***
- Pójdę się położyć - oznajmiłam. Przytaknęli i puścili mnie wolno. Oczywiście okłamałam ich. Wyczekałam moment, ubrałam płaszcz, buty i wyszłam z domu. Liście powoli spadały z drzew. Wrzesień dopiero stawiał swoje pierwsze kroki, ale aura przybierała zupełnie jesienny charakter. Wietrzyk rozwiewał moje rozpuszczone włosy, uderzając w moją twarz. Włożyłam ręce w kieszenie i szłam sama nie wiem gdzie. Nie miałam obranego celu. Po prostu marzyłam, aby wyrwać się z domu, w którym wszystko przypominało mi matkę. Kiedy przechodziłam obok księgarni zauważyłam kogoś, kogo bardzo długo nie widziałam. Zaskoczona uchyliłam drzwi, które zahaczyły o dzwonek dający znak o przybyciu klienta. Dziewczyna układająca lektury na półki odwróciła się do mnie przodem z radosnym wyrazem twarzy.
- Dzień do... - nie dokończyła. Uśmiech natychmiast zmazał się z ust brunetki, a ostatnia książka wypadła z jej rąk.
- Emma? - z niedowierzaniem odezwałam się.
- Michell? - zasłoniła buzię z załzawionymi oczami. Po niecałych trzech sekundach wylądowałyśmy w swoich ramionach płacząc ze wzruszenia.
- Nie wierzę, że tu jesteś - przyznałam.
- Wróciłam z Sydney osiem miesięcy temu. Rodzice zostali, ale ... Nie mogłam z nimi zostać, bo nie akceptowali mojego nowego życia i wszystko się skomplikowało - wyjaśniła.
- Ale co się... ? - w pół zdania weszła mi wyskakująca zza regału ruda dziewczynka.
- Mamo! Króliś mnie uglyzł! - pokazując wskazujący palec marudziła. Emma uklęknęła i obejrzała rankę. Pocałowała obolałe miejsce i pogłaskała ciemnooką po głowie. Kolejno powstała uśmiechając się do mnie i przyciskając rudzielca do nogi. Malutka nieśmiało objęła udo Em.
- Masz córkę? - ułożyłam dłoń na klatce piersiowej rozczulona.
- To Mia - przedstawiła mi dziewczynkę. Zniżyłam się do poziomu jej wzrostu, spoglądając w oczy Mii.
- Hej Mia - przywitałam się z nią. Schowała się za nogą matuli tak, że widziałam jedynie połowę twarzy malutkiej. - Jestem Michi - powiedziałam. - Kiedyś byłyśmy nierozłączne z twoją mamą, wiesz? - zapytałam spoglądając na Emmę. - Miło mi cię poznać - rzekłam. Powoli odsunęła się od matki z niepewną miną.
- Michi - powtórzyła przyglądając mi się dokładnie. Założyłam kosmyk jej prostych włosków za ucho i wstałam.
- Kochanie, idź pobaw się, dobrze? - zaproponowała Em. Dziewczynka po chwili zniknęła. - Bardzo przykro mi z powodu... - zaczęła smutno.
- Nic nie mów - poprosiłam zbolałym głosem. Nie wytrzymałam, znów popadłam w histerię. Bardzo potrzebowałam obecności Emmy. Bardzo za nią tęskniłam. Przytuliła mnie mocno szepcząc słowa pocieszenia do ucha. Niegdyś byłam z nią niemal tak blisko, jak z Tatianą. Była ode mnie ponad rok starsza. Kiedy miałam piętnaście lat wyjechała z rodzicami do Australii i urwał się nam kontakt. Bardzo ucieszył mnie jej widok. Kiedy się już uspokoiłam, rozmawiałyśmy o wszystkim i niczym. Pozwoliło mi to zapomnieć o wszystkich problemach, choć na moment. Zawsze była dla mnie bardzo ważną osobą i pogadanka z nią stanowiła skuteczne lekarstwo. Po dwóch godzinach, odruchowo złapałam za komórkę. Na wyświetlaczu zobaczyłam mnóstwo nieodebranych połączeń. To od Tati, Luke'a, mnóstwo od Cala. Ale zdecydowanie najwięcej razy, kontaktu ze mną szukał Harry.
- O Boże ...- westchnęłam niepociesznie. - Wybacz mi na minutę, muszę zadzwonić - przeprosiłam przyjaciółkę odchodząc. Weszłam pomiędzy ostatnie regały wybierając numer ukochanego. Już po pierwszym sygnale odebrał.
- Michell! Gdzie ty się podziewasz?! - przerażony wykrzyczał.
- Spokojnie, jestem u starej znajomej w księgarni - poinformowałam go bez emocji. Przed oczami stała mi jego wystraszona mina. Żałowałam, iż nie odezwałam się do nikogo wychodząc na tyle czasu, lecz potrzebowałam odizolować się od rzeczywistości. Usłyszałam jak oddycha, aby się uspokoić, co miał w zwyczaju. - Przepraszam - jęknęłam.
- Najważniejsze, że nic ci nie jest - westchnął. Dawniej zrobiłby mi awanturę, ale wtedy wszyscy wiedzieli, że to nie na miejscu.
- Hazz, ja dzisiaj nie wrócę na noc - oznajmiłam.
- Co? Dlaczego? - zapytał zaniepokojony.
- Przenocuję u Emmy. Proszę - poprosiłam.
- Ehh... Dobrze słońce - zgodził się. Oczywiście, że nie czułam się dobrze z tym, że go okłamuje. Mimo to, potrzebowałam chwili dla siebie. Kochałam Styles'a jak nikogo w świecie, lecz w tamtej chwili pragnęłam odseparować się od ukochanego, aby nie zniszczyć związku rozpaczą jaka ode mnie biła.
- Wrócę rano - powiedziałam.
- Obiecujesz? - zapytał uroczo.
- Obiecuję - przyrzekłam pewnie.
- Kocham cię, trzymaj się kwiatuszku - cmoknął do słuchawki.
- Ja ciebie bardziej, pa - rozłączyłam się wesołym akcentem. Oparłam się o ścianę wzdychając. Przymknęłam oczy, aby po chwili je otworzyć. Wróciłam do przyjaciółki. Porozmawiałam z nią do godziny 19.00. Na dworze panował już zmrok, więc pożegnałam się z nią. Nie zadawała zbędnych pytań, co było absolutnie dobre. Wyszłam na dwór. Znalazłam się w parku. Usiadłam pod drzewem naprzeciw stawku i zaczęłam histerycznie płakać. Wykrzyczałam wszystkie swoje pretensje do świata, wyzwiska i żale. Przyznam, że poczułam się nieco lepiej. Kiedy uspokoiłam się na tyle, aby obraz nocy się nie rozmazywał, na końcu wąskiej alejki dębów ujrzałam mężczyznę ubranego w biel. Stał zbyt daleko, abym mogła zidentyfikować twarz chłopaka. Na pewno wiedziałam, że jest młody, coś około 22 lat. Zaczął się do mnie zbliżać, ale nie bałam się go. Czuć było, że nie chce mi nic zrobić. Sama nie wiem dlaczego tak sądziłam. Zajął miejsce obok mnie, a ja obserwowałam każdy z ruchów bruneta.
- Kim jesteś? - zapytałam niepewna.
- Czy to ważne? - nie lubiłam kiedy ktoś tak odpowiadał, a właściwie tego nie robił. Ale akurat wtedy nie miałam humoru na wywiady.
- W sumie to nie - prychnęłam pociągając nosem.
- Też czasem lubię tak wykląć wszechświat - przyznał. Zapadła chwila milczenia, którą spędziliśmy na gapienie się w gwiazdy. Zachowywał dystans, co było komfortowe. - Ale czasami to cholerstwo i złośliwość z jego strony wychodzi na korzyść - dodał. Spojrzałam w jego ciemne oczy, które wyróżniały się blaskiem nawet po zmroku.
- Oświeć mnie, niby w jaki sposób - parsknęłam nie wierząc.
- Życie nie może być idealne, świat byłby nudny - niby odparł, lecz jakby nadal nie znałam odpowiedzi.
- Ale weselszy - stwierdziłam.
- Nie prawda. Gdyby wszystko było idealne, to nie byłoby się z czego cieszyć. Wszystko monotonne i niczym nie wyróżniające się - miał rację. Spotkałam bardzo inteligentnego człowieka.
- Uważasz, że płacz, smutek są lepsze niż szczęście? - nadal starałam się jakoś wygrać. Nie mam pojęcia czemu tak rywalizowałam i starałam się go zagiąć.
- Łzy to skutek przemijania po czymś co było wspaniałe. Tak zatacza się koło, a życie zmienia barwy - recytował wpijając wzrok w górę. Oblizałam dolną wargę ze zdumienia - jedno z moich dziwnych przyzwyczajeń.
- Jak to? - dociekałam. Pragnęłam go słuchać. Sensem swoich słów pieścił moje uszy. Mówił tak pięknie. Zdumiewające jak bardzo wierzył w to co recytował. Czysta poezja.
- Jak pogoda. Jest słońce, nadchodzą chmury i pada deszcz. Słońce znów wyłania się za nich i pojawia się tęcza. Ulewa ustępuje, tęcza zostaje jeszcze na moment. Kolejno słońce świeci i to samo od nowa - wyjaśnił. Uśmieszek przebiegł przez moją twarz.
- W takim razie to też monotonia - stwierdziłam.
- Ale przynajmniej coś się zmienia, a gdyby perfekcja zagościła na świecie to nie mielibyśmy powodów to euforii. I tak zawsze by się nam udawało - wzruszył ramionami.
- Bóg popełnił kilka błędów w tworzeniu świata - odezwałam się.
- Nie prawda. To my pomyliliśmy się w jego rozwoju. To zależy już tylko od nas - bezsilnie się uśmiechnął. - Zawsze jest kilka wyjść i dla każdego przypisana jest jakaś historia. Jeden wybór - jedna, drugi - druga - wyrecytował. - Trzeba wierzyć w siebie, bo to jedyna osoba, która może ci pomóc. Uwierz, nawet najbliżsi nie podejmą za ciebie decyzję - zerknął na mnie. - Oni szybko odchodzą, my też odejdziemy i będą po nas cierpieć. Dlatego powinniśmy doceniać dzisiaj i ich obecność, bo niebawem może stać się nieobecnością... - rzekł i tak po prostu wstał i odszedł...
Hejka! Wybaczcie, że tak późno ;) Dopracowywałam rozdział na zupełnie inną okazję :3 Mam nadzieję, że się spodoba =^.^=
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*
- Najważniejsze, że nic ci nie jest - westchnął. Dawniej zrobiłby mi awanturę, ale wtedy wszyscy wiedzieli, że to nie na miejscu.
- Hazz, ja dzisiaj nie wrócę na noc - oznajmiłam.
- Co? Dlaczego? - zapytał zaniepokojony.
- Przenocuję u Emmy. Proszę - poprosiłam.
- Ehh... Dobrze słońce - zgodził się. Oczywiście, że nie czułam się dobrze z tym, że go okłamuje. Mimo to, potrzebowałam chwili dla siebie. Kochałam Styles'a jak nikogo w świecie, lecz w tamtej chwili pragnęłam odseparować się od ukochanego, aby nie zniszczyć związku rozpaczą jaka ode mnie biła.
- Wrócę rano - powiedziałam.
- Obiecujesz? - zapytał uroczo.
- Obiecuję - przyrzekłam pewnie.
- Kocham cię, trzymaj się kwiatuszku - cmoknął do słuchawki.
- Ja ciebie bardziej, pa - rozłączyłam się wesołym akcentem. Oparłam się o ścianę wzdychając. Przymknęłam oczy, aby po chwili je otworzyć. Wróciłam do przyjaciółki. Porozmawiałam z nią do godziny 19.00. Na dworze panował już zmrok, więc pożegnałam się z nią. Nie zadawała zbędnych pytań, co było absolutnie dobre. Wyszłam na dwór. Znalazłam się w parku. Usiadłam pod drzewem naprzeciw stawku i zaczęłam histerycznie płakać. Wykrzyczałam wszystkie swoje pretensje do świata, wyzwiska i żale. Przyznam, że poczułam się nieco lepiej. Kiedy uspokoiłam się na tyle, aby obraz nocy się nie rozmazywał, na końcu wąskiej alejki dębów ujrzałam mężczyznę ubranego w biel. Stał zbyt daleko, abym mogła zidentyfikować twarz chłopaka. Na pewno wiedziałam, że jest młody, coś około 22 lat. Zaczął się do mnie zbliżać, ale nie bałam się go. Czuć było, że nie chce mi nic zrobić. Sama nie wiem dlaczego tak sądziłam. Zajął miejsce obok mnie, a ja obserwowałam każdy z ruchów bruneta.
- Kim jesteś? - zapytałam niepewna.
- Czy to ważne? - nie lubiłam kiedy ktoś tak odpowiadał, a właściwie tego nie robił. Ale akurat wtedy nie miałam humoru na wywiady.
- W sumie to nie - prychnęłam pociągając nosem.
- Też czasem lubię tak wykląć wszechświat - przyznał. Zapadła chwila milczenia, którą spędziliśmy na gapienie się w gwiazdy. Zachowywał dystans, co było komfortowe. - Ale czasami to cholerstwo i złośliwość z jego strony wychodzi na korzyść - dodał. Spojrzałam w jego ciemne oczy, które wyróżniały się blaskiem nawet po zmroku.
- Oświeć mnie, niby w jaki sposób - parsknęłam nie wierząc.
- Życie nie może być idealne, świat byłby nudny - niby odparł, lecz jakby nadal nie znałam odpowiedzi.
- Ale weselszy - stwierdziłam.
- Nie prawda. Gdyby wszystko było idealne, to nie byłoby się z czego cieszyć. Wszystko monotonne i niczym nie wyróżniające się - miał rację. Spotkałam bardzo inteligentnego człowieka.
- Uważasz, że płacz, smutek są lepsze niż szczęście? - nadal starałam się jakoś wygrać. Nie mam pojęcia czemu tak rywalizowałam i starałam się go zagiąć.
- Łzy to skutek przemijania po czymś co było wspaniałe. Tak zatacza się koło, a życie zmienia barwy - recytował wpijając wzrok w górę. Oblizałam dolną wargę ze zdumienia - jedno z moich dziwnych przyzwyczajeń.
- Jak to? - dociekałam. Pragnęłam go słuchać. Sensem swoich słów pieścił moje uszy. Mówił tak pięknie. Zdumiewające jak bardzo wierzył w to co recytował. Czysta poezja.
- Jak pogoda. Jest słońce, nadchodzą chmury i pada deszcz. Słońce znów wyłania się za nich i pojawia się tęcza. Ulewa ustępuje, tęcza zostaje jeszcze na moment. Kolejno słońce świeci i to samo od nowa - wyjaśnił. Uśmieszek przebiegł przez moją twarz.
- W takim razie to też monotonia - stwierdziłam.
- Ale przynajmniej coś się zmienia, a gdyby perfekcja zagościła na świecie to nie mielibyśmy powodów to euforii. I tak zawsze by się nam udawało - wzruszył ramionami.
- Bóg popełnił kilka błędów w tworzeniu świata - odezwałam się.
- Nie prawda. To my pomyliliśmy się w jego rozwoju. To zależy już tylko od nas - bezsilnie się uśmiechnął. - Zawsze jest kilka wyjść i dla każdego przypisana jest jakaś historia. Jeden wybór - jedna, drugi - druga - wyrecytował. - Trzeba wierzyć w siebie, bo to jedyna osoba, która może ci pomóc. Uwierz, nawet najbliżsi nie podejmą za ciebie decyzję - zerknął na mnie. - Oni szybko odchodzą, my też odejdziemy i będą po nas cierpieć. Dlatego powinniśmy doceniać dzisiaj i ich obecność, bo niebawem może stać się nieobecnością... - rzekł i tak po prostu wstał i odszedł...
Hejka! Wybaczcie, że tak późno ;) Dopracowywałam rozdział na zupełnie inną okazję :3 Mam nadzieję, że się spodoba =^.^=
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*
Podoba mi się jak zwykle!
OdpowiedzUsuńCóż za ciekawy człowiek. Ona to zawsze kogoś pozna...
Super
!!
Czwkam na next<3
Tak więc bardzo się cieszę :D
UsuńOwszem ;) Ma szczęście :3
xoxo