Nie minął tydzień, a ja zostałem sam. W tym wielkim domu, wszędzie było pusto. A ja tęskniłem za tym uroczym chichotem, zabawami, całusami, słowami " Kocham cię ", a najbardziej po prostu za ich obecnością...
***
Pierwsze chwile w samotności stanowiły torturę, ale im dłużej tak żyłem, tym gorzej się czułem. Zero chichotu, zabaw, miłości, pustka. Nie mogłem jeść ani spać. Nawet nie dzwoniła, nie miałem pojęcia co u Adley, czy ten zbir nie krzywdzi Acris. Jednak nic nie mogłem zadziałać. Obiecałem, że dam im wolność dopóki Cris sama się nie odezwie. Stałem się wrakiem człowieka. Płakałem każdej nocy. Minęło trzynaście dni, tak liczyłem każdy z nich. Tamtego ranka udałem się do sklepu. Po małych zakupach wstąpiłem do kawiarni, w której niegdyś spędzałem godziny u boku Acris. Kierując się do placówki myślałem o jej pięknej buzi i cudownej osobowości. Zamówiłem śmietankową kawę z cynamonem, która przypominała mi o blondynce. Tak, to jej ulubiona. Rozkoszując się zapachem napoju udałem się na pięterko, gdzie rozstawione były stoliczki, fotele i inne dodatki retro. Kiedy rozejrzałem się zauważyłem właśnie ją. Mrugnąłem kilka razy, aby sprawdzić czy aby na pewno się nie mylę.
- Acris? - wydukałem. Podniosła głowę i zwróciła na mnie swoje zaskoczone spojrzenie. Wtem zauważyłem, że na jej prawym policzku widnieje siniak, a łuk brwiowy przyozdabia zaschnięta krew. Przeraziło mnie to, ale nie chciałem jej spłoszyć, więc udałem, iż nie spostrzegłem ran. Byłem pewien, że to ten drań jej to zrobił. Po chwili uśmiechnęła się, co odwzajemniłem. Zbliżyłem się do dziewczyny i mocno ją uściskałem.
- Hej LOUIS - tak bardzo tęskniłem za jej głosem wypowiadającym moje imię. Kiedy poczułem jej dotyk... Jakbym uniósł się nad ziemię. Przez moje całe ciało przeszły ciepłe dreszcze, a w środku rozlała się fala nieopisanej przyjemności. Zapach jej perfum sprawił, że zapomniałem o wszystkich troskach, a czas na moment się zatrzymał. Przypomniałem sobie jak to jest mieć przy sobie najcenniejsza, dla siebie, osobę na świecie. Podobało mi się to, lecz świadom byłem, iż długo to nie potrwa. Nie wierzyłem, że nie odzyskam tego na stałe. Stawiałem szczęście blondynki ponad swoje, to niewątpliwe. Natomiast bardzo bolesne.
- Crisi - szepnąłem. Oddaliła się ode mnie i usiadła. Zająłem miejsce naprzeciw dokładnie przypatrując się tej ślicznej twarzyczce, jak z obrazka. Zauważyła, że niej jestem zachwycony tym co widzę na skórze przyjaciółki.
- Lou, spokojnie - odezwała się ciężkim głosem. - Wdałam się w bójkę - wyjaśniła. Powiem szczerze, że kompletnie w to nie uwierzyłem. To nie ona. Nigdy w życiu nikogo nie uderzyła, nie naćpała się, ani nie zalała. Nie paliła papierosów, nie podobała się jej idea wychodzenia do klubów. Starała się jak najdłużej zachowywać kamienną twarz. - Zmieńmy temat - nie uzyskując odpowiedzi rzekła.
- Jak Adley? -zapytałem ciekaw.
- Dobrze, bardzo. Lubi dzieci z osiedla, w przedszkolu też całkiem. Dzisiaj nocuje u przyjaciółki z klasy, uh jak się nie mylę ma na imię Ramoney i była bardzo podekscytowana. Ale... - zacięła się. Spuściła głowę, aby zaraz później odzyskać poprzednią pozycję. - Ona bardzo za tobą tęskni, Louis. Poważnie, bardzo. Nie radzę sobie z jej koszmarami i płaczami. Chce wrócić do ciebie, dlatego się do ciebie nie odzywam, bo przecież w końcu musi przyzwyczaić się do tego, iż nie mieszkamy z tobą. Gdybyś się z nią widywał, zapewne nie oswoiłaby się z tym - wyrecytowała. Każde kolejne słowo stanowiło coś w rodzaju ciosu w poniżej pasa. Serce krwawiło i rozpadało się na miliony części. Pragnąłem stamtąd wybiec i znaleźć małą, złapać i przytulić i nigdy nie wypuszczać. Jednakże, nie mogłem tego uczynić.
- Rozumiem - tylko tyle byłem w stanie powiedzieć. Podwinąłem rękawy koszuli zupełnie zapominając co pod nimi skrywam. Upiłem łyk kawy zerkając w niebieskie oczy naprzeciw mnie. W ślepiach Acris pojawiły się łzy.
- Co to do cholery jest? - wydusiła zasłaniając usta. Doszło do mnie o czym mówi. Odstawiłem kubek. Zwróciłem uwagi na pokreślone żyletką nadgarstki.
- To nic - odparłem zakrywając ręce.
- Tommo, tak nie może być - rzekła. Przetarłem twarz dłońmi i głośno westchnąłem. Musiałem z nią porozmawiać. Wiedziałem jednak, że to nie dobre miejsce.
- Możemy pojechać do domu? - zaproponowałem.
- Ttak - wyjęknęła. Zapłaciłem za napoje kawy i zaprowadziłem przyjaciółkę do samochodu. Zmrok już dawno zapadł. Jechaliśmy w milczeniu. Znaleźliśmy się w posiadłości. Kiedy próbowałem zapalić światło, okazało się, że przez burzę nie uda mi się to. Byłem zmuszony rozstawić świece po salonie. Za szybą od tarasu było jasno, gdyż pioruny strzelały praktycznie co minutę. Lał deszcz i zerwał się wiatr. Usiedliśmy na sofie przodem do siebie. Po długiej chwili milczenia odezwała się.
- Przepraszam - cicho rzekła.
- Za co? - nie zrozumiałem. Po jej minie wiedziałem, że coś jest bardzo nie tak. Przeraziło mnie to.
- Okłamałam cię i to nie raz - po delikatniej skórze blondynki zaczęły spływać łzy. - Aż sama nie wiem od czego mam zacząć - chrząknęła.
- Od początku - ze spokojem zaproponowałem. Z niecierpliwością czekałem na to, kiedy wypowie cokolwiek. Bałem się informacji, jakie ma zamiar mi przekazać. Nie miałem dobrych przeczuć, ani trochę.
- Dobrze, więc ... - znów wypuściła powietrze z płuc. - Wiedziałam, że ten moment nastanie, ale nie przypuszczałam, że będzie on taki trudny - zaśmiała się nerwowo przez płacz. Chyba sama nie wiedziała jak to przekazać, tym bardziej się stresowałem. Napięcie rosło. - No bo ... - jąkała się.
- Spokojnie, pamiętaj, że możesz mi ufać - pomyślałem, że to może sprawić, że poczuje się swobodniej i łatwiejszym stanie się wyrecytowanie tych tajemnic.
- Zacznę od tego, że te siniaki to od tego, że zemdlałam na schodach i spadłam z nich. Całe ciało mam poobijane - zaczęła od końca, no cóż. - Nigdy nie rozstałam się z Adamem przez ciążę, chociaż w sumie może i przez nią, ale to coś innego. Nie chodzi o sam fakt - przeskoczyła do początku. Wtem, mętlik nastał w moich myślach. - Nie mieszkam z nim. Adley nie mówiła o tamtym Adamie, chodzi o mojego kuzyna. Przyjechał z Dublin'a. To u niego się zatrzymałam. Prawda jest taka, że nie chciałam już więcej z tobą mieszkać - wydukała z bólem w tonie. Zamarłem. Nic już nie rozumiałem, mimo, tego, że starała się jakoś wyjaśnić.
- CO? Dlaczego? - zdziwiłem się.
- No bo... Nie wiem jak to powiedzieć... Ja cię kocham, ale to już nie jest przyjacielski stosunek. Wiedziałam, że od zawsze traktujesz mnie jako przyjaciółkę. Bycie tu cholernie bolało i to jak bardzo uwielbiasz małą - myślałem, że się przesłyszałem. - Nigdy nie chciałam, abyś zaczął czuć się niekomfortowo z myślą, że ktoś kto od dziecka jest ci przyjacielem nagle się zakochuje. Postanowiłam odseparować swoje uczucia poprzez ucieczkę. Kiedy cię dzisiaj zobaczyłam... Ah, moje serce zabiło mocniej. Ale, kiedy te blizny ujrzały światło dzienne, zrozumiałam jak bardzo nas krzywdzę, jeszcze bardziej niż kiedy tu byłam. Przepraszam... - wyrecytowała zażenowana. Spuściła głowę. Ująłem jej dłoń.
- Acris ... - wyszeptałem.
- Lou, jest jeszcze coś - dodała podnosząc na mnie wzrok.
- Tak? - drżącym tonem zapytałem. Miałem wrażenie, że to co chce powiedzieć jest czymś wyjątkowym... Czymś czego nikt by się nie spodziewał.
- Bo Adam nie jest ojcem Adley... Prawda jest taka, że to ty ... - dopełniła wypowiedź. Co czułem? Sam nie wiem....
Hejka! Oto jestem z rozdziałem :) Mam nadzieję, że się spodoba :) Zapewne nikt się nie spodziewał takiego zwrotu akcji ;3 W tym opowiadaniu, jak widzicie, dużo się dzieje ;) Mam nadzieję, że to dobrze ;) Chciałam niniejszym poinformować Was, że jutro raczej się nie pojawię, bo piszę testy próbne przez najbliższe trzy dni i wypadałoby się nauczyć =^.^= Do tego jutro trening, więc mam mało czasu, a z tego cholera są oceny :/ W środę, raczej, coś napiszę, ale zobaczy się ;) Raczej tak, bo to inglisz, a nim problemów większych nie mam xD
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*
- Acris? - wydukałem. Podniosła głowę i zwróciła na mnie swoje zaskoczone spojrzenie. Wtem zauważyłem, że na jej prawym policzku widnieje siniak, a łuk brwiowy przyozdabia zaschnięta krew. Przeraziło mnie to, ale nie chciałem jej spłoszyć, więc udałem, iż nie spostrzegłem ran. Byłem pewien, że to ten drań jej to zrobił. Po chwili uśmiechnęła się, co odwzajemniłem. Zbliżyłem się do dziewczyny i mocno ją uściskałem.
- Hej LOUIS - tak bardzo tęskniłem za jej głosem wypowiadającym moje imię. Kiedy poczułem jej dotyk... Jakbym uniósł się nad ziemię. Przez moje całe ciało przeszły ciepłe dreszcze, a w środku rozlała się fala nieopisanej przyjemności. Zapach jej perfum sprawił, że zapomniałem o wszystkich troskach, a czas na moment się zatrzymał. Przypomniałem sobie jak to jest mieć przy sobie najcenniejsza, dla siebie, osobę na świecie. Podobało mi się to, lecz świadom byłem, iż długo to nie potrwa. Nie wierzyłem, że nie odzyskam tego na stałe. Stawiałem szczęście blondynki ponad swoje, to niewątpliwe. Natomiast bardzo bolesne.
- Crisi - szepnąłem. Oddaliła się ode mnie i usiadła. Zająłem miejsce naprzeciw dokładnie przypatrując się tej ślicznej twarzyczce, jak z obrazka. Zauważyła, że niej jestem zachwycony tym co widzę na skórze przyjaciółki.
- Lou, spokojnie - odezwała się ciężkim głosem. - Wdałam się w bójkę - wyjaśniła. Powiem szczerze, że kompletnie w to nie uwierzyłem. To nie ona. Nigdy w życiu nikogo nie uderzyła, nie naćpała się, ani nie zalała. Nie paliła papierosów, nie podobała się jej idea wychodzenia do klubów. Starała się jak najdłużej zachowywać kamienną twarz. - Zmieńmy temat - nie uzyskując odpowiedzi rzekła.
- Jak Adley? -zapytałem ciekaw.
- Dobrze, bardzo. Lubi dzieci z osiedla, w przedszkolu też całkiem. Dzisiaj nocuje u przyjaciółki z klasy, uh jak się nie mylę ma na imię Ramoney i była bardzo podekscytowana. Ale... - zacięła się. Spuściła głowę, aby zaraz później odzyskać poprzednią pozycję. - Ona bardzo za tobą tęskni, Louis. Poważnie, bardzo. Nie radzę sobie z jej koszmarami i płaczami. Chce wrócić do ciebie, dlatego się do ciebie nie odzywam, bo przecież w końcu musi przyzwyczaić się do tego, iż nie mieszkamy z tobą. Gdybyś się z nią widywał, zapewne nie oswoiłaby się z tym - wyrecytowała. Każde kolejne słowo stanowiło coś w rodzaju ciosu w poniżej pasa. Serce krwawiło i rozpadało się na miliony części. Pragnąłem stamtąd wybiec i znaleźć małą, złapać i przytulić i nigdy nie wypuszczać. Jednakże, nie mogłem tego uczynić.
- Rozumiem - tylko tyle byłem w stanie powiedzieć. Podwinąłem rękawy koszuli zupełnie zapominając co pod nimi skrywam. Upiłem łyk kawy zerkając w niebieskie oczy naprzeciw mnie. W ślepiach Acris pojawiły się łzy.
- Co to do cholery jest? - wydusiła zasłaniając usta. Doszło do mnie o czym mówi. Odstawiłem kubek. Zwróciłem uwagi na pokreślone żyletką nadgarstki.
- To nic - odparłem zakrywając ręce.
- Tommo, tak nie może być - rzekła. Przetarłem twarz dłońmi i głośno westchnąłem. Musiałem z nią porozmawiać. Wiedziałem jednak, że to nie dobre miejsce.
- Możemy pojechać do domu? - zaproponowałem.
- Ttak - wyjęknęła. Zapłaciłem za napoje kawy i zaprowadziłem przyjaciółkę do samochodu. Zmrok już dawno zapadł. Jechaliśmy w milczeniu. Znaleźliśmy się w posiadłości. Kiedy próbowałem zapalić światło, okazało się, że przez burzę nie uda mi się to. Byłem zmuszony rozstawić świece po salonie. Za szybą od tarasu było jasno, gdyż pioruny strzelały praktycznie co minutę. Lał deszcz i zerwał się wiatr. Usiedliśmy na sofie przodem do siebie. Po długiej chwili milczenia odezwała się.
- Przepraszam - cicho rzekła.
- Za co? - nie zrozumiałem. Po jej minie wiedziałem, że coś jest bardzo nie tak. Przeraziło mnie to.
- Okłamałam cię i to nie raz - po delikatniej skórze blondynki zaczęły spływać łzy. - Aż sama nie wiem od czego mam zacząć - chrząknęła.
- Od początku - ze spokojem zaproponowałem. Z niecierpliwością czekałem na to, kiedy wypowie cokolwiek. Bałem się informacji, jakie ma zamiar mi przekazać. Nie miałem dobrych przeczuć, ani trochę.
- Dobrze, więc ... - znów wypuściła powietrze z płuc. - Wiedziałam, że ten moment nastanie, ale nie przypuszczałam, że będzie on taki trudny - zaśmiała się nerwowo przez płacz. Chyba sama nie wiedziała jak to przekazać, tym bardziej się stresowałem. Napięcie rosło. - No bo ... - jąkała się.
- Spokojnie, pamiętaj, że możesz mi ufać - pomyślałem, że to może sprawić, że poczuje się swobodniej i łatwiejszym stanie się wyrecytowanie tych tajemnic.
- Zacznę od tego, że te siniaki to od tego, że zemdlałam na schodach i spadłam z nich. Całe ciało mam poobijane - zaczęła od końca, no cóż. - Nigdy nie rozstałam się z Adamem przez ciążę, chociaż w sumie może i przez nią, ale to coś innego. Nie chodzi o sam fakt - przeskoczyła do początku. Wtem, mętlik nastał w moich myślach. - Nie mieszkam z nim. Adley nie mówiła o tamtym Adamie, chodzi o mojego kuzyna. Przyjechał z Dublin'a. To u niego się zatrzymałam. Prawda jest taka, że nie chciałam już więcej z tobą mieszkać - wydukała z bólem w tonie. Zamarłem. Nic już nie rozumiałem, mimo, tego, że starała się jakoś wyjaśnić.
- CO? Dlaczego? - zdziwiłem się.
- No bo... Nie wiem jak to powiedzieć... Ja cię kocham, ale to już nie jest przyjacielski stosunek. Wiedziałam, że od zawsze traktujesz mnie jako przyjaciółkę. Bycie tu cholernie bolało i to jak bardzo uwielbiasz małą - myślałem, że się przesłyszałem. - Nigdy nie chciałam, abyś zaczął czuć się niekomfortowo z myślą, że ktoś kto od dziecka jest ci przyjacielem nagle się zakochuje. Postanowiłam odseparować swoje uczucia poprzez ucieczkę. Kiedy cię dzisiaj zobaczyłam... Ah, moje serce zabiło mocniej. Ale, kiedy te blizny ujrzały światło dzienne, zrozumiałam jak bardzo nas krzywdzę, jeszcze bardziej niż kiedy tu byłam. Przepraszam... - wyrecytowała zażenowana. Spuściła głowę. Ująłem jej dłoń.
- Acris ... - wyszeptałem.
- Lou, jest jeszcze coś - dodała podnosząc na mnie wzrok.
- Tak? - drżącym tonem zapytałem. Miałem wrażenie, że to co chce powiedzieć jest czymś wyjątkowym... Czymś czego nikt by się nie spodziewał.
- Bo Adam nie jest ojcem Adley... Prawda jest taka, że to ty ... - dopełniła wypowiedź. Co czułem? Sam nie wiem....
Hejka! Oto jestem z rozdziałem :) Mam nadzieję, że się spodoba :) Zapewne nikt się nie spodziewał takiego zwrotu akcji ;3 W tym opowiadaniu, jak widzicie, dużo się dzieje ;) Mam nadzieję, że to dobrze ;) Chciałam niniejszym poinformować Was, że jutro raczej się nie pojawię, bo piszę testy próbne przez najbliższe trzy dni i wypadałoby się nauczyć =^.^= Do tego jutro trening, więc mam mało czasu, a z tego cholera są oceny :/ W środę, raczej, coś napiszę, ale zobaczy się ;) Raczej tak, bo to inglisz, a nim problemów większych nie mam xD
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*
Yyyyy
OdpowiedzUsuńYyyy
Yyyy
CCoO?!?!?!??!
Po pierwsze niep pomyślałam, że ona nie jest ze swoim bylym...
I co, Louis się tnął?!
Przestań kochany!!:*
Czemu ona od niego uciekła...
Bo przecież mogli to sobie wyjaśnić, ale nie, uciekła od faceta, który ją kocha i na dodatek...
Tzn, że Lou jest prawdziwym ojcem Adley???
Tak? ??
Rany boskie...
Chcę więcej! !!!!!!<3
No takiej reakcji się nie spodziewałam :)
UsuńTak Louis zaczął ciąć się przez samotność i tęsknote :*
Dowiesz się wszystkiego niebawem :)
Tak, Lou jest ojcem Adley :D
Dziękuję za piękny komentarz :3
Niedługo pojawi się kolejny rozdział =^.^=
xoxo
Wow zamurowało mnie. Serio?! Louis ojcem dziecka?! EXTRA! Ciekawe jak zareaguje? Czekam na nexta ;-)
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo =^.^=
UsuńBoo Bear tatusiem ;D
Niebawem ♡
xoxo