po prostu nie chcę go zawieść - wyrecytowałam słabym głosem. Wstałam i złapałam za swoje ubrania. - Nie ważne - podsumowałam. - Idę się ogarnąć i uciekam - poinformowałam.
- Okej ... - jęknął mętnie. Wykonałam wszelkie rutynowe czynności poranne na, które mogłam sobie pozwolić z wyposażeniem kosmetyków dla kobiety u Hood'a. Ubrałam się w ciuchy z poprzedniego dnia i wyszłam z pomieszczenia. Podziękowałam Cal'owi i ponownie poprosiłam o trzymanie języka za zębami. Obiecał milczeć w tej sprawie. Pożegnałam się z nim i opuściłam jego posesje. Kiedy znalazłam się za frontowymi drzwiami, chłodne powietrze uderzyło w moją twarz. Na dworze panowała wichura. Liście latały po ulicach szybciej niż można by przypuszczać, a niebo pokrywało się burymi chmurami, co idealnie odwzorowywało mój nastrój. Przeszłam kilka przecznic i po kilkunastu minutach dotarłam na miejsce. W wejściu przywitała mnie babcia.
- Michell, dziecko - z wyciągniętymi rękami zbliżyła się do mnie. Ujęła mą twarz w dłonie i ucałowała oba moje policzki, aby zaraz mnie przytulić na tyle mocno, by zabrakło mi tchu. - Nie uciekaj tak więcej - szepnęła do mojego ucha.
- Dobrze babuniu, wybacz - słabo się do niej uśmiechnęłam co odwzajemniła, nadal ujmując moją buzię. Gładziła moją skórę z troską w oczach, które zaszkliły łzy. Serce jej pękało, co było widać. Mimo, że mama nie była jej córką, to ją tak traktowała i bardzo kochała, co kolejno przeniosła na mnie. Bardzo przeżywała śmierć mej matki i mą rozpacz. Tym samym, wprawiała mnie w jeszcze większe poczucie winy. Nienawidziłam patrzeć na smutek, zwłaszcza osób mi bliskich.
- Dziadek siedzi z ojcem oraz Harold'em w salonie, lepiej idź tam i uratuj chłopaka, zanim go zamęczą - postanowiła rozluźnić atmosferę. Puściła mi oczko i pomogła ściągnąć płaszcz oraz szalik. 
- Dziękuję - skinęłam głową i ruszyłam do salonu. Rzeczywiście, zastałam tam dziadka siedzącego w swoim bujanym fotelu, obok tatę na zwykłym siedzeniu tego typu oraz Hazz'ę zaraz obok spiętego jak nigdy z wyrazem twarzy pt. " ratujcie mnie ". 
- Miśka! - radował się dziadunio, gdy stanęłam w wejściu. Trzy pary ślepi powędrowały na mnie. Zbliżyłam się do mężczyzn pewnym krokiem, aby zająć miejsce pomiędzy tatką i ukochanym.
- Hej - obdarowałam całusem zielonookiego.
- Więcej tak nie znikaj - natychmiast skarcił mnie ojciec.
- Dobra, pogadankę urządziła mi już babcia - przewróciłam oczami. Tatko objął mnie i przyciągnął do siebie, aby ucałować czubek mojej głowy. Kolejno puścił mnie, więc mogłam bardziej przysunąć się do Styles'a.
- Kocham cię - powiedział. Podniosłam wzrok, by spotkać się z jego spojrzeniem. Kąciki mych ust same się uniosły. - Ale nie chcę, żebyś mnie okłamywała i ukrywała przede mną - szepnął poważnie, czym natychmiast zmazał uśmieszek z mych warg ...



Hejka! Mam nadzieję, że rozdział nie taki zły ;) Piszę póki jest okazja :3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

sobota, 21 listopada 2015

Save me 7

Uznawałem się za cholernego szczęściarza będąc jej partnerem. Powoli zszedłem z pocałunkami do samej dłoni i tą samą drogą w górę, przez szyję, aż do ust. Pragnąłem, aby tamten czas nigdy nie minął. Oby nic tego nie zepsuło...
***
Obudziłem się obok Acris, trzymając jej drobne ciało w objęciach. Obserwowałem jak spokojnie oddycha z lekkim uśmieszkiem na twarzy. Dochodziła godzina 9.00 rano, więc zmuszony byłem naszykować się do pracy. Jak najdelikatniej potrafiłem odsunąłem się od dziewczyny. Udałem się do łazienki, gdzie wykonałem wszystkie rutynowe czynności poranne, tym samym kończąc przygotowania. Gdy, znalazłem się w sypialni, łóżko było puste. Zaśmiałem się pod nosem i zszedłem na dół, skąd dochodził chichot Adley. Znalazłem się w kuchni, gdzie zastałem córkę, siedzącą na blacie obok kuchenki oraz Cris smażącą gofry. 
- Boo Bear! - krzyknęła mała wyciągając do mnie ręce. Zbliżyłem się do brunetki i wziąłem na ręce. Ucałowałem czoło Dley.
- Dzień dobry moim dwóm księżniczkom - rzekłem cmokając delikatnie polik zajętej blondynki. Kąciki jej pełnych ust uniosły się. Wyglądała tak cholernie dobrze. Miała na sobie moją białą koszulkę na krótki rękaw, która sięgała jej do połowy uda. Włosy niebieskookiej pozostawiony były w nieładzie, a rozpromieniona twarz dodawała uroku efektowi. 
- Zjesz z nami? - zapytała radośnie Acris.
- Niestety nie - odparłem mniej entuzjastycznie. - Mam spotkanie na 11.00 i muszę dojechać na drugi koniec miasta - wyjaśniłem widząc zawód w oczach Cris. - Ale, kiedy wrócę zabieram was w pewne miejsce - puściłem oczko do malutkiej. Zachichotała podekscytowana.
- Co to za miejsce? - krzyknęła swoim cienkim głosikiem. 
- Tajemnica - szepnąłem przykładając wargi do czoła córeczki. - Dobra słońca wy moje - zacząłem. - Lecę - poinformowałem.
- Pa - buziakiem pożegnała mnie blondynka. Posadziłem córkę na blat i wyszedłem zabierając jeszcze swoją teczkę. Trafiłem do budynku mojej pracy i zająłem się nią. Po pięciu godzinach otrzymałem telefon od nieznanego numeru.
- Tak? - odezwałem się.
- Zabawmy się - oschły, damski głos zabrzmiał po drugiej stronie.
- Słucham? To chyba pomy ... - zmarszczyłem czoło. Miałem bardzo złe przeczucia.
- To nie żadna, pieprzona pomyłka Tomlinson - przerwała mi kobieta. Nie brzmiała znajomo. Nie miałem pojęcia w jakim celu może się ze mną kontaktować. - Mam twoją dziunię i dziecko - oznajmiła osoba po drugiej stronie, na co natychmiast zerwałem się z miejsca. - Siadaj na miejsce bo ta czerwona kropka na twoich plecach to nie latarka! - wykrzyczała. Odwróciłem się i rzeczywiście ~ byłem na czyimś celowniku. Nie bałem się o siebie, a o moje skarby. Przełknąłem ślinę i zacisnąłem mocno szczękę. Wypełniłem nakaz szukając snajpera w budynku naprzeciw. Pomieszczenie, w którym się znajdywałem ~ moje biuro, zamiast dwóch ścian miało szyby, przez które to miałbym zostać zastrzelony.
- Czego chcesz? - wycedziłem przez zęby.
- Nie tak ostro pięknisiu - szyderczym tonem odparła kobieta. - Ty masz pieniądze, a ja nie ... Potrzebuję ich, a ty mi je dasz albo twoje królewny szlak trafi, a raczej moja spluwa - poinformował głos. - Jeżeli ktokolwiek się o tym dowie, a mam podsłuch i ludzi, przysięgam, że już więcej ich nie zobaczysz - dokończyła surowo. Serce zaczęło mi bić jeszcze mocniej niż wcześniej. Ten lekceważący ton sprawiał, że się we mnie gotowało.
- Ile chcesz? - warknąłem.
- Milion - odparła. Nie zakrztusiłem się z wrażenia, ale suma nie była mała. Nie wiedziałem jak szybko uda im się zdobyć tyle pieniędzy. - Kasę zostawisz w skrzynce na dworcu przy głównej ulicy obok fabryki stolarskiej jutro o 19.00 - po tych słowach rozbrzmiał już tylko sygnał informujący o rozłączeniu połączenia. Rzuciłem telefonem i westchnąłem, przecierając twarz dłońmi.
- To nie dzieje się na prawdę - powiedziałem sam do siebie.  W mojej głowie pojawiło się mnóstwo myśli, których nie byłem w stanie poukładać. Nie rozumiałem dlaczego ktoś mi to robił.  Martwiłem się o Adley oraz Acris. Dopiero co je odzyskałem, a już miałem je stracić. Łzy cisnęły mi się do oczu, lecz starałem się pozostać opanowany i silny dla odzyskania dziewczyn. Zauważyłem, że czerwona plamka zniknęła z mojego ciała.  Wstałem i udałem się do mojej sekretarki.
- Biorę wolne na parę dni, prosze odwołać wszystkie spotkania i konferencje w trybie natychmiastowym. Odciąć wszystkich wspólników od kontaktu ze mną. Wyjechałem i mnie nie ma. Na moje konto do północy ma znaleźć się milion od Simpsona - wyrecytowałem. Poprawiłem swój krawat, ubrałem kurtkę i złapałem za teczkę. Opuściłem budynek i ruszyłem do domu. Spodziewałem się tam kompletnego nieładu oraz śladów po włamaniu.  Jednak wszystko stało w jak najlepszym porządku.  Postanowiłem sprawdzić monitoring zewnętrzny. Cris i Dley wsiadły do czarnego Ferrari dwie godziny po moim wyjściu. Niestety kierowca zaparkował auto na tyle daleko, aby jego rejestracja nie była czytelna. Sprawdziłem ostatnie połączenia telefonu domowego, lecz cała historia została usunięta. To samo stało się z komputerem i laptopem. Nic nie składało się w całość, a ja coraz bardziej się we wszystkim plątałem. To nie było normalne i przypadkowe. Coś było nie tak. Nic nie pasowało.  Szukałem kamer i podsłuchu,  ale niczego nie znalazłem. Nic więcej nie mogłem zrobić w tej sprawie. Gdybym skontaktował się z policją, najukochańsze mi osoby by zginęły.  Nie chciałem na to pozwolić. Nie mogę ich zawieść - powtarzałem sobie ...


Hej! Także jestem u taty i mam internet :) ale tylko na kilka dni niestety :'( narazie jestem więc może ze trzy posty jeszcze się pojawią :3 zaglądajcie często :D Przepraszam za nieobecność i wgl ale serio nadal nie mam pojęcia kiedy przywrócą mi internet :/ Może dopiero w grudniu albo styczniu -.- eh ... wybaczcie :( ale także wielkie sory za wszystkie błędy bo trochę na laptopie pisałam a trochę dokończyłam na telefonie :^ Mam nadzieje że jednak nie jest tak źle i chociaż da się czytać :)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

niedziela, 15 listopada 2015

Uwaga!

Hejka,
Wiem że nie pojawiłam się wczoraj ani dzisiaj i prawdopodobnie nie będzie to możliwe przez dłuższy okres czasu :'( Modem do internetu padł i nie za bardzo dam rade pisać na telefonie, który jest w kratkę -.- (w sensie pobity) ... Jestem zła i smutna na raz :/ Mam nadzieje, ze wrócę jak najszybciej i nie opuścicie mnie ;) Bądźcie cierpliwi c: Kocham Was ♡
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH

piątek, 13 listopada 2015

Uninhabited 12

- Nie mam zamiaru - przyznał.
- I dobrze - zgodziłam się przechodząc nad leżącym na piasku chłopakiem. Jednak kiedy już prawie byłam za nim, potknęłam się o jego nogę i opadłam na jego tors. Nasze twarze niemal się stykały. Zaskoczona wpatrywałam się w oczy Harold'a. W brzuchu poczułam tak zwane motyle...
***
Nie wiedziałam co zrobić. Czułam na sobie oddech chłopaka. 
- Prze ... Przepraszam - niepewnie jęknęłam schodząc z bruneta. Niemal widziałam palące rumieńce, na swoich policzkach. Usiadłam obok zielonookiego zakrywając twarz dłońmi. Nie chciałam pokazać jak bardzo się zawstydziłam. Od dawna nie doświadczyłam tak bliskiego kontaktu z mężczyzną. Serce biło mi bardzo szybko, a oddech nie chciał się uspokoić. W żołądku pojawiło się nigdy wcześniej, nie zapoznane uczucie, które wierciło mi w nim dziury i zaciskało gardło, lecz w dziwnie przyjemny sposób. Cała dygotałam. Nie miałam pojęcia, jak Hazz może zareagować. Mógł się na mnie obrazić, nakrzyczeć lub przyjąć to jako nic szczególnego. Niespodziewanie wybuchł niekontrolowanym śmiechem, turlając się po piasku. Przez chwilę obserwowałam go oniemiała. Kolejno, rechot Styles'a stał się zaraźliwy i mi się udzielił. Kompletnie się rozluźniłam, choć przyjemne wibracje ze mną zostały. 
- Julia, luz. Przecież się nic nie stało - ułożył rękę na moim ramieniu, gdy się uspokoiliśmy. Zajrzał mi głęboko w oczy, jakby chciał zajrzeć mi w duszę. Nawet nie zdawał sobie sprawy do jakiego stanu mnie wprowadzał przez jedno, przelotne spojrzenie. Kiedy utrzymywał mnie w takim stanie przez dłużej niż 10 sekund, co zdarzało się często, czułam jakby czas się zatrzymywał. Jakbyśmy byli tylko my. Nic innego się nie liczyło. Nigdy wcześniej nic takiego mnie nie spotkało. Przysięgam, żaden z mężczyzn, których spotkałam, tak na mnie nie działał. Przy Haroldzie wydawałam się sobie lepsza i ważna dla kogoś, taka wyjątkowa. Traktował mnie jak księżniczkę, którą nigdy nie miałam okazji się poczuć. Każda mała dziewczynka o tym marzy, a mnie to się działo. Nie mogłam się nadziwić jaki miał na mnie wpływ. Wciąż powtarzał jak nieodpowiednią mam o sobie opinię. Powoli zaczynałam wierzyć w słowa zielonookiego i posiadać większą pewność siebie. Prawił mi komplementy, lecz nie te z fałszywych. Starał mi się pomóc, co wydawało mi się piękne. Nie czynił tego z litości, ale z potrzeby. Miał takie dobre serce ... Zaskakiwał mnie niemal codziennie. Znikał w głębi lasu i nigdy nie zdradzał dlaczego nie wracał przez tyle czasu. Bywał otwarty, momentami tajemniczy. Lubił zachowywać się jak grzeczny chłopczyk, innymi razy zgrywał groźnego. W każdym wydaniu podobał mi się tak samo.  Co by tu dużo opowiadać ~ zauroczył mnie. 
- Emm ... - zrozumiałam na ile czasu zapatrzyłam się w ślepia Hazz'y, więc spuściłam głowę. - Po prostu nie chciałam - wykrztusiłam cokolwiek, aby nie podtrzymywać niezręcznej atmosfery, którą rozpoznawałam tylko ja. 
- Zdarza się - puścił mi oczko. - Idę się przejść - oznajmił. Wstał i zniknął z pola mojego widzenia. Nigdy nie pytał o to, czy nie chcę do niego dołączyć. Stwierdziłam, że potrzebuje czasu dla siebie. W końcu, z dnia na dzień trafił na bezludną wyspę, z obcą dziewczyną. Potrzebował momentu oddechu od przebywanie ze mną. Ja także lubiłam pobyć wtedy trochę sama. Spacerowałam wtedy po skałach, przy morzu, śpiewając piosenki które tylko przychodziły mi do głowy. W domu zawsze śpiewałam smutne ballady o rozstaniach i bólu, jaki spotyka kobiety. Odkąd kiedy trafiłam na wyspę, zaczęłam nucić miłosne melodie, które wprawiały mnie w jeszcze lepszy nastrój. W ogóle nie przejmowałam się swoim ubiorem i włosami, których nie czesałam od kilku dni porządną szczotką. Zwyczajnie byłam szczęśliwa. Początkowo, obwiniałam o to wolność, jakiej wcześniej nie posiadałam. Z czasem zrozumiałam, że to nie o to chodzi ... 
- Juls? - odezwał się Harry. Siedzieliśmy własnie przy ognisku na środku plaży obok siebie, obserwując spokojną wodę. Wciąż miałam na sobie jego koszulę. Co zabawne, nie traciła swojego pięknego, męskiego zapachu, pomimo wszystko. Harold używał ślicznych perfum, jakie w pewny sposób odwzorowywały jego charakter i charyzmę. 
- Tak? - znów zatrzymałam swe niebieściutkie ślepia, na tych cudownych zielonkach. Wciągałam się coraz bardziej w tego faceta, choć starałam się hamować. Oh, ile razy ... Za każdym przypadkowym, bądź " przypadkowym " (rozumiecie), zbliżeniu miałam ochotę posunąć się krok do przodu, ale wolałam najpierw przekonać się czy on czuje to samo. Nie mogłam decydować za nas oboje. Nie miałam pojęcia czy coś do mnie czuje i czy ma zamiary względem mojej osoby. 
- Masz ochotę wziąć kąpiel? - zapytał z powagą. 
- Ale jak? - nie zrozumiałam. 
- Spokojnie, nie nago - zaśmiał się. Nie potrafiłam nie odwzajemnić chichotu. Wygląda tak przystojnie w blasku płomieni ... Julia stop! - w głowie rozgrywałam jedną, ze swoich najbardziej zaciętych walk wewnętrznych. 
- Okej ... - przeciągnęłam skrępowana.
- W bieliźnie lub ubraniach, jeżeli chcesz. Po prostu mam ochotę popływać. Dołączysz do mnie? - w jego policzkach wydrążyły się dołeczki, dodające brunetowi słodkości. Zerknęłam na ocean rozciągający się za jego plecami. Zastanowiłam się moment. 
- Ttak - zająknęłam się. Przełknęłam głośno ślinę, kiedy szłam za lokatym do wody. Na samym brzegu zdjął koszulkę i spodnie. Zamoczył się po kolana i odwrócił do mnie twarzą. 
- Wchodzisz? - zapytał rozradowany.
- Harry, bo ja chyba ... - zawstydzona dukałam, modląc się w duchu o pomoc. Nie mogłam wykrztusić słowa. Przypuszczałam, że nie skończy się to dobrze ...




Hejka! Wybaczcie, że dzisiaj tak ślamazarnie ze mną ;) Jestem już i oto rozdział, mam nadzieję, że nie taki zły ;) No to, pojawiło się Made in the A.M :D Przyznam, że płyta piękna <3 Brak słów ;) Chyba najbardziej ( prócz Dmd i Perfect ) podoba mi się WTWYAS oraz EOTD =^.^= A wam? Piszcie ;)
 Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

czwartek, 12 listopada 2015

Little Sweet Angel 78



- Michell, on chciał popełnić samobójstwo - wyrecytował to jak najszybciej. Słowa ciemnookiego obiły się echem w mej głowie. Nie wierzyłam w to co właśnie usłyszałam. Miliard myśli nawarstwiło mi się w sekundę ... Dlaczego? Dlaczego chciał to zrobić?! 
***
-
Co?! - wydukałam oniemiała. Spojrzał na mnie niepewnie.
- Tak, Luke chciał podciąć sobie żyły ... Przynajmniej tak mi się wydaje - jęknął zagubiony. Przełknęłam głośno ślinę.
 - Jak to ci się wydaje? - zapytałam, starając się zachować spokój. Kiedy tylko wyobrażałam sobie jak mogło się to skończyć przechodził mnie dreszcz. Gdybym straciła brata, prawdopodobnie, sama bym ze sobą skończyła.
- Tamtego dnia z chłopakami chcieliśmy wspierać Luke'a i wpadliśmy do was. Uznał, że jest głodny, więc udał się do kuchni. Zniknął na jakieś 20 minut, więc postanowiłem sprawdzić o co chodzi - Calum zaciął się na moment. Widać było, że nie łatwo mu to przychodzi. Lecz nie do końca wiedziałam, czy chodzi o samą wiadomość do przekazania, czy o to, że skierowana była do mnie. - Kiedy znalazłem się w pomieszczeniu, Luke siedział nad przygotowanym jedzeniem z nożem w ręku. Obracał go, dokładnie się mu przyglądając. Dotykał ostrożnie ostrza i skupiał uwagę tylko na nim. Wyglądało to niepokojąco ... Kiedy zapytałem co robi, ten wyparł się moich wszystkich podejrzeń i wciąż twierdzi, że po prostu się zamyślił i nie miał zamiaru zrobić sobie krzywdy. Postanowiłem nic nikomu nie mówić, ale martwię się o niego i stwierdziłem, że jesteś jedyną osobą, która może mu pomóc i dowiedzieć się czegokolwiek - wyrecytował. Przymrużyłam oczy analizując wszystko co doszło do moich uszu. Wydawało mi się to nieprawdopodobne. Nie mogłam uwierzyć, że Lukie posunąłby się do takiego czynu. Musiałam z nim o tym pogadać. 
- Hood, dzięki, ale teraz będę się martwiła i nie mogła zasnąć - warknęłam poirytowana. Calum nigdy nie słynął z dobrego wyczucia czasu. Zawsze paplał głupoty w nieodpowiednim momencie, ale w tamtej chwili przesadził. Nie dość, że i tak nie przesypiałam każdej z nocy, to musiał dodać swoje pięć groszy.  Kiedy by się tak dłużej zastanowić, to żaden ze znajomych mojego brata nieszczególnie odznaczał się delikatnością. 
- Przepraszam, ale nie mogłem już wytrzymać - westchnął. Spojrzałam na niego morderczym wzrokiem. - Michell! Wiesz, że tego nie lubię! To okropne! - piszczał jak dziewczyna. Przynajmniej tym poprawił mi humor. 
- Dobra, idę spać - oznajmiłam klepiąc go lekko w ramię. 
- Dobranoc - odezwał się cicho.
- Pa - zniknęłam za drzwiami sypialni. Ułożyłam się pod pościelą i starałam zasnąć. O dziwo, magicznym sposobem, udało mi się to. O poranku zbudził mnie trzask frontowych drzwi. Nie specjalnie się tym przejęłam, nawet nie otworzyłam oczu. Dopiero kiedy usłyszałam charakterystyczny akcent Harold'a, rozbudziłam się w stu procentach. Natychmiast znalazłam się w pozycji siedzącej z szeroko otwartymi ślepiami. Zwróciłam głowę ku drzwiom od pokoju i zerwałam się z łóżka. Nie wiedziałam co zrobić. Nie mogłam wyjść. Wtem dowiedziałby się o moim kłamstwie. Pomyślałby, że unikam kontaktu z bliskimi, a zwłaszcza z nim. W pewnym sensie tak było, ale nie w dosłownym znaczeniu. Przez dłuższy moment wahałam się co uczynić. Nie znajdywałam wiele opcji do wyplątania się z tej, nie lada, stresującej sytuacji. Cała się trzęsłam.  Postanowiłam podsłuchać rozmowę. 
- ... Wpadłem po skrzynkę dla pana Robinson - mówił zielonooki.
- Em ... Jasne, są w GOŚCINNYM - wiedziałam, że Cal celowo podkreślił to słowo. Moje serce na moment się zatrzymało. - Zaraz ich poszukam, są w SZAFIE - znów postawił nacisk na słowo, które miało mi pomóc. Szybko podbiegłam do łóżka. Natychmiast się pod nie wsunęłam. Modliłam się, żeby mnie nie zauważył. Tylko ... Cholera! Zostawiłam komórkę na szafce nocnej! Wyciągnęłam rękę, aby złapać za urządzenie. Jednak nie udało mi się i telefon spadł na panele. Jak na złość, w tamtej sekundzie obaj znaleźli się w sypialni. Szybko schowałam kończynę jak najciszej odsuwając się od krawędzi łoża. 
- Chyba coś spadło - dotarł do mnie ton Harolda. Wstrzymałam oddech, gdy obserwowałam jak podąża w moim kierunku i schyla się po urządzenie. Nie mógł mnie zobaczyć. Wszystko by się skomplikowało ...




Hejka! Dzisiaj wbijam do Was kochani z takim oto rozdziałem ;) Mam nadzieję, że nie jest taki zły i da się czytać ;) JUŻ JUTRO premiera Made in the A.M <3 Ale jestem zachwycona, że wszystkie piosenki będą dostępne =^.^=
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

środa, 11 listopada 2015

Uninhabited 11

Zamilkła kompletnie odlatując na mojej klatce piersiowej. Zasnąłem. Czułem się wspaniale leżąc u jej boku. A poranek? - uuuu... Intensywny...
***
Już świtało. Na klatce piersiowej czułem ruchy Julii i słyszałem jej pomrukiwania. Oznaczało to, że się budzi. Chwilę potem podniosła się z mojego torsu i przeciągnęła się, ziewając. Mimo, że miałem zamknięte oczy, to niemal widziałem jej minę, gdy spojrzała na mnie. Szybko odsunęła się ode mnie.
- Co do cholery?! - krzyknęła. Moje powieki powoli powędrowały ku górze. Mozolnie podniosłem się do siadu.
- Kręciłaś się w nocy i sama się na mnie ułożyłaś - odpowiedziałem ze spokojem. Z twarzy dziewczyny zaczęła znikać irytacja, a wymalowało się na niej zakłopotanie. Rumieniec natychmiast wstąpił na poliki blondynki. Przykucnęła i usiadła na swoich, zgiętych nogach. Zerwała ze mną kontakt wzrokowy, aby przyglądać się dokładniej ziemi.
- Boże ... Tak strasznie cię przepraszam, nie chciałam - zestresowana bawiła się palcami. Wyglądała tak cholernie pociągająco ... Długie, blond włosy opadały po obu stronach ciała niebieskookiej, blask w pięknych ślepiach oświetlał mój dzień, pełne usta prosiły się o pocałunek, a ciało eksponowało się perfekcyjnie, w sumie jak zawsze. Powstrzymywałem się, aby nie uczynić czegoś głupiego. Nie dość, że fizycznie stanowiła mój ideał, to jej charakter i wiedza mnie zdumiewały. Pragnąłem zostać dla niej kimś więcej niż przyjacielem. Chciałem stanowić opokę Julii, miłość jej życia. Marzyły mi się spędzone z nią lata, rodzina, dzieci, dom ... Jednak, musiałem się hamować.
- Spokojnie, przecież to nic takiego - ułożyłem dłoń na jej ramieniu, aby dodać otuchy blondynce. Podniosła głowę i uśmiechnęła się nieśmiało.
- Dzięki - odetchnęła. - I wybacz, że cię obudziłam - zachichotała. Jak ja uwielbiam ten śmiech ... Stop! Uspokój się, kretynie! - karciłem się w myślach. Powiem szczerze, bałem się, iż dziewczyna zorientuje się co do tego, jak bardzo mnie podnieca. Rozumiecie ... To nie zależało do końca ode mnie.
- Nic nie szkodzi - machnąłem ręką. Powstałem i pomogłem towarzyszce uczynić to samo. Zabraliśmy się do szukania jedzenia i samego spożycia go.
* Oczami Niall'a
- Czemu wy do cholery nie zaczniecie tych popieprzonych poszukiwań?! - darła się Taylor. Trzymałem ją w powietrzu, a ta wyrywała się machając rękami i nogami w kierunku kierownika rejsu. Biedak chyba zaczynał się jej bać. Fakt, nie była za wysoka i jak wiatr zawiał to niemal latała, ale moc w agresji to miała. Bardzo mi się podobała. A jej temperament, wręcz odpowiadał. Od trzech dni nie zaczęli szukać naszych przyjaciół, a to dlatego, że najpierw był sztorm, a później brakło ludzi do akcji, gdyż podczas niesprzyjających dni, jeżeli chodzi o pogodę, wydarzyło się kilka dużych wypadków. To było bez sensu. W stu procentach zgadzałem się z Tay, lecz wiedziałem, że agresja nic nie pomoże.
- Taylor - westchnąłem do jej ucha. Przestała wierzgać, więc mogłem ją odstawić.
- ... - mężczyzna po raz milion setny wyrecytował powody, dla których nie mogą nam pomóc. Brunetka tupnęła nogą i odeszła od faceta.
- Niech pan coś wymyśli, bo ona w końcu wybuchnie i nie dam rady jej utrzymać - zupełnie w dobrej intencji, poinformowałem kierownika. Skinął głową, cały czas trzęsąc się. Kolejno pobiegłem za Taylor.
* Oczami Julii
- ... Boję się, że nas nie znajdą - wyznałam.
- O to się nie martw, Nialler na pewno o nas walczy - żartobliwie rzekł.
- Serio? To ty chyba nie widziałeś Tay w akcji! - wybuchnęłam śmichem.
- Powiadasz? - zdziwił się.
- Serio, taka pchełka, a strongmen'a by powaliła na ziemię - zapewniałam.
- Wow, w takim razie lepiej z nią nie zadzieram - uniósł ręce, w geście obronnym. - Jeszcze mi łeb ukręci - zażartował.
- Lepiej nie sprawdzaj - puściłam do chłopaka oczko.
- Nie mam zamiaru - przyznał.
- I dobrze - zgodziłam się przechodząc nad leżącym na piasku chłopakiem. Jednak kiedy już prawie byłam za nim, potknęłam się o jego nogę i opadłam na jego tors. Nasze twarze niemal się stykały. Zaskoczona wpatrywałam się w oczy Harold'a. W brzuchu poczułam tak zwane motyle...




Hejka! Przepraszam, że tak długo mnie dziś nie było ;) Ale jestem i mam nadzieję, że się spodoba :3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

wtorek, 10 listopada 2015

Save me 6

- Loui? - odezwałam się leżąc na nagim torsie niebieskookiego.
- Tak? - spojrzał na mnie z troską.
- Czy jesteś w stanie powiedzieć mi co będzie dalej? - zapytałam nieśmiało. Brakło mi pomysłu. Mimo, że właśnie współżyliśmy seksualnie, to nie dawało mi to stuprocentowej odpowiedzi na to co nastanie w przyszłości.
- ... - to co powiedział... Po prostu się nie spodziewałam...
***
- Wrócisz tu i wszystko się zmieni. Będę was kochał i traktował lepiej niż robiłem to wcześniej, jeśli to w ogóle możliwe. Będziecie moim całym światem i nikomu nie dam was skrzywdzić. Uwierz mi, że kochałem cię od zawsze i cieszę się, że w końcu do tego doszło. Będę najlepszym ojcem jakim tylko dam radę się stać - ucałował moje czoło.
- Wystarczy, że się nie zmienisz - wyszeptałam przykładając usta do nagiego torsu bruneta. Uśmiechnęłam się delikatnie i przymknęłam oczy. 
*Oczami Louis'a
Po dwóch dniach wszystkie rzeczy moich księżniczek powróciły na miejsce. Czułem się wspaniale. Pozostał jeszcze jeden szczegół do wypełnienia. Nie wiedziałem, jak mała przyjmie informację, o tym, że jestem jej tatą i, że jesteśmy razem z Acris. Nadszedł ten moment.
- Adley - zaczęła Cris. - Chcielibyśmy ci coś powiedzieć - zestresowana wydukała. Siedziałem tuż obok. Ująłem jej dłonie i posłałem podtrzymujące na duchu spojrzenie. Brunetka siedziała na przeciwko na nas i obserwowała każdy nasz ruch.
- Spokojnie - wyszeptałem. Wzięła głęboki oddech i kontynuowała.
- Boo Bear to twój tatuś - oznajmiła. Niebieskooka wpiła swój wzrok we mnie. Wydawała się zaskoczona, ale jej mina nie pozwalała pozostać mi pewnym. Zauważyłem, że w oczach dziewczynki pojawiły się łzy. Niespodziewanie wstała i zaczęła biec w moim kierunku. Szybko zareagowałem. Padłem na kolana. Ad wpadła w moje ramiona płacząc.
- Już nie będziesz moim Boo Bear? - zapytała przestraszonym głosem. Odsunąłem ją od siebie tak, aby ująć twarz sześciolatki w dłonie.
- Oczywiście, że będę. Zawsze, ale jestem też twoim tatą - rzekłem wzruszony. Pocałowała mnie w usta delikatnie, co robiła rzadko, ale zawsze w porę.
- Cieszę się, że jesteś moim tatą. Nie chciałabym innego w całym świecie - powiedziała. Moje serce zaczęło bić jeszcze mocniej. Jeszcze nigdy nie czułem aż takiego przypływu miłości na raz. Usiadłem i wziąłem sobie córkę na kolana. Córkę - jak to pięknie brzmi . 
- Adley, jesteśmy twoimi rodzicami i jesteśmy razem. Dużo się zmieni - odezwała się Acris. Dziewczynka wymieniła spojrzenie, najpierw ze mną, później z matką. Wzrok jej przepełniony był niepokojem oraz niepewnością. - Będziemy spali razem i całowali się i trzymali za ręce... - źrenice brunetki się powiększyły.
- Blee - skrzywiła się. Zaśmiałem się cicho.
- Jak to blee? Jak to blee, maluchu? - Cris zaczęła łaskotać Ad, a ta słodko chichotać. Nie wierzyłem w to jakie szczęście mnie spotkało. Miałem ukochaną, dziecko i dom. W pracy się układało i nie mogłem narzekać na brak pieniędzy. Życie zaczęło mi się po prostu układać.
* Wieczór
- Boo Bear ... - do kuchni weszła, ubrana w uroczą piżamkę Adley. Miała mokre włoski opadające po obu stronach jej ciała. Podbiegła do mnie, a ja ją podniosłem.
- Hmm? - mruknąłem.
- Zrobisz mi musli? - zapytała.
- Z jogurtem malinowym? - zaproponowałem.
- Tak! - krzyknęła zadowolona.
- Ciszej, dzieci - do pomieszczenia wkroczyła rozbawiona Cris. - Jest już późno, a ty młoda damo miałaś już lecieć do łóżka - zwróciła się do małej.
- Mamuś! Ale ja jestem głodna - jęknęła Adi.
- No dobrze, dobrze - zachichotała blondynka. - Ja lecę pod prysznic - oznajmiła całując nas w poliki.
- Zostaliśmy sami - zabawnym głosem stwierdziłem. Mała zaśmiała się radośnie. Posadziłem brunetkę na blacie i zacząłem przygotowywać posiłek dla malutkiej, komentując swoje poczynania zmieniając swój ton. Świetnie się bawiliśmy. Kiedy płatki były gotowe usiadłem z córką przy stole i obserwowałem jak wcina musli. Widziałem jak bardzo staje się zmęczona. Przy końcówce praktycznie zasypiała. Wciąż pocierała oczy i ziewała. Gdy skończyła zaniosłem ją do łóżka, przeczytałem bajkę. Pocałowałem moją śpiącą królewnę w czoło i wyszedłem z uśmiechem. Trafiłem do toalety i się odświeżyłem. Z jeszcze mokrą czupryną udałem się do sypialni, gdzie zastałem czytającą książkę Acris. Wskoczyłem na miejsce obok, aby zaraz ucałować jej odkryte ramie. Miała na sobie atłasową, czarną koszulę nocną ze złotymi wstawkami przy dekolcie. Wyglądała niesamowicie seksownie. Nie będę zdradzał jak bardzo pobudzała moje zmysły. W sumie działała tak na mnie nawet w swetrze swojej babci i niedbałym koku. Niesłychane jak musiałem się hamować, aby nie zrobić czegoś niestosownego, zanim wyznaliśmy sobie miłość. Mogłem być z siebie dumny. Przyznam, że nie znałem piękniejszej i bardziej pociągającej dziewczyny. Uznawałem się za cholernego szczęściarza będąc jej partnerem. Powoli zszedłem z pocałunkami do samej dłoni i tą samą drogą w górę, przez szyję, aż do ust. Pragnąłem, aby tamten czas nigdy nie minął. Oby nic tego nie zepsuło...



Hello! Mam nadzieję, że rozdział nie taki zły ;) Album chłopaków przesłuchany? - Ja nie wytrzymałam i się skusiłam =^.^= I powiem, że niesamowity! Olivia i I want to write you a song ~ KOCHAM! <3 A jak Wam się podobają?
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

poniedziałek, 9 listopada 2015

Little Sweet Angel 77

- Bóg popełnił kilka błędów w tworzeniu świata - odezwałam się.
- Nie prawda. To my pomyliliśmy się w jego rozwoju. To zależy już tylko od nas - bezsilnie się uśmiechnął. - Zawsze jest kilka wyjść i dla każdego przypisana jest jakaś historia. Jeden wybór - jedna, drugi - druga - wyrecytował. - Trzeba wierzyć w siebie, bo to jedyna osoba, która może ci pomóc. Uwierz, nawet najbliżsi nie podejmą za ciebie decyzję - zerknął na mnie. - Oni szybko odchodzą, my też odejdziemy i będą po nas cierpieć. Dlatego powinniśmy doceniać dzisiaj i ich obecność, bo niebawem może stać się nieobecnością... - rzekł i tak po prostu wstał i odszedł...
***
Wpatrywałam się w przestrzeń, w której kierunku podążał. Zamyśliłam się. Tak fascynująca osoba właśnie wymieniła swoje poglądy, w pewnym sensie mnie naprawiła i zwyczajnie opuściła mnie - układałam to sobie po kolei w głowie. Niespodziewanie zza tego samego rogu wyskoczył Calum. Natychmiast się ocknęłam. Szybko ostygłam z podniecenia. No tak, zapomniałam, że zawsze wracał późno od nas właśnie tą drogą. A ja głupia musiałam znaleźć się właśnie na tej ścieżce! Chciałam się gdzieś schować, ale musiałabym przebiec mu przez drogę i to pod latanią, więc nie miałam szans. Pozostało mi tylko bardziej schylić się za dębem, z nadzieją, że mnie nie zauważy. Tak, na pewno... Przecież mi się nigdy nie udaje. 
- Michell? - przechylił głowę, aby lepiej mnie widzieć. Zacisnęłam powieki i przeklęłam pod nosem. - Co ty tu robisz? - zapytał już mniej spokojnie. Wstałam i ze spuszczoną głową do niego podeszłam.
- Jestem na spacerze - odpowiedziałam jak najpewniej, aby nie zauważył, że kłamie. Choć w pewnym sensie tak nie było. W końcu to był spacer, tylko taki całonocny i w jednym miejscu. Czy to się liczy? Po jego minie wywnioskowałam, że nie uwierzył. 
- A tak na poważnie? - warknął niezadowolony zakładając ręce na klatkę piersiową.
- Oj, chciałam pobyć trochę sama, a w domu nie mam spokoju... Błagam, nie mów o tym Luke'owi ani nikomu - spojrzałam na niego proszącym wzrokiem. Przypuszczam, że wyglądałam jak dziecko ze złożonymi, jak do modlitwy, dłońmi, wysuniętą wargą i zaszklonymi oczami. Przyznam, że Cal nigdy mi nie odmówił. Wiedziałam, że się zgodzi. Choć fakt, iż się o mnie martwił... Wzbudzał we mnie uczucie bliskie co do niepewności. Przez paręnaście sekund wpatrywał się we mnie, jakby walcząc z myślami, kolejno przewrócił teatralnie tymi swoimi ślepiami niedźwiedzia i się zgodził.
- ... Ale wracasz ze mną do mojego mieszkania - postawił warunek. Westchnęłam niezadowolona, tupiąc nogą. Taaak... Bardzo dorosłe - analizowałam swoje poczynania.
- Dobra - jęknęłam. Po kilkunastu minutach spaceru trafiliśmy do niewielkiego mieszkania Hood'a. Jak zwykle dał mi wielką koszulkę z logiem swojego ulubionego rockowego zespołu, bokserki, a do zestawu moje długie skarpetki za kolana, które od dawna spoczywały na dnie jego toaletowej szuflady. Udostępnił łazienkę oraz niewielki pokój gościnny. Kiedy odświeżona i przebrana weszłam do salonu, na stoliku już czekała na mnie gorąca czekolada z masą bitej śmietany, karmelu oraz wiórek kokosowych na wierzchu. Uśmiechnęłam się delikatnie na ten widok i zajęłam miejsce na  fotelu, który był zawieszony na dużym łańcuchu umocowanym klamrą przy suficie. Calum zajmował miejsce tuż obok, na skraju sofy. Cisza panowała w pomieszczeniu, które oświetlała tylko niewielka lampka za nami. Złapałam nasz ulubiony napój. Stuknęliśmy się kubkami i ze śmiechem napiliśmy się czekolady. Bita śmietana pozostawiła po sobie ślad nad naszymi ustami, przypominający wąsy, co rozbawiło nas jeszcze bardziej. Po chwili chichotów zapadła cisza i to ta z najgorszych... Ta smutna cisza, taka grobowa. Oboje myśleliśmy o tym samym. W sumie ciężko było o tym nie myśleć. Po chwili się odezwałam.
- Myślisz, że tak po prostu miało być? - odezwałam się niepewnie, spoglądając na chłopaka. Zastanowił się przez moment.
- Tak - odpowiedział. - Według mnie nic nie dzieje się bez powodu - rzekł. 
- Nie wierzę, że już nigdy jej nie zobaczę ... - wyznałam. - Nie usłyszę jej śmiechu - kontynuowałam. - Nie posmakuję jej naleśników ... Nie powiem, że ją kocham ...- tempo wpatrując się w ścianę mówiłam. Chyba brakło mi łez, gdyż żadna nie opuściła swoich ram. W sumie, dopiero wtedy zaczęło do mnie dochodzić co się stało. Zaczęłam rozumieć, że taka jest kolej rzeczy. Te szepty wciąż błąkały się po mojej głowie. Nie chodzi o takie, jakbym łączyła się z zaświatami, ale takie myśli, które przychodzą, lecz wydają się jakby nie własne. Takie ... Wycięte z kontekstu. 
- Michi, błagam ... Wiem, że to bardzo trudne i znam to uczucie z dwojoną siłą. Uwierz, że to minie. Kiedy ludzie, którzy cię kochają są obok, to jest na pewno łatwiej ... Wy mi pomogliście i byliście przy mnie, ja mam zamiar być przy was - zbliżył się do mnie i ucałował moje czoło. Uniosłam kąciki ust z brakiem sił. To prawda. Kiedy Cal miał 16 lat, jego rodzice wyjechali na 20 rocznicę ślubu do Nigerii. Tam zostali zamordowani, a Hood nigdy nie dowiedział się za co stracił rodziców. Owszem, był w pół żywy, ale udało się nam go wyciągnąć z dołka. Resztę już znacie. 
- Dziękuję Cali - nazwałam go pieszczotliwie. Po kilku minutach powrócił do rozmowy.
- Mich, mam ci coś do powiedzenia - oparł łokcie o uda nie puszczając kubka. 
- Tak? - spojrzałam na niego czekając na dalszy ciąg. 
- No bo ... Wiem, że to bardzo trudne dla waszej trójki i reszty rodziny, ale Luke poważnie sobie z tym nie radzi ... On ... - jąkał się zestresowany Calum. 
- Spokojnie - wyszeptałam dla otuchy, łapiąc za ramię bruneta. Nie wiem czy to możliwe, ale wydawało mi się, że czułam bardzo szybki puls chłopaka. 
- Michell, on chciał popełnić samobójstwo - wyrecytował to jak najszybciej. Słowa ciemnookiego obiły się echem w mej głowie. Nie wierzyłam w to co właśnie usłyszałam. Miliard myśli nawarstwiło mi się w sekundę ... Dlaczego? Dlaczego chciał to zrobić?! 



Hejka! Dzisiaj witam Was z takim rozdziałkiem ;) Mam nadzieję, że nie taki zły i da się czytać :3 A tak w ogóle, to słyszeliście już " End of the day " ? :D Według mnie BOSKA! <3 Zakochałam się :) I jeszcze przypomniało mi się, kiedy Harry wciąż powtarzał " At the end of the day! " :) 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 
P.S. Gdyby ktoś jeszcze nie słyszał EOTD :) ---> KLIK
TEKST ---> KLIK

niedziela, 8 listopada 2015

Imagin Louis zmówienie

- Ewa, nie możesz tak ryzykować - kontynuowała moja przyjaciółka szeptem.
- Dobrze, pogadajmy o tym później. Jest lekcja - warknęłam cicho.
- Cisza! - krzyknęła nauczycielka fizyki.
- Tak jest pani Hriffics - w duecie przytaknęłyśmy. Po lekcji Crisanda zaciągnęła mnie do szatni, gdzie mało kto przebywał w środku zajęć.
- Ewka, to dawno przestało być zabawne. Nie możesz uciec z internatu! - prawie niesłyszalnie mówiła. Przewróciłam teatralnie oczami.
- Crisa, ja tu dłużej nie wytrzymam. Ciągła dyscyplina, modlitwy i inne bezużyteczne bzdety. To nie dla mnie, chcę odnaleźć nową siebie i zacząć żyć po swojemu, a stanie się to dzisiejszej nocy - wyjaśniłam. Dziewczyna wiedziała, że dalsze sprzeczki nie mają szansy mnie przekonać, więc odpuściła.
Przygotowałam się idealnie. Tuż po zgaszeniu świateł wymknęłam się przez okno, żegnając się wcześniej z przyjaciółką. Wybiegłam poza teren szkoły i mknęłam przez pustą ulicę miasta przed siebie. Nie wiedziałam c zrobię, gdzie się zatrzymam, ani jak będę żyła. Szukałam otwartego lokalu, który nie wyglądał podejrzanie. Znalazłam jakąś jadłodajnie. Było tam zupełnie pusty. Za ladą stała jedynie starsza latynoska z masą makijażu na twarzy i gazetą w rękach. Nieelegancko żuła gumę obserwując moje niepewne ruchy. Usiadłam na stołku zaraz obok kobiety.
- Dobry wieczór - odezwałam się. Nie odpowiedziała. - Czy... - chciałam kontynuować, ale mi przerwała.
- Louis! Błagam chodź tu, muszę iść zapalić! - krzyknęła wchodząc do kuchni. Tymi samymi
Drzwiami po chwili wszedł wysoki brunet, o niebieskich oczach. Miał na sobie luźne jeansy z dziurami, białą koszulkę bez rękawów i czarny fartuch kuchenny z plamą od sosu. Stanął naprzeciw mnie, opierając się o blat. Patrzał mi prosto w oczy, co onieśmielało.
- Słucham - odezwał się. No tak, wpijałam swój pełen podziwu, jego urody, wzrok i milczałam jak chora umysłowo ~ głupia.
- Em... - zająknęłam się zestresowana, spuszczając głowę. - Chciałam zapytać czy i gdzie znajdę jakiś nocleg - nieśmiało rzekłam. Wydał się zaskoczony.
- Podróżniczka czy hipiska? - zapytał prawie pewien dwóch opcji. Pokiwałam przecząco głową. Wydał się zaciekawiony.
- Jestem tutejsza - odparłam.
- Czyli uciekinierka? - drążył temat.
- Powiedzmy - przełknęłam ślinę ukradkiem zerkając na twarz Louis'a ( jak się dowiedziałam ) .
- Bezdomna? - zdesperowany wydusił.
- Nie - krótko rzekłam.
- Mogę, więc dowiedzieć się czegokolwiek? - zaśmiał się cicho. Przygryzłam nieumyślne dolna wargę. Czułam rumieńce palące me poliki.  Nie miałam pojęcia dlaczego się tak zachowywałam.
- To sekret. Jeśli obiecasz dyskrecję, zaufam ci i powierzę go - puściłam oczko do bruneta. Uniósł kąciki ust.
- Obiecuje - zarechotał.
- Urwałam się z  szkoły z internatem numer 190 imienia Einsteina dla dziewczyn - dumna powiedziałam.  W tamtej sekundzie mina mu zżedła.  Nie wiedziałam o co mu chodzi. Zaczęłam się obawiać.
- Żartujesz?  - jęknął. - To najbardziej zdyscyplinowana szkoła w kraju... Mieszka się tam od dziecka,  ty   Tak po prostu uciekłaś? - wydukał. - Zero domu w okolicy, pracy i znajomych... Nie możesz wrócić, bo spotka cie kara cielesna... Dlaczego? - przerażony składał zdania z trudem.
- Może i nie mam i może nie wiem co to znaczy prawdziwe życie, ale chcę się przekonać - wzruszyłam ramionami. - Po to tu jestem, aby znaleźć jakiś nocleg - rzekłam. Nadal gapił się na mnie jak na wariatkę.
- Yh... - potarł kark nerwowo. - Nie wiem, ale raczej nie znajdziesz niczego na już i to w nocy. To nie jest sprawa, którą można załatwić w pół godziny - wyrecytował.
* Oczami Louis' a
- Nie wiem, ale raczej nie znajdziesz niczego na już i to w nocy. To nie jest sprawa, którą można załatwić w pół godziny - powiedziałem. Dziewczyna wzruszyła tylko ramionami i oddaliła się ode mnie. Zajęła miejsce przy stoliku pod ścianą i oglądała kartę dań. Nie wiedziałem co się dzieje. Jak zalety Wpatrywałem się w brunetkę.  Podziwiam ją, że miała odwagę zawalczyć o swoje ambicje i marzenia. Po chwili z transu wywodzi mnie jej głos.
- Po proszę tosty z serem i sosem - zawołała.  Przez parę sekund nie wiedziałem co zrobić,  ale zaraz ruszyłem do kuchni wypełnić jej zamówienie. Kiedy skończyłem, Teresa podała tosty zielonookiej.  Nasza jadłodajnia była całodobowa, lecz mało kto się pojawiał o tej porze, zwłaszcza bezdomne uciekinierki. Martwiłem się o nią. Wyglądała na bezbronną i łatwowierną. W NYC to nie mogło przejść. Ulice były niebezpieczne, nawet za dnia. Ona nie wiedziała nic o prawdziwym życiu. Nie wiem czemu, ale wzbudziła we mnie wiele emocji. Podziw, współczucie, troskę... Tak - martwiłem się o nią.
- Louis - usłyszałem ściszony głos Teresy. Podszedłem do okienka. - Koniec twojej zmiany - oznajmiła. - Spójrz - pokazała za siebie kciukiem. Wychyliłem głowę za ramie kobiety. Ujrzałem śpiącą nieznajomą na stoliku. Uśmiechnąłem się na ten widok. - Co z nią zrobimy? - zapytała rozbawiona.
- Zaraz się przebiorę i zajmę się nią, a ty przypilnujesz, żeby bułeczki na jutro się nie przypiekły - puściłem oczko do latynoski i odszedłem. Zmieniłem spodnie na czarne, koszulkę na świeżą i poprawiłem włosy.
- Powodzenia księciuniu - zaśmiała się Teresa mijając mnie w kuchni.
- Dzięki - zarechotałem wychodząc - Pa - rzuciłem.
- No trzymaj się - usłyszałem. Wybrałem numer do Feliksa.
- Tak? - odezwał się swoim głębokim głosem.
- Podjedź proszę i przekaż Grace, aby uszykowała pokój gościnny - poprosiłem. Starszy mężczyzna przytaknął i się rozłączył. Zbliżyłem się do brunetki, unosząc kąciki ust. Założyłem na plecy jej plecak i ująłem ją na ręce. Nawet nie zamarudziła. Spała jak zabita. Ułożyłem ją w samochodzie. Zaniosłem do sypialni. Grace zmyła makijaż zielonookiej i rozpuściła spięte w kucyk włosy. Przebrała dziewczynę w koszulkę sportową i przykryła. Ja wziąłem prysznic, pożegnałem gosposię i udałem się do łózka.
- Dzień dobry Grace - przywitałem siwą panią w kuchni.
- Witam - posłała mi uroczy uśmiech nie przestając sprzątać. Podała mi kawę. Ująłem gazetę w dłoń i zacząłem ją czytać popijając spokojnie gorący napój. Po chwili dźwięk otwieranych drzwi rozległ się po apartamencie. - Oho, chyba królewna się zbudziła - zażartowała Grace. - Ja już kończę i uciekam do domu, bo dzisiaj Carlos przyjeżdża mnie odwiedzić - oznajmiła.
- Pozdrów go - rzekłem serdecznie.
- Dziękuję - pomachała mi wychodząc tylnym wyjściem. W kuchni pojawiła się przerażona zielonooka. Podparłem głowę o rękę, zgiętą w łokciu umieszczoną na blacie.
- Dobry - odezwałem się radośnie. Wydawała się zaskoczona. Oczywiście, miała do tego prawo. Nie obudziła się w znanym sobie miejscu.
- Co ja tu robię? - wystraszona wydukała.
- Zasnęłaś w barze, więc zabrałem cię do siebie - odpowiedziałam, jakby była to najprostsza rzecz na świecie. Przeskanowała wzorkiem całe pomieszczenie.
- Mieszkasz tu? - zapytała nie dowierzając. - W tym pałacu? - dotykając ścian z podziwem jęknęła. Zaśmiałem się pod nosem.
- To aż takie dziwne? - zmarszczyłem brwi. Speszyła się i odstąpiła w swoje wcześniejsze miejsce zakłopotana.
- Nie, po prostu pracujesz w takim miejscu, że się nie spodziewałam - nieśmiało przyznała. Zapadła dłuższa chwila milczenia. - Dziękuję ci, że mi pomogłeś. Przepraszam za kłopot i zaraz schodzę ci z oczu ... - już chciała uciec.
- Poczekaj! - zawołałem, a ona jak na rozkaz zatrzymała się w miejscu. - Podejdź tu i usiądź - poprosiłem spokojnie. Zerkając na mnie ukradkiem zajęła miejsce niedaleko mnie. Podsunąłem jej pod nos tosty z serem oraz sosem i herbatę. Rumieniec zalał policzki brunetki. - Zjedz śniadanie - nakazałem troskliwie. - Nie musisz " schodzić mi z oczu " - odezwałem się, kiedy spożywała posiłek nieśmiało. - Jesteś tu mile widziana. Możesz zamieszkać tu ze mną, jeżeli tylko chcesz. Dla mnie to żaden problem - wyznałem. Wpiła we mnie swój zszokowany wzrok zastygając w jednej pozie.
- Nie, nie ... Ja nie mogę ... - wstała od blatu i się cofnęła.
- Spokojnie. Nic ci nie zrobię, chcę ci tylko pomóc - starałem się uspokoić.
- Ale nie chcę się nikomu narzucać - zawstydziła się po raz kolejny.
- Wróć na miejsce - poprosiłem. - Wiem, jak to jest być na twoim miejscu. Też uciekłem, ale z kraju przed rodziną, która zmuszała mnie do różnych głupstw - zacząłem, kiedy wypełniła mój " rozkaz " . - Wyjechałem i miałem tylko siebie i bagaż. Zacząłem pracować w jadłodajni i nocowałem w kartonach - wyznałem. Ślepia dziewczyny się powiększały. - Każdego dnia do baru przychodził pewien staruszek, któremu bardzo przypadłem go gustu ... - dziwnie na mnie spojrzała. - W sensie polubił mnie. Rozmawiałem z nim i pomagałem zanosić zakupy itd. Po roku zmarł. Jak się okazało przepisał mi wielki majątek, naprawdę dużo pieniędzy i to mieszkanie. Otrzymałem dar od niebios i jestem gdzie jestem. Pracuję w jadłodajni, bo to miejsce przypomina mi gdzie kiedyś byłem i jaki los na loterii wygrałem. No, a przede wszystkim jak troskliwego człowieka miałem zaszczyt spotkać. Chcę ci pomóc, abyś nie musiała nocować w metrze, jak mi się zdarzało. Uwierz, to nie jest miejsce dla niepełnoletnich dziewczyn - wyrecytowałem troskliwie. Widać było, że zaciekawiła ją moja historia.
- Wow - westchnęła. Chyba już się rozluźniła. - Dziękuję ci, skorzystam z propozycji. Tylko... Ty wiesz, że ja mam 20 lat? - zapytała rozbawiona.
- Co?! - niemal krzyknąłem. Popadła w niekontrolowany napad chichotu.
- Tak, tylko w mojej szkole uczyć się trzeba do 21 roku życia - wyznała.
- Boże! Przepraszam cię - zażenowany dukałem.
- Spokojnie, potraktuję to jako komplement. Czuję się młodo - puściła mi oczko. Kto by pomyślał, że jestem takim szczęściarzem... Spotkałem kogoś kto pomógł mi się wybić, a dzięki temu, że pragnąłem się stać taki sam - zdobyłem Ewę ~ najpiękniejszą, najmądrzejszą i najukochańszą kobietę na świecie ~ moją żonę ...



Hejka! Oto imagin dla Ewci :) Kochana mam nadzieję, że nie taki zły i, że się nie zawiedziesz :3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

sobota, 7 listopada 2015

Imagin Harry

Pochodzę z normalnej rodziny... No dobrze, może nie jest ona do końca zwyczajna. Moi rodzice się rozwiedli jak byłam dzieckiem, więc nie pamiętam za dobrze jaką tworzyli parę. Ojciec znalazł sobie kobietę i wspólnie dali mi młodszego braciszka. Mieszkałam z mamą i od czasu, do czasu jej bratem, który żył jako wolny ptak i skakał z miejsca na miejsce. Zajmował się podróżowaniem i rzadko kiedy przebywał w rodzinnym mieście, a kiedy już to robił - gościł u nas. Ogólnie miałam dobry kontakt z mamą. Była wyrozumiała, tolerancyjna i otwarta na propozycje XXI wieku. Mówię o tych całych "chorobach cywilizacyjnych dzisiejszej młodzieży". Dobrze mi się z nią rozmawiało i powierzałam jej tyle sekretów, na ile mogłam być pewna, że mnie nie zawiedzie. Wiadomo, nie dzieliłam się informacjami typu " No bo Cassidy odbiła mi chłopaka, który mi się skrycie podoba i nikt o tym nie wie. " albo " Kirk ( którego z resztą nie znasz ) sypia z matką Toma ( którego też nie kojarzysz ), ale jej ufałam. Niestety nigdy nie miała szczęścia do facetów. Ten - kryminalista, tamten - zboczeniec. Ciężko było jej znaleźć odpowiednią partię. Miałam niemal szesnaście lat, kiedy znalazła Rob'a. Przyznam, że przystojny i inteligentny. Wiadomo, że spędzała z nim mnóstwo czasu, aby poznać potencjalnego partnera życiowego. Jednak z czasem zaczęło się to robić uciążliwe. Kiedy jej najbardziej potrzebowałam, kiedy stres z związku ze szkołą i innymi głupotami zwalił mi się na głowę, to jej nie było. Każdy weekend spędzała z Robertem. Rozmawiałyśmy od wielkiego dzwonu o moich sprawach. Wiecznie nie miała czasu, była zajęta albo umówiona. Brakowało mi matki, kompletnie ją straciłam. Nie mogłam się zwierzyć, poprosić o pomoc. Zaczęłyśmy się kłócić. Dzień za dniem oddalałyśmy się od siebie. Zaczęłam robić się samotna. Wracała późnymi wieczorami, a ja miałam dość milczenia i niepewności czy wróci bezpiecznie. Nie chciałam dłużej żyć z martwieniem się o to, czy zastanę ją o tej 1.00 w nocy. Kompletnie nie zwracała na mnie uwagi. Postanowiłam też znaleźć sobie coś co zajmie mi czas. Moje towarzystwo raczej było nudne. Przyjaciółki interesowały tylko zakupy, których miałam dość, a koledzy potrafili jedynie grać. Nadszedł nowy rok szkolny. Zmieniłam szkołę. Poznałam kilka nowych osób. Przyznam, że ich podejście do życia mnie zaintrygowało. Z tego co słyszałam to imprezowali i świetnie się bawili. Bardzo chciałam znaleźć się w kręgu takich ludzi. Często z nimi rozmawiałam i coraz bardziej się zmieniałam. Mama nawet nie zauważyła, że zrezygnowałam z kolorowych sweterków na rzecz ciemnych ubrań w stylu rockowym. Na mojej twarzy lądował makijaż, czego nigdy wcześniej się nie zdarzało. Nie ładowałam sobie tapety na twarz, lecz korektor, tusz, ciemne szminki dodawały mi pazura. Obcięłam swoje sięgające pasa włosy, tak że nie wychodziły poza obszar łopatek. Stałam się nową wersją siebie, ale nawet nie spostrzegła. To, że tata mieszkał daleko dodawało mi pewności i odwagi. Nie mógł mi niczego zabronić ani zamknąć w ciemnym pokoju, abym tego nie robiła. Niby tego nie chciałam, ale w środku bardzo brakowało mi opieki i troski ze strony bliskich. Kompletnie wkręciłam się w imprezowanie. Zaczęłam pić i popalać trawkę. Papierosy jakoś mi nie podchodziły, choć próbowałam kilka razy. Na jednej z przedświątecznych domówek zauważyłam pewnego chłopaka. 
Z końca pomieszczenia można było zauważyć burzę loków na jego głowie. Był postawny, a jego ramiona pokrywały tatuaże. Popijał piwo prosto z butelki stojąc pod ścianą. Wkroczyłam na parkiet z nadzieją, że dołączy. Poruszałam się normalnie, nie lubiłam zachowywać się jak puszczalska szmata, co w zwyczaju miały niektóre z moich znajomych. Ja byłam sobą, nareszcie czułam, że żyje. Po kilku tańcach zrozumiałam, że nie ma zamiaru do mnie dołączyć. Udałam się do łazienki. Poprawiłam włosy i przejechałam szminką po ustach. Kiedy wyszłam z pomieszczenia i miałam zamiar udać się na dół wpadłam na tego chłopaka. Uśmiechnął się przelotnie łapiąc mnie za łokcie, abym nie upadła.
- Przepraszam - podniosłam wzrok i spotkałam te jego hipnotyzujące zielone ślepia. Nie odrywałam spojrzenia od niego przez chwilę.
- Nic się nie stało, ale uważaj, bo możesz zrobić sobie krzywdę słońce - puścił do mnie oczko, odrywając ode mnie ręce. 
- Zapamiętam - uniosłam kąciki ust. 
- Jak masz na imię ? - zapytał.
- (T.I) - przedstawiłam się. 
- Harry - ściskając mą dłoń, ucałował jej zewnętrzną część. 
- ... - do końca wieczora rozmawialiśmy ze sobą. Bardzo go polubiłam. Był starszy o trzy lata i pracował w zakładzie motoryzacyjnym, gdzie składał samochody do kupy. Sporo się o sobie dowiedzieliśmy. Wydał mi się taki zadziorny, ale przestrzegający prawa. Nie zbir, ale bad boy. Coś mnie w nim pociągało, naprawdę bardzo. Spotykaliśmy się niemal każdego dnia. Przyjeżdżał po mnie pod szkołę. Zmienił mnie na tą bardziej spokojną wersję. Już tak nie imprezowałam. Przynajmniej nie pięć razy w tygodni, jak się to zdarzało wcześniej. Zabierał mnie w różne miejsca. Pewnego ciepłego dnia, jak na marzec, dnia zabrał mnie na spacer po lesie. 
- Nie podoba mi się to jak się ubierasz - wyznał w związku z rozmową.
- To znaczy? - zapytałam.
- To znaczy te wszystkie skórzane spodnie i ciemne hard rockowe bluzki nie pasują do ciebie. Ty nawet nie słuchasz takiej muzyki. Mówiłaś, że kiedyś ubierałaś się inaczej i nie potrzebowałaś makijażu. Chciałbym cię taką zobaczyć - wyrecytował. 
- No nie wiem Hazz - tak na niego mówiłam. - Dawno nie zakładałam swoich starych rzeczy. Mówiłam ci, że to taka odskocznia od tego co w domu - jęknęłam.
- Zrób to dla mnie - poprosił. 
- Ale... - zająknęłam się. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć przewrócił teatralnie oczami i przerzucił mnie sobie przez ramię. Śmiałam się w głos kiedy posadził mnie na motorze, włożył mi na głowę kask. Po kilkunastu minutach dotarliśmy do mojego domu. Pociągnął mnie za rękę na piętro i posadził na moim łóżku. Podszedł do szafy i ją otworzył. Na najwyższej półce zauważył kolory, więc tam sięgnął. Wybrał niebieski sweter i jasne jeansy z dziurami. 
- Załóż to - nakazał. 
- Dobra - westchnęłam. Wiedziałam, że z nim nie wygram. Trafiłam do łazienki i zamknęłam się na klucz w pomieszczeniu. 
- Zmyj to świństwo z twarzy! - krzyknął z sypialni. Pokiwałam przecząco głową z niezrozumieniem w odpowiedzi , choć wiedziałam, że tego nie zobaczy. Posłusznie przeciągnęłam przez głowę sweter i opięłam nogi rurkami. Kilka razy przejechałam nawilżonym wacikiem po buzi i wyszłam. Przemknęłam przez korytarz i zaraz znalazłam się w swoim pokoju. Harold spoczywał na mojej pościeli stukając w swoją komórkę. W pierwszej chwili w ogóle mnie nie zauważył. Poprawiłam włosy tak, aby nie było widać mojej całej twarzy, a tylko jej niecałą połowę. Postawiłam jeszcze kilka kroków przed siebie. Hazz spostrzegł mnie przed sobą. Zanim dokładnie mi się przyjrzał, wstał i zbliżył się. - Podnieś głowę - poprosił ze śmiechem. Zakryłam buzię dłońmi i uczyniłam prośbę lokatego. -  (T. I)! - krzyknął rechocząc. Oderwał moje dłonie, a ja zamknęłam oczy i wystawiłam język, aby odwrócić jego uwagę. - Uspokój się - poprosił. 
- Nie, bo wyglądam bleee - powiedziałam. 
- Nie prawda. Wyglądasz lepiej niż wcześniej - rzekł zakładając kosmyk włosów za me ucho. 
- Serio? - prychnęłam. 
- Tak - odparł. - Bardziej mi się tak podobasz - przyznał. - Załóż jeszcze to - podał mi sukienkę, utrzymaną w różanym kolorze. Od razu posmutniałam. Odebrałam wieszak od chłopaka i dokładniej przyjrzałam się jej. Lekki uśmieszek zabłysnął na mych ustach, a w oczach pojawiły się łzy.
- Coś nie tak? - zapytał. 
- Nie, nie - odparłam. - Po prostu... Mama mi ją kupiła na bal dawno, dawno temu i wtedy jeszcze byłyśmy... Blisko - wydukałam. Chyba chciał coś powiedzieć, ale ja odeszłam i pomknęłam do toalety, aby znów się przebrać. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia. Ta kreacja przywoływała mnóstwo wspomnień. Z rytmu wybił mnie głos matki.
- (T.I) ? - zapukała do drzwi. Bez zastanowienia je otworzyłam i postawiłam krok w przód. Zmierzyła mnie wzrokiem i u przytuliła mocno. Po raz pierwszy od miesięcy... Poczułam, że jednak o mnie nie zapomniała. 
- Córciu, przepraszam. Tak bardzo cię przepraszam, że wcale nie umiałam się z tobą porozumieć, ale kompletnie straciłam głowę. Nie wiem co we mnie wstąpiło. Przysięgam, że już nigdy tego nie zrobię - łkała. To była sprawka Harold'a. Wiedział kiedy to zrobić i jak. Od zawsze chciał mnie zmienić, nie dlatego, że mu nie pasowałam. Dlatego, że wiedział, iż nie jestem taka za jaką się podaję. Miał rację. Tak wiele zmienił w moim życiu. Sprowadził mnie do parteru, ale nie do kompletniej nudy. Oderwał mnie od czerni i make-up'u i starał się pogodzić z matką. Przyznam, że nie natychmiast było pomiędzy nami idealnie. Długo zmagałyśmy się z nadrobieniem straconych chwil. W sumie, to i tak nie jest jak było dawniej, ale pracujemy nad tym i zmierzamy ku dobremu. Co do mnie i Harry'ego... W wakacje zbliżyliśmy się do siebie i zaczęliśmy spotykać w charakterze chłopak - dziewczyna. Poczułam coś do niego, z wzajemnością. Zostaliśmy parą i jestem szczęśliwa, nawet bardzo. Nauczyłam się czegoś, że niczego nie można żałować. Gdyby kontakt z mamą się nie zepsuł, nie spotkałabym Harry'ego. Sytuacja ma swoje plusy i minusy, ale ja wolę dostrzegać pozytywy...



Hejka! Imagin napisany pod napływem emocji, więc proszę nie bądźcie źli że jest taki nijaki -.- Ostatnio chyba spójność się mnie nie trzyma :/ 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

czwartek, 5 listopada 2015

Little Sweet Angel 76

 Luke starał się zgrywać silnego, gdyż pragnął nas wesprzeć, lecz było po nim widać, iż bardzo boli go serce. Uważam, że on od zawsze najbardziej był zżyty z rodzicielką, ponieważ nigdy nie wyjechał na stałe z miasta i polegał na nich. Ja od zawsze stanowiłam ideał dziadków, a Tats to córeczka tatusia. Jednak to nie umniejsza nas w obliczu tego jakim uczuciem darzyliśmy matkę. Już zaczynało mi jej brakować, bardzo. Nie wiedziałam jak sobie z tym wszystkim poradzę. Tyle złego na raz się  na mnie zwaliło. Psychicznie czułam się wycieńczona, ale chociaż fizycznie się u mnie poprawiło. Z całego stresu zaczęłam więcej jeść, co wychodziło tylko na plus. Jednakże, to wcale mnie nie pocieszało. Chyba nic, ani nikt nie był w stanie...
***
- Pójdę się położyć - oznajmiłam. Przytaknęli i puścili mnie wolno. Oczywiście okłamałam ich. Wyczekałam moment, ubrałam płaszcz, buty i wyszłam z domu. Liście powoli spadały z drzew. Wrzesień dopiero stawiał swoje pierwsze kroki, ale aura przybierała zupełnie jesienny charakter. Wietrzyk rozwiewał moje rozpuszczone włosy, uderzając w moją twarz. Włożyłam ręce w kieszenie i szłam sama nie wiem gdzie. Nie miałam obranego celu. Po prostu marzyłam, aby wyrwać się z domu, w którym wszystko przypominało mi matkę. Kiedy przechodziłam obok księgarni zauważyłam kogoś, kogo bardzo długo nie widziałam. Zaskoczona uchyliłam drzwi, które zahaczyły o dzwonek dający znak o przybyciu klienta. Dziewczyna układająca lektury na półki odwróciła się do mnie przodem z radosnym wyrazem twarzy.
- Dzień do... - nie dokończyła. Uśmiech natychmiast zmazał się z ust brunetki, a ostatnia książka wypadła z jej rąk.
- Emma? - z niedowierzaniem odezwałam się. 
- Michell? - zasłoniła buzię z załzawionymi oczami. Po niecałych trzech sekundach wylądowałyśmy w swoich ramionach płacząc ze wzruszenia. 
- Nie wierzę, że tu jesteś - przyznałam.
- Wróciłam z Sydney osiem miesięcy temu. Rodzice zostali, ale ... Nie mogłam z nimi zostać, bo nie akceptowali mojego nowego życia i wszystko się skomplikowało - wyjaśniła. 
- Ale co się... ? - w pół zdania weszła mi wyskakująca zza regału ruda dziewczynka.
- Mamo! Króliś mnie uglyzł! - pokazując wskazujący palec marudziła. Emma uklęknęła i obejrzała rankę. Pocałowała obolałe miejsce i pogłaskała ciemnooką po głowie. Kolejno powstała uśmiechając się do mnie i przyciskając rudzielca do nogi. Malutka nieśmiało objęła udo Em. 
- Masz córkę? - ułożyłam dłoń na klatce piersiowej rozczulona.
- To Mia - przedstawiła mi dziewczynkę. Zniżyłam się do poziomu jej wzrostu, spoglądając w oczy Mii. 
- Hej Mia - przywitałam się z nią. Schowała się za nogą matuli tak, że widziałam jedynie połowę twarzy malutkiej. - Jestem Michi - powiedziałam. - Kiedyś byłyśmy nierozłączne z twoją mamą, wiesz? - zapytałam spoglądając na Emmę. - Miło mi cię poznać - rzekłam. Powoli odsunęła się od matki z niepewną miną.
- Michi - powtórzyła przyglądając mi się dokładnie. Założyłam kosmyk jej prostych włosków za ucho i wstałam.
- Kochanie, idź pobaw się, dobrze? - zaproponowała Em. Dziewczynka po chwili zniknęła. - Bardzo przykro mi z powodu... - zaczęła smutno.
- Nic nie mów - poprosiłam zbolałym głosem. Nie wytrzymałam, znów popadłam w histerię. Bardzo potrzebowałam obecności Emmy. Bardzo za nią tęskniłam. Przytuliła mnie mocno szepcząc słowa pocieszenia do ucha. Niegdyś byłam z nią niemal tak blisko, jak z Tatianą. Była ode mnie ponad rok starsza. Kiedy miałam piętnaście lat wyjechała z rodzicami do Australii i urwał się nam kontakt. Bardzo ucieszył mnie jej widok. Kiedy się już uspokoiłam, rozmawiałyśmy o wszystkim i niczym. Pozwoliło mi to zapomnieć o wszystkich problemach, choć na moment. Zawsze była dla mnie bardzo ważną osobą i pogadanka z nią stanowiła skuteczne lekarstwo. Po dwóch godzinach, odruchowo złapałam za komórkę. Na wyświetlaczu zobaczyłam mnóstwo nieodebranych połączeń. To od Tati, Luke'a, mnóstwo od Cala. Ale zdecydowanie najwięcej razy, kontaktu ze mną szukał Harry. 
- O Boże ...- westchnęłam niepociesznie. - Wybacz mi na minutę, muszę zadzwonić - przeprosiłam przyjaciółkę odchodząc. Weszłam pomiędzy ostatnie regały wybierając numer ukochanego. Już po pierwszym sygnale odebrał.
- Michell! Gdzie ty się podziewasz?! - przerażony wykrzyczał.
- Spokojnie, jestem u starej znajomej w księgarni - poinformowałam go bez emocji. Przed oczami stała mi jego wystraszona mina. Żałowałam, iż nie odezwałam się do nikogo wychodząc na tyle czasu, lecz potrzebowałam odizolować się od rzeczywistości. Usłyszałam jak oddycha, aby się uspokoić, co miał w zwyczaju. - Przepraszam - jęknęłam.
- Najważniejsze, że nic ci nie jest - westchnął. Dawniej zrobiłby mi awanturę, ale wtedy wszyscy wiedzieli, że to nie na miejscu.
- Hazz, ja dzisiaj nie wrócę na noc - oznajmiłam.
- Co? Dlaczego? - zapytał zaniepokojony.
- Przenocuję u Emmy. Proszę - poprosiłam.
- Ehh... Dobrze słońce - zgodził się. Oczywiście, że nie czułam się dobrze z tym, że go okłamuje. Mimo to, potrzebowałam chwili dla siebie. Kochałam Styles'a jak nikogo w świecie, lecz w tamtej chwili pragnęłam odseparować się od ukochanego, aby nie zniszczyć związku rozpaczą jaka ode mnie biła.
- Wrócę rano - powiedziałam.
- Obiecujesz? - zapytał uroczo.
- Obiecuję - przyrzekłam pewnie.
- Kocham cię, trzymaj się kwiatuszku - cmoknął do słuchawki.
- Ja ciebie bardziej, pa - rozłączyłam się wesołym akcentem. Oparłam się o ścianę wzdychając. Przymknęłam oczy, aby po chwili je otworzyć. Wróciłam do przyjaciółki. Porozmawiałam z nią do godziny 19.00. Na dworze panował już zmrok, więc pożegnałam się z nią. Nie zadawała zbędnych pytań, co było absolutnie dobre. Wyszłam na dwór. Znalazłam się w parku. Usiadłam pod drzewem naprzeciw stawku i zaczęłam histerycznie płakać. Wykrzyczałam wszystkie swoje pretensje do świata, wyzwiska i żale. Przyznam, że poczułam się nieco lepiej. Kiedy uspokoiłam się na tyle, aby obraz nocy się nie rozmazywał, na końcu wąskiej alejki dębów ujrzałam mężczyznę ubranego w biel. Stał zbyt daleko, abym mogła zidentyfikować twarz chłopaka. Na pewno wiedziałam, że jest młody, coś około 22 lat. Zaczął się do mnie zbliżać, ale nie bałam się go. Czuć było, że nie chce mi nic zrobić. Sama nie wiem dlaczego tak sądziłam. Zajął miejsce obok mnie, a ja obserwowałam każdy z ruchów bruneta.
- Kim jesteś? - zapytałam niepewna.
- Czy to ważne? - nie lubiłam kiedy ktoś tak odpowiadał, a właściwie tego nie robił. Ale akurat wtedy nie miałam humoru na wywiady.
- W sumie to nie - prychnęłam pociągając nosem.
- Też czasem lubię tak wykląć wszechświat - przyznał. Zapadła chwila milczenia, którą spędziliśmy na gapienie się w gwiazdy. Zachowywał dystans, co było komfortowe. - Ale czasami to cholerstwo i złośliwość z jego strony wychodzi na korzyść - dodał. Spojrzałam w jego ciemne oczy, które wyróżniały się blaskiem nawet po zmroku.
- Oświeć mnie, niby w jaki sposób - parsknęłam nie wierząc.
- Życie nie może być idealne, świat byłby nudny - niby odparł, lecz jakby nadal nie znałam odpowiedzi.
- Ale weselszy - stwierdziłam.
- Nie prawda. Gdyby wszystko było idealne, to nie byłoby się z czego cieszyć. Wszystko monotonne i niczym nie wyróżniające się - miał rację. Spotkałam bardzo inteligentnego człowieka.
- Uważasz, że płacz, smutek są lepsze niż szczęście? - nadal starałam się jakoś wygrać. Nie mam pojęcia czemu tak rywalizowałam i starałam się go zagiąć.
- Łzy to skutek przemijania po czymś co było wspaniałe. Tak zatacza się koło, a życie zmienia barwy - recytował wpijając wzrok w górę. Oblizałam dolną wargę ze zdumienia - jedno z moich dziwnych przyzwyczajeń.
- Jak to? - dociekałam. Pragnęłam go słuchać. Sensem swoich słów pieścił moje uszy. Mówił tak pięknie. Zdumiewające jak bardzo wierzył w to co recytował. Czysta poezja.
- Jak pogoda. Jest słońce, nadchodzą chmury i pada deszcz. Słońce znów wyłania się za nich i pojawia się tęcza. Ulewa ustępuje, tęcza zostaje jeszcze na moment. Kolejno słońce świeci i to samo od nowa - wyjaśnił. Uśmieszek przebiegł przez moją twarz.
- W takim razie to też monotonia - stwierdziłam.
- Ale przynajmniej coś się zmienia, a gdyby perfekcja zagościła na świecie to nie mielibyśmy powodów to euforii. I tak zawsze by się nam udawało - wzruszył ramionami.
- Bóg popełnił kilka błędów w tworzeniu świata - odezwałam się.
- Nie prawda. To my pomyliliśmy się w jego rozwoju. To zależy już tylko od nas - bezsilnie się uśmiechnął. - Zawsze jest kilka wyjść i dla każdego przypisana jest jakaś historia. Jeden wybór - jedna, drugi - druga - wyrecytował. - Trzeba wierzyć w siebie, bo to jedyna osoba, która może ci pomóc. Uwierz, nawet najbliżsi nie podejmą za ciebie decyzję - zerknął na mnie. - Oni szybko odchodzą, my też odejdziemy i będą po nas cierpieć. Dlatego powinniśmy doceniać dzisiaj i ich obecność, bo niebawem może stać się nieobecnością... - rzekł i tak po prostu wstał i odszedł...




Hejka! Wybaczcie, że tak późno ;) Dopracowywałam rozdział na zupełnie inną okazję :3 Mam nadzieję, że się spodoba =^.^=
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

środa, 4 listopada 2015

Uninhabited 10

Te jej przesadzone twierdzenie: " Dam radę sobie sama" , wydawało mi się nad wyraz śmieszne i urocze. Chyba jedyną wadą, którą w niej postrzegałem była właśnie niewiara w samą siebie. Wszystko inne stanowiło dla mnie w Julii ideał. Nie chciałem, żeby się zmieniała. Pragnąłem, aby tylko stosunek blondynki do siebie uległ małej rewolucji. Wszystko inne mogło zostać jakie było, a nawet musiało. Bałem się powrotu do rzeczywistości, wszystko mogło wyparować. Chwile - to co się liczy w życiu, wtedy zacząłem doceniać to jak nigdy wcześniej...
***
Przeniosłem blondynkę do miejsca, w którym codziennie spała. Ułożyłem się obok dziewczyny, ze skrzyżowanymi pod głową rękami. Wpatrywałem się w jej rozpromienioną buzię. Uśmiech na twarzy niebieskookiej się pogłębiał. Wiedziałem, że zwiastuje to jej kolejny nocny monolog.
- Dzisiaj... Było wspaniale - szepnęła nie otwierając oczu. - On jest idealny. Traktuje mnie jak jeszcze nigdy. Ma takie wspaniałe oczy i szczery uśmiech, przy którym ukazują się jego urocze dołeczki... - recytowała. Chichotałem pod nosem słuchając jej komplementów. - Ale się boje... - urwała zdanie w połowie. Nie miałem pojęcia o co może chodzić. Niespodziewanie poruszyła się. Szybko zacisnąłem powieki, na wypadek gdyby się obudziła. Nie chciałem, żeby pomyślała, że jestem psychopatą. Przecież tak nie było. Ja najzwyczajniej uwielbiałem słuchać jak mówi, tylko nie mogłem jej tego wyznać. Uznałaby to za jedną ze swoich wad, co oczywiście nie było prawdą. Jednak po chwili poczułem wtulającą się Julię w mój tors mruczącą jak mały kotek. Już nie recytowała. Zaczęła nucić bardzo ładną piosenkę, której nie znałem. 



I'm on my 14 carats, I'm 14 carat
Doing it up like Midas, mmm
Now you say I got a touch, so good, so good
Make you never wanna leave, so don't, so don't

Gonna wear that dress you like, skin-tight
Do my hair up real, real nice
And syncopate my skin to your heart beating

Cause I just wanna look good for ya, good for ya, uh-huh
I just wanna look good for ya, good for ya, uh-huh
Let me show you how proud I am to be yours
Leave this dress a mess on the floor
And still look good for ya, good for ya, uh-huh

I'm on my Marquise diamonds, I'm a Marquise diamond
Could even make that Tiffany jealous, mmm
You say I give it to you hard, so bad, so bad
Make you never wanna leave, I won't, I won't

Gonna wear that dress you like, skin-tight
Do my hair up real, real nice
And syncopate my skin to how you're breathing

Cause I just wanna look good for ya, good for ya, uh-huh
I just wanna look good for ya, good for ya, uh-huh
Let me show you how proud I am to be yours
Leave this dress a mess on the floor
And still look good for ya, good for ya, uh-huh, uh-huh, uh
Uh-huh, uh-huh, uh

Trust me, I can take you there
Trust me, I can take you there
Trust me, I, trust me, I, trust me, I just wanna look good for ya.


Bardzo spodobało mi się to co usłyszałem. Przez ten utwór lepiej poznałem jej osobowość. Wiedziałem, że ktoś jej to zrobił. Musiało chodzić o coś więcej. Przypuszczałem, że jakiś facet kiedyś utwierdzał ją w tym, że nie wygląda tak jak powinna. Wspominała o przysłowiowych dupkach, których spotkała na drodze. Ah, mimo, że się przede mną otworzyła, to wciąż pozostawała wielką tajemnicą. Nie miałem pojęcia jak się tego wszystkiego dowiedzieć. Musiałem działać subtelnie i delikatnie, aby jej nie urazić. Miałem świadomość tego, że nie natychmiast uda mi się to niej wyciągnąć, lecz pragnąłem spróbować. Później opowiadała tylko o tym jak bardzo nie lubi makaronu, mięsa i innych potraw. Jak bardzo denerwują ją sztuczni, fałszywi ludzie. Uwielbia sport, ale nie koniecznie kręci ją typ zapalonego kibica. Nic szczególnego się nie dowiedziałem, no może jakie kwiaty lubi, ale to była sprawa na inną okazję. Zamilkła kompletnie odlatując na mojej klatce piersiowej. Zasnąłem. Czułem się wspaniale leżąc u jej boku. A poranek? - uuuu... Intensywny...




Hejka! Oto kolejny rozdział :) Mam nadzieję, że się spodoba =^.^= Piszcie ;) 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*  


wtorek, 3 listopada 2015

Save me 5

- Acris ... - wyszeptałem.
- Lou, jest jeszcze coś - dodała podnosząc na mnie wzrok.
- Tak? - drżącym tonem zapytałem. Miałem wrażenie, że to co chce powiedzieć jest czymś wyjątkowym... Czymś czego nikt by się nie spodziewał.
- Bo Adam nie jest ojcem Adley... Prawda jest taka, że to ty ... - dopełniła wypowiedź. Co czułem? Sam nie wiem....
***
- Słucham? - otworzyłem szerzej oczy. Serce na moment mi stanęło. Płacz dziewczyny się pogłębiał, jednak zastygłem jak posąg i nie byłem w stanie jej przytulić, chociaż bardzo tego chciałem.
- Tak, Lou. To ty jesteś tatą Adley - powtórzyła. - Dlatego rozstałam się z Adamem - wydukała. Nie rozumiałem tego.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? -zapytałem cicho.
- Bałam się - odparła. - Martwiłam się, że wtedy to zaburzy naszą przyjaźń i mnie znienawidzisz, bo wiem, że nie cierpisz zdrady. Sprawdziłam czy nie pamiętasz tego imprezowego wybryku, nie pamiętałeś i wtedy chciałam cię od siebie odpędzić, żebyś się nie dowiedział. Później zrozumiałam, że jestem w ciąży. Poinformowałam Adama, ale stwierdził, że nie może być ojcem, gdyż od miesięcy nie spaliśmy ze sobą. Przyznałam się przed nim i zostawił mnie. Chciałam, żebyś miał kontakt ze swoim dzieckiem, ale żebyś nie wiedział, że to twoje. Jak mówię, zniszczyłoby to naszą przyjaźń. Już wtedy kochałam cię inaczej, ale ty nic ode mnie nie chcesz, więc wolałam nie brać cię na litość i łapać na dziecko. Wymyśliłam tą całą historyjkę, aby pomóc sobie i małej, no i po części tobie. Moje uczucie zaczęło się pogłębiać i znów skłamałam z tą wyprowadzką... - wyrecytowała lamentując. Wszystko zaczęło układać się w spójną całość. Nadal nie wiedziałem co czuję. Nie miałem pojęcia, co powiedzieć, jak zareagować. Pustka wypełniła moją głowę. Nie stać mnie było na żaden ruch, postanowiła więc coś jeszcze dodać. - Przepraszam Lou, kocham cię, przepraszam - wyszeptała zbolałym tonem. - Zrozumiem, jeżeli już nigdy nie zechcesz mnie widzieć ... - kontynuowała. Nie mogłem już tego słuchać...
* Oczami Acris
Dusiłam to w sobie od dawna. Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę w stanie przekazać to Louis'owi. Kochałam go, ale nie umiałam przyznać się do tego. Nareszcie zebrałam się na odwagę. Z jednej strony żałowałam, gdyż wiedziałam, iż Tommo może zerwać kontakt z Ad oraz mną. Z drugiej, a zdecydowanie przeważała ona, ulżyło mi. Kamień spadł mi z serca. Tajemnica to ciężki kawałek chleba. Bardzo trudno jest utrzymać sekret, zwłaszcza kiedy jesteś jedyną osobą, która zna prawdę. Nie masz z kim się podzielić, właściwie to nie możesz. W duchu modliłam się, aby mi wybaczył, aby chociaż nie wygonił mnie z domu, żeby po prostu został. Cierpiałam przez te kilkanaście dni bez bruneta. Krzywdziłam nas oboje bardziej, niż gdy mieszkałam u boku niebieskookiego. Nie potrafiłam odczytać żadnej z emocji z twarzy Lou. Nie wiedziałam czego mogę się po nim spodziewać. Cała dygotałam. To co uczynił. Nigdy nie przyszłoby mi to do głowy... Moje wszystkie sny, marzenia, fantazje... Spełniły się poprzez jeden gest chłopaka. Zachłannie wpił się w moje usta ujmując moją twarz. Motylki wypełniły mój brzuch. Wplotłam palce we włosy chłopaka. Nasze języki zaczęły toczyć przyjemną walkę. Przeniósł lewą dłoń na mą talię nachylając się nad moimi ułożonym na sofie ciele. Sprawnie zdjęłam koszulkę z torsu Louis'a. Po chwili i mój top trafił w kąt. Po jakimś czasie oboje zostaliśmy nadzy. Nigdy nie przeżyłam czegoś tak intensywnego i przyjemnego jednocześnie. Nie wierzyłam w to co właśnie się stało.
- Kocham cię - wyszeptał pomiędzy pocałunkami. To sprawiło mi ulgę. Poczułam się zdecydowanie pewniej.
- Loui? - odezwałam się leżąc na nagim torsie niebieskookiego.
- Tak? - spojrzał na mnie z troską.
- Czy jesteś w stanie powiedzieć mi co będzie dalej? - zapytałam nieśmiało. Brakło mi pomysłu. Mimo, że właśnie współżyliśmy seksualnie, to nie dawało mi to stuprocentowej odpowiedzi na to co nastanie w przyszłości.
- ... - to co powiedział... Po prostu się nie spodziewałam...





Hej! Dzisiaj jednak się pojawiłam ;) Szybko się uwinęłam z mini rozdziałem :3 Mam nadzieję, że się spodoba :3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

poniedziałek, 2 listopada 2015

Save me 4

Nie potrafiłem przeboleć tego wszystkiego.
Nie minął tydzień, a ja zostałem sam. W tym wielkim domu, wszędzie było pusto. A ja tęskniłem za tym uroczym chichotem, zabawami, całusami, słowami " Kocham cię ", a najbardziej po prostu za ich obecnością...
***
Pierwsze chwile w samotności stanowiły torturę, ale im dłużej tak żyłem, tym gorzej się czułem. Zero chichotu, zabaw, miłości, pustka. Nie mogłem jeść ani spać. Nawet nie dzwoniła, nie miałem pojęcia co u Adley, czy ten zbir nie krzywdzi Acris. Jednak nic nie mogłem zadziałać. Obiecałem, że dam im wolność dopóki Cris sama się nie odezwie. Stałem się wrakiem człowieka. Płakałem każdej nocy. Minęło trzynaście dni, tak liczyłem każdy z nich. Tamtego ranka udałem się do sklepu. Po małych zakupach wstąpiłem do kawiarni, w której niegdyś spędzałem godziny u boku Acris. Kierując się do placówki myślałem o jej pięknej buzi i cudownej osobowości. Zamówiłem śmietankową kawę z cynamonem, która przypominała mi o blondynce. Tak, to jej ulubiona. Rozkoszując się zapachem napoju udałem się na pięterko, gdzie rozstawione były stoliczki, fotele i inne dodatki retro. Kiedy rozejrzałem się zauważyłem właśnie ją. Mrugnąłem kilka razy, aby sprawdzić czy aby na pewno się nie mylę.
- Acris? - wydukałem. Podniosła głowę i zwróciła na mnie swoje zaskoczone spojrzenie. Wtem zauważyłem, że na jej prawym policzku widnieje siniak, a łuk brwiowy przyozdabia zaschnięta krew. Przeraziło mnie to, ale nie chciałem jej spłoszyć, więc udałem, iż nie spostrzegłem ran. Byłem pewien, że to ten drań jej to zrobił. Po chwili uśmiechnęła się, co odwzajemniłem. Zbliżyłem się do dziewczyny i mocno ją uściskałem.
- Hej LOUIS - tak bardzo tęskniłem za jej głosem wypowiadającym moje imię. Kiedy poczułem jej dotyk... Jakbym uniósł się nad ziemię. Przez moje całe ciało przeszły ciepłe dreszcze, a w środku rozlała się fala nieopisanej przyjemności. Zapach jej perfum sprawił, że zapomniałem o wszystkich troskach, a czas na moment się zatrzymał. Przypomniałem sobie jak to jest mieć przy sobie najcenniejsza, dla siebie, osobę na świecie. Podobało mi się to, lecz świadom byłem, iż długo to nie potrwa. Nie wierzyłem, że nie odzyskam tego na stałe. Stawiałem szczęście blondynki ponad swoje, to niewątpliwe. Natomiast bardzo bolesne.
- Crisi - szepnąłem. Oddaliła się ode mnie i usiadła. Zająłem miejsce naprzeciw dokładnie przypatrując się tej ślicznej twarzyczce, jak z obrazka. Zauważyła, że niej jestem zachwycony tym co widzę na skórze przyjaciółki.
- Lou, spokojnie - odezwała się ciężkim głosem. - Wdałam się w bójkę - wyjaśniła. Powiem szczerze, że kompletnie w to nie uwierzyłem. To nie ona. Nigdy w życiu nikogo nie uderzyła, nie naćpała się, ani nie zalała. Nie paliła papierosów, nie podobała się jej idea wychodzenia do klubów. Starała się jak najdłużej zachowywać kamienną twarz. - Zmieńmy temat - nie uzyskując odpowiedzi rzekła.
- Jak Adley? -zapytałem ciekaw.
- Dobrze, bardzo. Lubi dzieci z osiedla, w przedszkolu też całkiem. Dzisiaj nocuje u przyjaciółki z klasy, uh jak się nie mylę ma na imię Ramoney i była bardzo podekscytowana. Ale... - zacięła się. Spuściła głowę, aby zaraz później odzyskać poprzednią pozycję. - Ona bardzo za tobą tęskni, Louis. Poważnie, bardzo. Nie radzę sobie z jej koszmarami i płaczami. Chce wrócić do ciebie, dlatego się do ciebie nie odzywam, bo przecież w końcu musi przyzwyczaić się do tego, iż nie mieszkamy z tobą. Gdybyś się z nią widywał, zapewne nie oswoiłaby się z tym - wyrecytowała. Każde kolejne słowo stanowiło coś w rodzaju ciosu w poniżej pasa. Serce krwawiło i rozpadało się na miliony części. Pragnąłem stamtąd wybiec i znaleźć małą, złapać i przytulić i nigdy nie wypuszczać. Jednakże, nie mogłem tego uczynić.
- Rozumiem - tylko tyle byłem w stanie powiedzieć. Podwinąłem rękawy koszuli zupełnie zapominając co pod nimi skrywam. Upiłem łyk kawy zerkając w niebieskie oczy naprzeciw mnie. W ślepiach Acris pojawiły się łzy.
- Co to do cholery jest? - wydusiła zasłaniając usta. Doszło do mnie o czym mówi. Odstawiłem kubek. Zwróciłem uwagi na pokreślone żyletką nadgarstki.
- To nic - odparłem zakrywając ręce.
- Tommo, tak nie może być - rzekła. Przetarłem twarz dłońmi i głośno westchnąłem. Musiałem z nią porozmawiać. Wiedziałem jednak, że to nie dobre miejsce.
- Możemy pojechać do domu? - zaproponowałem.
- Ttak - wyjęknęła. Zapłaciłem za napoje kawy i zaprowadziłem przyjaciółkę do samochodu. Zmrok już dawno zapadł. Jechaliśmy w milczeniu. Znaleźliśmy się w posiadłości. Kiedy próbowałem zapalić światło, okazało się, że przez burzę nie uda mi się to. Byłem zmuszony rozstawić świece po salonie. Za szybą od tarasu było jasno, gdyż pioruny strzelały praktycznie co minutę. Lał deszcz i zerwał się wiatr. Usiedliśmy na sofie przodem do siebie. Po długiej chwili milczenia odezwała się.
- Przepraszam - cicho rzekła.
- Za co? - nie zrozumiałem. Po jej minie wiedziałem, że coś jest bardzo nie tak. Przeraziło mnie to.
- Okłamałam cię i to nie raz - po delikatniej skórze blondynki zaczęły spływać łzy. - Aż sama nie wiem od czego mam zacząć - chrząknęła.
- Od początku - ze spokojem zaproponowałem. Z niecierpliwością czekałem na to, kiedy wypowie cokolwiek. Bałem się informacji, jakie ma zamiar mi przekazać. Nie miałem dobrych przeczuć, ani trochę.
- Dobrze, więc ... - znów wypuściła powietrze z płuc. - Wiedziałam, że ten moment nastanie, ale nie przypuszczałam, że będzie on taki trudny - zaśmiała się nerwowo przez płacz. Chyba sama nie wiedziała jak to przekazać, tym bardziej się stresowałem. Napięcie rosło. - No bo ... - jąkała się.
- Spokojnie, pamiętaj, że możesz mi ufać - pomyślałem, że to może sprawić, że poczuje się swobodniej i łatwiejszym stanie się wyrecytowanie tych tajemnic.
- Zacznę od tego, że te siniaki to od tego, że zemdlałam na schodach i spadłam z nich. Całe ciało mam poobijane - zaczęła od końca, no cóż. - Nigdy nie rozstałam się z Adamem przez ciążę, chociaż w sumie może i przez nią, ale to coś innego. Nie chodzi o sam fakt - przeskoczyła do początku. Wtem, mętlik nastał w moich myślach. - Nie mieszkam z nim. Adley nie mówiła o tamtym Adamie, chodzi o mojego kuzyna. Przyjechał z Dublin'a. To u niego się zatrzymałam. Prawda jest taka, że nie chciałam już więcej z tobą mieszkać - wydukała z bólem w tonie. Zamarłem. Nic już nie rozumiałem, mimo, tego, że starała się jakoś wyjaśnić.
- CO? Dlaczego? - zdziwiłem się.
- No bo... Nie wiem jak to powiedzieć... Ja cię kocham, ale to już nie jest przyjacielski stosunek. Wiedziałam, że od zawsze traktujesz mnie jako przyjaciółkę. Bycie tu cholernie bolało i to jak bardzo uwielbiasz małą - myślałem, że się przesłyszałem. - Nigdy nie chciałam, abyś zaczął czuć się niekomfortowo z myślą, że ktoś kto od dziecka jest ci przyjacielem nagle się zakochuje. Postanowiłam odseparować swoje uczucia poprzez ucieczkę. Kiedy cię dzisiaj zobaczyłam... Ah, moje serce zabiło mocniej. Ale, kiedy te blizny ujrzały światło dzienne, zrozumiałam jak bardzo nas krzywdzę, jeszcze bardziej niż kiedy tu byłam. Przepraszam... - wyrecytowała zażenowana. Spuściła głowę. Ująłem jej dłoń.
- Acris ... - wyszeptałem.
- Lou, jest jeszcze coś - dodała podnosząc na mnie wzrok.
- Tak? - drżącym tonem zapytałem. Miałem wrażenie, że to co chce powiedzieć jest czymś wyjątkowym... Czymś czego nikt by się nie spodziewał.
- Bo Adam nie jest ojcem Adley... Prawda jest taka, że to ty ... - dopełniła wypowiedź. Co czułem? Sam nie wiem....




Hejka! Oto jestem z rozdziałem :) Mam nadzieję, że się spodoba :) Zapewne nikt się nie spodziewał takiego zwrotu akcji ;3 W tym opowiadaniu, jak widzicie, dużo się dzieje ;) Mam nadzieję, że to dobrze ;) Chciałam niniejszym poinformować Was, że jutro raczej się nie pojawię, bo piszę testy próbne przez najbliższe trzy dni i wypadałoby się nauczyć =^.^= Do tego jutro trening, więc mam mało czasu, a z tego cholera są oceny :/ W środę, raczej, coś napiszę, ale zobaczy się ;) Raczej tak, bo to inglisz, a nim problemów większych nie mam xD
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*