poniedziałek, 9 listopada 2015

Little Sweet Angel 77

- Bóg popełnił kilka błędów w tworzeniu świata - odezwałam się.
- Nie prawda. To my pomyliliśmy się w jego rozwoju. To zależy już tylko od nas - bezsilnie się uśmiechnął. - Zawsze jest kilka wyjść i dla każdego przypisana jest jakaś historia. Jeden wybór - jedna, drugi - druga - wyrecytował. - Trzeba wierzyć w siebie, bo to jedyna osoba, która może ci pomóc. Uwierz, nawet najbliżsi nie podejmą za ciebie decyzję - zerknął na mnie. - Oni szybko odchodzą, my też odejdziemy i będą po nas cierpieć. Dlatego powinniśmy doceniać dzisiaj i ich obecność, bo niebawem może stać się nieobecnością... - rzekł i tak po prostu wstał i odszedł...
***
Wpatrywałam się w przestrzeń, w której kierunku podążał. Zamyśliłam się. Tak fascynująca osoba właśnie wymieniła swoje poglądy, w pewnym sensie mnie naprawiła i zwyczajnie opuściła mnie - układałam to sobie po kolei w głowie. Niespodziewanie zza tego samego rogu wyskoczył Calum. Natychmiast się ocknęłam. Szybko ostygłam z podniecenia. No tak, zapomniałam, że zawsze wracał późno od nas właśnie tą drogą. A ja głupia musiałam znaleźć się właśnie na tej ścieżce! Chciałam się gdzieś schować, ale musiałabym przebiec mu przez drogę i to pod latanią, więc nie miałam szans. Pozostało mi tylko bardziej schylić się za dębem, z nadzieją, że mnie nie zauważy. Tak, na pewno... Przecież mi się nigdy nie udaje. 
- Michell? - przechylił głowę, aby lepiej mnie widzieć. Zacisnęłam powieki i przeklęłam pod nosem. - Co ty tu robisz? - zapytał już mniej spokojnie. Wstałam i ze spuszczoną głową do niego podeszłam.
- Jestem na spacerze - odpowiedziałam jak najpewniej, aby nie zauważył, że kłamie. Choć w pewnym sensie tak nie było. W końcu to był spacer, tylko taki całonocny i w jednym miejscu. Czy to się liczy? Po jego minie wywnioskowałam, że nie uwierzył. 
- A tak na poważnie? - warknął niezadowolony zakładając ręce na klatkę piersiową.
- Oj, chciałam pobyć trochę sama, a w domu nie mam spokoju... Błagam, nie mów o tym Luke'owi ani nikomu - spojrzałam na niego proszącym wzrokiem. Przypuszczam, że wyglądałam jak dziecko ze złożonymi, jak do modlitwy, dłońmi, wysuniętą wargą i zaszklonymi oczami. Przyznam, że Cal nigdy mi nie odmówił. Wiedziałam, że się zgodzi. Choć fakt, iż się o mnie martwił... Wzbudzał we mnie uczucie bliskie co do niepewności. Przez paręnaście sekund wpatrywał się we mnie, jakby walcząc z myślami, kolejno przewrócił teatralnie tymi swoimi ślepiami niedźwiedzia i się zgodził.
- ... Ale wracasz ze mną do mojego mieszkania - postawił warunek. Westchnęłam niezadowolona, tupiąc nogą. Taaak... Bardzo dorosłe - analizowałam swoje poczynania.
- Dobra - jęknęłam. Po kilkunastu minutach spaceru trafiliśmy do niewielkiego mieszkania Hood'a. Jak zwykle dał mi wielką koszulkę z logiem swojego ulubionego rockowego zespołu, bokserki, a do zestawu moje długie skarpetki za kolana, które od dawna spoczywały na dnie jego toaletowej szuflady. Udostępnił łazienkę oraz niewielki pokój gościnny. Kiedy odświeżona i przebrana weszłam do salonu, na stoliku już czekała na mnie gorąca czekolada z masą bitej śmietany, karmelu oraz wiórek kokosowych na wierzchu. Uśmiechnęłam się delikatnie na ten widok i zajęłam miejsce na  fotelu, który był zawieszony na dużym łańcuchu umocowanym klamrą przy suficie. Calum zajmował miejsce tuż obok, na skraju sofy. Cisza panowała w pomieszczeniu, które oświetlała tylko niewielka lampka za nami. Złapałam nasz ulubiony napój. Stuknęliśmy się kubkami i ze śmiechem napiliśmy się czekolady. Bita śmietana pozostawiła po sobie ślad nad naszymi ustami, przypominający wąsy, co rozbawiło nas jeszcze bardziej. Po chwili chichotów zapadła cisza i to ta z najgorszych... Ta smutna cisza, taka grobowa. Oboje myśleliśmy o tym samym. W sumie ciężko było o tym nie myśleć. Po chwili się odezwałam.
- Myślisz, że tak po prostu miało być? - odezwałam się niepewnie, spoglądając na chłopaka. Zastanowił się przez moment.
- Tak - odpowiedział. - Według mnie nic nie dzieje się bez powodu - rzekł. 
- Nie wierzę, że już nigdy jej nie zobaczę ... - wyznałam. - Nie usłyszę jej śmiechu - kontynuowałam. - Nie posmakuję jej naleśników ... Nie powiem, że ją kocham ...- tempo wpatrując się w ścianę mówiłam. Chyba brakło mi łez, gdyż żadna nie opuściła swoich ram. W sumie, dopiero wtedy zaczęło do mnie dochodzić co się stało. Zaczęłam rozumieć, że taka jest kolej rzeczy. Te szepty wciąż błąkały się po mojej głowie. Nie chodzi o takie, jakbym łączyła się z zaświatami, ale takie myśli, które przychodzą, lecz wydają się jakby nie własne. Takie ... Wycięte z kontekstu. 
- Michi, błagam ... Wiem, że to bardzo trudne i znam to uczucie z dwojoną siłą. Uwierz, że to minie. Kiedy ludzie, którzy cię kochają są obok, to jest na pewno łatwiej ... Wy mi pomogliście i byliście przy mnie, ja mam zamiar być przy was - zbliżył się do mnie i ucałował moje czoło. Uniosłam kąciki ust z brakiem sił. To prawda. Kiedy Cal miał 16 lat, jego rodzice wyjechali na 20 rocznicę ślubu do Nigerii. Tam zostali zamordowani, a Hood nigdy nie dowiedział się za co stracił rodziców. Owszem, był w pół żywy, ale udało się nam go wyciągnąć z dołka. Resztę już znacie. 
- Dziękuję Cali - nazwałam go pieszczotliwie. Po kilku minutach powrócił do rozmowy.
- Mich, mam ci coś do powiedzenia - oparł łokcie o uda nie puszczając kubka. 
- Tak? - spojrzałam na niego czekając na dalszy ciąg. 
- No bo ... Wiem, że to bardzo trudne dla waszej trójki i reszty rodziny, ale Luke poważnie sobie z tym nie radzi ... On ... - jąkał się zestresowany Calum. 
- Spokojnie - wyszeptałam dla otuchy, łapiąc za ramię bruneta. Nie wiem czy to możliwe, ale wydawało mi się, że czułam bardzo szybki puls chłopaka. 
- Michell, on chciał popełnić samobójstwo - wyrecytował to jak najszybciej. Słowa ciemnookiego obiły się echem w mej głowie. Nie wierzyłam w to co właśnie usłyszałam. Miliard myśli nawarstwiło mi się w sekundę ... Dlaczego? Dlaczego chciał to zrobić?! 



Hejka! Dzisiaj witam Was z takim rozdziałkiem ;) Mam nadzieję, że nie taki zły i da się czytać :3 A tak w ogóle, to słyszeliście już " End of the day " ? :D Według mnie BOSKA! <3 Zakochałam się :) I jeszcze przypomniało mi się, kiedy Harry wciąż powtarzał " At the end of the day! " :) 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 
P.S. Gdyby ktoś jeszcze nie słyszał EOTD :) ---> KLIK
TEKST ---> KLIK

2 komentarze:

  1. Ja i tak wielbię Lou w tej piosence! ;)


    Boże, to teraz mój dzwonek ;)

    Ok. Rozdział świetny, ale czemu Lukey chciał popełnić samobójstwo... Tak się niw robi!
    No nic czekam na next i zapraszam donie na nianię, jwst nowy rozdział <3

    OdpowiedzUsuń