wtorek, 13 października 2015

Save me 1

Od Acris: Louis, proszę pomocy.
Po przeczytaniu wiadomości natychmiast zerwałem się z miejsca i ruszyłem do drzwi. Po kilkunastu minutach wparowałem do mieszkania przyjaciółki.
- Acris?! - zawołałem. Nie otrzymałem odpowiedzi. Zajrzałem do kuchni, pierwszego pomieszczenia od wejścia. Nikogo tam nie zastałem. W salonie, natomiast, na sofie siedziała skulona dziewczyna. Zająłem miejsce obok i przytuliłem blondynkę.
- Odszedł. Miałeś rację, przepraszam - odezwała się łamiącym głosem. - Mogłam cię posłuchać. Jestem głupia - mówiła.
- Przestań, spokojnie - głaskałem ją po głowie. - Zabiorę cię do ciebie, mała - oznajmiłem. - Od teraz mieszkasz ze mną - przytaknęła tylko. Po spakowaniu wszystkich rzeczy Acri wróciłem z nią do mojego mieszkania. Zrobiłem jej kakao, dałem koc i kazałem czekać na siebie w salonie. Przygotowałem pokój dla przyjaciółki i dołączyłem do niej.
- Co teraz będzie Louis? - zapytała zmartwiona.
- Jeżeli tylko będziesz chciała, pomogę ci - odparłem.
- Chcesz mi pomóc po tym wszystkim? - jęknęła zszokowana.
- Arcis, jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Znam cię od dzieciaka, tyle razem przeszliśmy, tyle złych słów już padło, ale to nigdy nie zmieni tego jak bardzo mi na tobie zależy. Przeprosiłaś mnie, a ja wiem, że wcale nie myślisz tak jak to ujęłaś. Po za tym, mam świadomość jak to jest być zdradzonym i wykorzystanym, znam to. Chcę ci pomóc. Pragnę być twoją opoką, dopóki ty będziesz tego chciała - wyrecytowałem pewnie.
- Oczywiście, że chcę - ze łzami w oczach odpowiedziała. - Dziękuję ci - wyszeptała. Zapadła chwila ciszy. - Lou? - mruknęła.
-Tak?
- Pomożesz mi je wychować? - zapytała pełna nadziei.
- Tak, Acri, oczywiście - obiecałem. Nie odezwała się już. Zwyczajnie wtuliła się w moje ramie i tak minęła reszta wieczoru. Przeniosłem śpiącą dziewczynę do gościnnego, a sam znalazłem się w kuchni. Napiłem się zimnej wody i oparłem się o blat kuchenny. Tysiące myśli kłębiło się w mojej głowie. Jak to będzie wychowywać nie swoje dziecko, jak to wszystko dalej się potoczy, jak to jest żyć w takiej relacji, jaką miałem z Cris. Niczego nie byłem pewien, nic nie wydawało się proste, bądź jasne. Tylko jedna rzecz nie miała prawa się zmienić - to, że będę wspierał Acris do końca. Miałem szczerą nadzieję, że znajdzie kogoś kto naprawdę ją pokocha i nie skrzywdzi przy najbliższej okazji. Wiedziałem, że długo nie będzie mogła zaufać po tym co ten śmieć jej zrobił. Do tego doszła nieoczekiwana ciąża, co kompletnie rozstroiło dziewczynę. Martwiłem się o to, czy uda się jej znaleźć kogokolwiek kto będzie na nią zasługiwał. Zdecydowanie chciałem dla niej jak najlepiej i nieważne jak bardzo byśmy się nie pokłócili, to zawsze mogła na mnie liczyć. Udałem się pod prysznic. Po kąpieli i przygotowaniu się do spania, trafiłem pod kołdrę. Zasnąłem jak dziecko, marząc o lepszym jutrze.
* 7 miesięcy później.
Początki zdecydowanie nie były łatwe. Jasne, nie zarabiałem mało i starczało na utrzymanie nas. Chodziło bardziej o ciągłe wahania nastrojów Acirs. Często płakała przez tego drania, później śmiała się z wszystkiego co dookoła. kolejno użalała się nad sobą, złościła się i praktycznie w środku nocy potrafiła zdemolować swój pokój. Do tego nachodziły ją koszmary, co noc. Krzyczała, płakała, spadała z łóżka. Psychicznie była wykończona. Starałem się jej pomóc, ale na własną rękę nie potrafiłem nic zdziałać. Zabrałem ją do psychologa. Z sesji, na sesję wydawało się, że stan Acri się poprawia. W końcu wszystko unormowało się do znośnego poziomu. Zaprzyjaźniła się z moją siostrą, która spędzała z Acri każdy dzień, aby ta nie była sama, kiedy pracuję. Dziecko rozwijało się zdrowe, a poród był już zaplanowany. Jedyna rzecz na temat płodu, jaka stanowiła zagadkę, to płeć malucha.
Pewnego dnia wybrałem się z przyjaciółką na zakupy dla dzieciaczka.
- Lou? - niepewnym głosem odezwała się podczas oglądania ciuszków.
- Tak? - spojrzałem na nią. Zauważyłem w jej oczach niepokój. - Zaczyna się?! - przerażony zbliżyłem się do blondynki.
- Co? Nie, no co ty - odparła.
- O co, więc chodzi? - odetchnąłem z ulgą.
- Obawiam się czy uda nam się wychować małego lub małą w takiej relacji. Nie wiem czy zrozumie to, że nie jesteśmy razem, a ty nie jesteś ojcem i ... - spostrzegłem łzy w oczach pięknej.
- Mała ... - przytuliłem ją. - Spokojnie, na milion procent zrozumie. Może nie do końca to typowe, ale jakoś sobie z tym poradzimy, obiecuję - ucałowałem czubek jej głowy. Uśmiechnęła się delikatnie i powróciła do czynności. Dzień mijał dobrze, za tydzień miała przyjść na świat dzidzia.
Akurat siedziałem za biurkiem układając grafik moich pracowników, kiedy rozbrzmiał mój dzwonek. - Co tam młoda? - odebrałem od siostry.
- Louis! Acris zaczęła rodzić, jest na sali, a ja wyszłam tylko do ciebie zadzwonić - Szybko zebrałem się do samochodu i ruszyłem pod podany, później, przez niebieskooką adres. Byłem zestresowany, ale jakoś udało mi się trafić pod odpowiednią salę. Zanim wkroczyłem ,zatrzymała mnie niska pielęgniarka.
- Jest pan kimś z rodziny? - zapytała. Wiedziałem, że muszę skłamać.
- Jestem ojcem dziecka - odparłem bez zastanowienia.
- Dobrze, niech pan to założy i zapraszam - posłała mi ciepły uśmiech i podała fartuch. Przyznam, że widok nie był za ładny, ale czułem, że to niezapomniany moment. Uśmiechałem się jak szalony wspierając w porodzie przyjaciółkę. Kiedy płacz malucha wypełnił salę, z mojego serca zszedł ogromny kamień. Odetchnąłem i czekałem na informację od lekarza...





Hej! Kochani, Boże od czego by tu zacząć... Oto nowe opowiadanie, które miało pojawić się 2 dni temu, ale nie wyrobiłam się... Dlaczego akurat 11.10? Bo to rocznica blog'a o, której, przyznaję się, zapomniałam xd Przepraszam, ale mam głowę gdzieś w chmurach :/ Mam nadzieję, że nie jesteście źli ;) Imagin, pojawi się jutro ;) Tak samo jak i podziękowania, gdyż dzisiaj nie zdążę przez trening ;3 Wybaczcie ;^  A i no mam nadzieję, że rozdział się spodoba, bo to będzie takie nietypowe ff ;) Jak myślicie, chłopiec czy dziewczynka? Piszcie ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

Little Sweet Angel 71 (druga połówka)

Zacisnęłam powieki, nie mogąc obserwować zajścia. Słyszałam jak ściąga spodnie i chichocze jak chory psychicznie. Cała dygotałam, lecz wiedziałam, że jeśli chcę, aby się udało, muszę mniej - więcej zachować spokój. Kiedy padł na kolana, otworzyłam oczy i szybko sięgnęłam do kieszeni....
***
Wyjęłam z niej szkło, które leżało na ziemi, kiedy po raz pierwszy znalazłam się w owym pomieszczeniu. Odruchowo włożyłam je do kieszeni i czekałam na odpowiedni moment, aby go użyć. Kiedy Richard tylko się nade mną nachylił wbiłam odłamek w jego kark. Widziałam jak jego pewna mina przeobraża się w zbolałą. Padł obok mnie jak zabity. Szybko wstałam i cofnęłam się kilka kroków, zasłaniając usta. Łzy zapełniły moje oczy. Natychmiast poczułam się winna. Mimo, że zaraz by mnie skrzywdził, to żałowałam swojego posunięcia. Niespodziewanie Harry dał o sobie znać, a ja podskoczyłam przestraszona. Spojrzałam na niego. Podbiegłam do ukochanego i rozwiązałam liny, krępujące kończyny zielonookiego. Kolejno, sam odkleił taśmę z ust. Wcisnął mnie w swoje ramiona. Cała dygotałam i nie potrafiłam przestać patrzeć na krwawiącego Rich'a.
- Już dobrze, spokojnie - głaskał mnie Hazz. 
Po kilkunastu minutach przybyła policja oraz pogotowie. Zabrano Richard'a do szpitala. Na szczęście żył, a ja nie musiałam zmagać się z poczuciem winy do końca życia. Nie chciałam nikogo krzywdzić, nawet kogoś takiego jak on. Zebrano zeznania i opatrzono nasze rany. Trafiliśmy na komisariat. Nie mam pojęcia ile godzin spędziliśmy w budynku, na opowiadaniu historii ze szczegółami, po sto razy. Złożono pozew sądowy przeciwko Richard'owi i jego działalności. Zaoferowano nam pomoc psychologa i służb do spaw ochrony. Postanowiłam skorzystać z obu, Harold także skory był do wyrażenia zgody. Złapano wszystkich pracowników Rich'a i zamknięto ich na czas oczekiwania do sprawy. Zapewniano nam, iż już nie zostaniemy w ten sposób potraktowani. Nasz dom był w fatalnym stanie, więc byliśmy zmuszeni zatrzymać się na jakiś czas u bliskich. Zdecydowałam... 
- Harry... - zwróciłam się do ukochanego, kiedy George odwoził nas do Tatiany. 
- Tak, kochanie? - spokojnie odpowiedział. 
- Chcę, żebyśmy polecieli do twojej mamy i później Mullingar  - rzekłam. - Co ty na to? 
- Oczywiście, musimy odpocząć po tym wszystkim - ucałował czubek mojej głowy. Oparłam się o jego ramię i wpatrywałam w mijający krajobraz na szybą. Nie wiedziałam co będzie dalej. Od środka, czułam się... Zdemolowana? - Tak to dobre słowo... 





Hejka! Witam was z drugą połową rozdziału :) Mam nadzieję, że się spodoba :))
 Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

poniedziałek, 12 października 2015

Little Sweet Angel 71 (połówka)

Czy ty masz pojęcie jak okazywać PRAWDZIWE uczucia?! Czy ty bezwartościowa kurwo w ogóle wiesz co to znaczy kochać?! - wydarłam się. Płakałam jak oszalała. Wybuchłam, chyba po raz pierwszy przed nim. Ledwo co widziałam przez łzy, więc je otarłam. Kiedy ostrość obrazu się poprawiła ujrzałam reakcję, jakiej w życiu bym się nie spodziewała....
***
Chłopak po raz pierwszy w życiu wydał mi się smutny. Na policzku niebieskookiego spostrzegłam pojedynczą łzę, jaką otarł sprawnie. Spuścił głowę i westchnął głęboko, jakby nabierając siły na odpowiedź. Wydawał się bledszy i ... Wyczerpany? Jakbym naprawdę go uraziła, a on przecież nigdy nie posiadał uczuć. Oparł się o biurko i zwrócił na mnie smętny wzrok.
- Nie będę ci opowiadał historii mojego życia, nie mam zamiaru się tłumaczyć, ani wyjaśniać. Nie chcę zamęczać cię dramatem mojego wcześniejszego życia. Natomiast pragnę wyznać, iż masz rację... Tak masz rację, nie wiem nic o emocjach i ich okazywaniu. Jestem psem i tyle, nic nie wartym śmieciem, mam tego świadomość. Dlatego, przepraszam, że nie umiem pokazać jak cię kocham w książkowy, poprawny sposób. Przepraszam - wyrecytował. Widziałam, że nie żartuje. Słowa płynęły mu prosto z serca, co stanowiło niemożliwe. Po raz pierwszy zachował się nieagresywnie w takiej sytuacji. Nie wiedziałam co powiedzieć, zwyczajnie czekałam na jego kolejny ruch osłupiona. W sercu pojawiła się u mnie iskra nadziei, że mnie wypuści i będę żyła z Harry'm długo i szczęśliwe, a Rich się odpieprzy od nas raz na zawsze, lecz to byłby zbyt piękny scenariusz, aby się spełnił. - Jednak to nie zmienia faktu, że jesteś teraz moja i nie potrafię tak po zwyczajnie odpuścić. Wybacz, ale to nie jest realne - Poważną minę na twarzy Richard'a natychmiast zastąpił cwany uśmiech, jakiego nienawidziłam. Nie miałam sił już lamentować, bądź wrzeszczeć. Zamknęłam oczy zrozpaczona sytuacją i przyległam plecami do ściany. - Wiesz co? Zrobiło mi się nieprzyjemnie, muszę sobie jakoś poprawić humor - niespodziewanie poczułam oddech bruneta na szyi, gdy szeptał mi to do ucha. Przejechał dłonią po moim udzie, a mi natychmiast się cofnęło. Przypomniałam sobie jak to jest, ile razy już to przeszłam. Sama myśl o tym przyprawiała mnie o mdłości. Rozpierało mnie obrzydzenie osobą napastnika. Nie wyobrażałam sobie kolejnej powtórki z rozrywki z tym mężczyzną. Seks z Harry'm był zdecydowanie delikatny, przyjemny, taki, że oboje czerpaliśmy z niego przyjemność. Rich po prostu mnie gwałcił, jak burą sukę, nie zważając na to, że to boli i to niemiłosiernie. Nie tylko fizycznie, a i psychicznie. Odwróciłam głowę i starałam się unormować oddech, gdyż strach już przeze mnie przesiąkał. Zaczynał całować moją szyję, pozostawiając na niej ohydne, mokre ślady śliny.
- Nie, nie... To by było zbyt proste - przerwał. Chaotycznie przerzucił mnie sobie przez ramię i wyniósł na korytarz. Serce zaczęło łomotać mi jeszcze szybciej. - Daniel! Crag! Wszyscy do jutra mają wolne! Wypad z chaty, natychmiast! - wykrzyczał w twarz dwóm wielkim facetom. - Mam coś do zrobienia - dodał znaczącym tonem i uderzył w moją pupę. Dwaj mężczyźni tylko się zaśmiali i zniknęli z pola mojego widzenia. Miałam łzy w oczach, ale nie dawałam im uciec, z nieznanych mi powodów. Błagałam Boga, aby nie skrzywdził mnie zbyt mocno, ale gdy zrozumiałam dokąd mnie zabiera, straciłam nadzieję. Harry, kiedy nas zobaczył zaczął się szarpać. Rich rzucił mnie na kolana tuż przed zielonookim. Wiedziałam na co się zapowiada. Harold starał się coś powiedzieć, lecz miał zasłonięte usta. Nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy. Spojrzałam ukradkiem na Richard'a.
- Błagam cię, rób ze mną co chcesz, ale nie na jego oczach. Błagam - wyszeptałam zbolała.
- Nie, no nie będziemy ograniczać widowiska tylko dla nas dwojga, nie bądźmy egoistami, trzeba się podzielić z kolegą - odparł rechocząc jak psychopata.
- To zabije mnie i jego - wydusiłam znów płacząc.
- Ty jeszcze nie raz to przeżyjesz, a on jakoś sobie poradzi - nadal nie przejmował się moimi błaganiami. Dusiłam w sobie wrzask, na jaki brakowało już mi sił, ale byłam przerażona tym co zaraz miało nastać. Czekałam tylko aż rozpocznie swoją zemstę. Po chwili pociągnął za moje włosy, a ja jęknęłam z cierpienia, wtem mój ukochany ponownie wierzgał, co coraz bardziej bawiło Rich'a. Sprawił, że leżałam na plecach bokiem do Hazz'y. Zacisnęłam powieki, nie mogąc obserwować zajścia. Słyszałam jak ściąga spodnie i chichocze jak chory psychicznie. Cała dygotałam, lecz wiedziałam, że jeśli chcę, aby się udało, muszę mniej - więcej zachować spokój. Kiedy padł na kolana, otworzyłam oczy i szybko sięgnęłam do kieszeni....






Hej! Wybaczcie, że taki trochę niecenzuralny rozdział i do tego krótki, ale bez tego nie byłoby akcji i lecę zaraz na dodatkowy trening, gdyż już w środę czeka mnie pierwszy w tym roku występ taneczny ;) Mam nadzieję, że mimo wszystko to tam u góry przypadnie Wam do gustu i skomentujecie :3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

niedziela, 11 października 2015

Uninhabited 6

 Bałam się jego reakcji, przyznaję. Mógł mnie wyśmiać, rozpłakać się, bądź wstać i odejść. Żadna opcja mi się nie uśmiechała, no cóż. Chyba najbardziej korzystna widziało mi się milczenie ze strony zielonookiego. Szybko otarłam łzy, jakie zdążyły opuścić ramy moich ślepi. Zerknęłam na wpatrującego się we mnie chłopaka. O dziwo na jego słodkiej buzi nie malowała się żadna emocja, tym bardziej w życie wdał mi się stres...
***
- Jeszcze przed moim urodzeniem ojciec zostawił matkę. Był alkoholikiem, bił mamę. Dał jej wybór, albo mnie usunąć, albo odchodzi. Mama wybrała mnie, więc po prostu odszedł. Nie radziła sobie z niczym. Nie miała pracy, pieniędzy, dachu nad głową, ale odbiła się od dna harując jak wół nawet w dziewiątym miesiącu ciąży. Nigdy nie mieliśmy pełno pieniędzy, ale wystarczało na podstawowe rzeczy. Przez to, że ubierałem się gorzej, rówieśnicy robili sobie ze mnie pośmiewisko. To bolało, ale nigdy o niczym nie wspominałem mamie, aby nie robić jej przykrości. Mimo, że nie miałem wszystkiego ze złota, to nie ubolewałem nad tym, mimo, że niemiło było wysłuchiwać tych wszystkich opryskliwych komentarzy. Wychowywała mnie na szanującego innych chłopaka, na gentelman'a i wpajała mi, iż kobiet się nie bije. Nie chciała, abym powtórzył losy ojca. Pamiętam to jak dziś... Miałem dwanaście lat, siedziałem w swoim pokoju i czytałem książkę, nagle usłyszałem trzask i krzyk mamy. Wychyliłem się zza drzwi. Ujrzałem jak leży na ziemi, a ON na niej siedział i dusił moją matulę. Chociaż byłem tylko dzieciakiem, to poczułem się do tego, aby pomóc mamie. Rzuciłem się na napastnika i odepchnąłem go od kobiety. Kopnąłem go kilka razy i pomogłem wstać mamie, która była w szoku. Wyciągnąłem ją na zewnątrz i zacząłem wołać o pomoc. Kiedy ojciec się pozbierał wybiegł na nami i tym razem ja stałem się ofiarną jego napadu. Uderzył mnie w głowę na tyle mocno, że zemdlałem. Ostatnie co słyszałem to wrzaski mamy i jej płacz. Obudziłem się w szpitalu. Teraz on jest w więzieniu. Po tamtym incydencie postanowiłem sobie, że nigdy nie stanę się kimś takim. Doszedłem do sukcesu zawodowego i teraz to ja utrzymuję matkę, z czego jestem dumny. Nauczyła mnie jak być dobrym, silnym człowiekiem, jestem jej za to wdzięczny,  kocham ją. A teraz to ja nauczę ciebie jak radzić sobie z problemami -wyrecytował. Byłam w kompletnym szoku. Nie spodziewałam się, że ma taką przeszłość. Nie miałam zamiaru komentować tego, tak samo jak i on pozostawił moją historię bez słowa opinii. Zatkało mnie, nie wiedziałam co powiedzieć. Zastanawiałam się, w jaki to ma zamiar pomóc mi. Przyznam, że nie dowierzałam w to, iż uda mu się. Kompleksy wrosły we mnie na tyle, że nie wyobrażałam sobie je stracić. 
- A... Ale jak? - zająknęłam się. 
- Obiecuję, że to zrobię. Zaufaj mi - uśmiechnął się do mnie delikatnie. Łzy płynęły po moich policzkach, nie kontrolowałam tego. Wzruszyła mnie opowieść Harold'a, do tego co powiedziałam ja i obietnica chłopaka. Moje serce zabiło mocniej. Oparłam się o jego ramie, a ten mnie objął. 
- Jesteś niesamowity, wiesz? - odezwałam się. Nie otrzymałam odpowiedzi. Uwielbiałam to, że nigdy nie reagował na komplementy. Kochałam jego sposób bycia i skromność. Przy nim czułam się swobodnie, choć znałam tego mężczyznę od dwóch dni. Nigdy wcześniej się do nikogo tak szybko nie zbliżyłam. Czy miałam przeczucia co do naszej znajomości? Owszem, miałam. 
- Nie jest ci zimno? - zapytał. 
- Nie, jest dobrze. A tobie? - odparłam. Zaśmiał się.
- Nie, jest dobrze - odpowiedział. 
- Myślisz, że nas znajdą? - zmieniłam temat. 
- Na pewno - pomasował dłonią moje ramie. 
- Nie wiem czy chcę wracać do rzeczywistości, tu jest tak magicznie - spojrzałam na niebo. 
- Tak, to prawda - czułam jak wpija wzrok w moją postać. - Tu jest magicznie - powtórzył szeptem...




Hejka! Dzisiaj przedstawiam Wam Słonka taki krótki, ale, jak mam nadzieję, treściwy rozdziałek ;) Piszcie, czy się podoba :>
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

sobota, 10 października 2015

Little Sweet Angel 70

 - Masz trochę czasu, zastanów się, a kiedy już podejmiesz decyzję, zejdź na dół, będę czekał. Nie myśl nawet o głupich numerach, pilnujemy cię tu - wyrecytował wychodząc. 
- Rich - zawołałam szeptem. Zerknął na mnie. -Nienawidzę cię - wycedziłam patrząc na niego. Uśmiechnął się szyderczo i opuścił pomieszczenie. Zostawił mnie samą z milionami myśli, z którymi sobie nie radziłam. To znów się zaczyna...
*** 
Wiedziałam, że mój lament na nic się nie zda. Mimo, to nie umiałam powstrzymać płaczu. Byłam pewna swojej decyzji i wybrałam zanim jeszcze opuścił pomieszczenie, ale nie potrafiłam pogodzić się z tym co mnie czekało. Jeżeli chodzi o życie u boku Richa, to mogłam tylko psychicznie przygotowywać się do maratonu, jaki jest nie do pokonania. Bałam się, ale o wiele więcej znaczył dla mnie Harold. Postanowiłam. Nadal siedziałam czekając jakby na zwrot akcji działający na moją korzyść, ale nie nastąpił. Usłyszałam krzyk. Rozpoznałam barwę głosu. To Harry. Natychmiast zerwałam się z miejsca i wybiegłam z pomieszczenia. Uczyniłam to w takim tempie i tak działała na mnie adrenalina, że dawaj mięśniacy biegnący za mną nie mogli mnie dogonić. Nie wiem co mną władało, jakby coś niosło mnie przez korytarze. Dotarłam do źródła hałasu. Przed oczyma stanął mi obraz Richard'a tłukącego po twarzy Styles'a. Serce na moment stanęło mi, kiedy loczek spojrzał na mnie smutnym wzrokiem. Ze łzami w oczach cofnęłam się krok. Później zerknęłam na pewną siebie minę napastnika. Niewiele myśląc rzuciłam się w jego kierunku. Uderzyłam kilka razy w jego klatkę piersiową, ale szybko ujął moje nadgarstki i podniósł moje ręce. Śmiał mi się w twarz. Poczułam jak ktoś łapie mnie za nogi. 
- Zostaw ją, wypad - rzekł Rich, a pod mymi stopami znów znalazł się grunt. 
- Ty psie - splunęłam mu w twarz, kiedy jego goryle wyszli. W odpowiedzi uderzył w mój polik. 
- Zostaw ją! - wydarł się Hazz. Widziałam jak mój były przygotowuje się do powtórzenia gestu na Haroldzie. 
- Rich! - krzyknęłam. Zatrzymał się i zwrócił uwagę na mą osobę. Przełknęłam głośno ślinę. - Przestań. Chcesz mnie, nie jego. Nie rób mu krzywdy. Jestem twoja, ale daj mu żyć, proszę - łkając padłam na kolana przed Richard'em i spuściłam głowę. Nie znałam już godności, ale pragnęłam oszczędzić ukochanego. 
- Michell, co ty wyprawiasz? Nie mów tak - przerażony zielonooki jęknął. Podniosłam na niego wzrok. 
- Przepraszam - wydusiłam. 
- Dobra decyzja, królewno - zarechotał niebieskooki. Uklęknął i pocałował mnie w głowę. - Kocham cię, mała- wyszeptał do mnie z uśmiechem. Zabijałam go wzrokiem. - Macie chwilę dla siebie, wychodzę załatwić nasz lot do... Innego miasta, bo ten laluś może nas wydać. Pożegnajcie się, to wasze OSTATNIE spotkanie - wyrecytował i opuścił pokój. Zbliżyłam się do Hazz'y, po którego policzkach łzy lały się strumieniami. 
- Wybacz, że cię skrzywdziłam. Nigdy na ciebie nie zasługiwałam... Ktoś z taką przeszłością nie powinien mieszać się do życia kogoś takiego jak ty, wybacz... Teraz ponoszę konsekwencje i żałuję, że cię w to wciągnęłam. Nie powinnam się zakochiwać, powinnam na zawsze zostać sama i czekać aż ten szmaciarz mnie zabije. Przepraszam, że dałam ci się pokochać... - dukałam to co kłębiło się w mojej głowie od początku. Trzymałam chłopaka za dłonie, jakie skrępowane miał liną i mówiłam mu prosto w oczy. Ledwo co słowa te wychodził z mojego gardła, ale musiałam się z tym zmierzyć. 
- Co ty wygadujesz? Wyjdziemy z tego, zobaczysz. Będziemy razem, wszystko będzie dobrze. Kocham cię i ja niczego nie żałuję. Rozumiesz? Niczego - odparł pełen nadziei, co przyprawiło mnie o jeszcze większy smutek. 
- Nie Harry, nic nie będzie dobrze. To koniec, już nigdy nie wrócę. Nie znasz go, nie wiesz do czego jest zdolny... Chcę żebyś był bezpieczny i żył swoim życiem. Zapomnij o mnie i pożegnaj wszystkich ode mnie, powiedz im, że ich kocham. Nie szukajcie mnie, to tylko wszystko pogorszy. Dam sobie radę, to nie mój pierwszy raz. Mogłam się tego spodziewać. Przetrwam najgorsze, ale błagam nie szukaj mnie, nie wszczynaj żadnych dochodzeń i tak dalej. Przez to mogą mnie zabić, albo zapolować na moich bliskich. Zbyt mi na was zależy... - kontynuowałam. 
- A mi zależy na tobie. Nie mogę tak po prostu odpuścić. Będę o ciebie walczył - starał się z całych sił, ale nic z tego. 
- Nie ma o co walczyć. Kocham cię, ale nie. To naprawdę koniec, żegnaj. Byłeś najlepszym co mnie spotkało - pocałowałam go delikatnie, ale z namiętnością. Powstałam i poczęłam odchodzić.
- Michell! Nie! Michi! Proszę! Nie rób tego! - słyszałam za sobą nawoływania Harold'a. Nie mogłam się odwrócić, to wpłynęłoby na moją decyzję, której nie mogłam zmienić ze względu na miłość. Bardzo tego chciałam i zaciskałam zęby w płaczu, aby tego nie uczynić. Udało się. Serce mi pękało, ale opuściłam pomieszczenie. Nie umiałam przyswoić faktu, że po raz ostatni widziałam ukochanego. Cała nasza historia przebiegała mi przed oczami. To jakim przypadkiem było nasze spotkanie, ile ze sobą przeżyliśmy. Zdałam sobie sprawę, że znaliśmy się od prawie roku... Wystarczyłoby jeszcze jedynie kilka dni. 
- Szef cię woła - łysy mężczyzna zwrócił się do mnie. Ruszyłam do gabinetu Rich'a. 
- No, to ustalone. Wyjeżdżamy - stojąc do mnie plecami zaśmiał się. Spojrzał na mnie. - Co taka smutna mina? Nowe życie nadchodzi, ciesz się - odezwał się. Postanowiłam już więcej nie milczeć. 
- Jakie "nowe życie"?! Kurwa jakie się pytam?! W klatce! Będziesz mnie gwałcił, bił, sprzedawał, głodził, faszerował narkotykami i alkoholem i torturował! Po co to wszystko? Po co pytam?! Mówisz, że mnie kochasz skurwielu, ale znęcasz się nade mną fizycznie i psychicznie! To nie jest miłość! Ja cię nie kocham i nigdy do tego nie dojdzie! Niszczysz mi życie! Byłam szczęśliwa rozumiesz? Wiesz co to w ogóle znaczy? Miałam pracę, dom, chłopaka, rodzinę. Wszystko się układało, ale ty zawsze musisz wkroczyć i zjebać całość za jednym razem. Twierdzisz, że mnie kochasz, powtarzam po raz drugi, ale nie chcesz mojej radości, gdyż zawsze to ty stoisz jej na przeszkodzie. Mimo, że zniknąłeś z mojego życia na jakiś czas, to każdego dnia o tobie pamiętam, bo wszystkie moje blizny otrzymałam od ciebie, a one nie znikają. Tak jak ty! Jesteś jak taka wielka blizna! Już stara rana, ale wciąż dająca o sobie znać. Nienawidzę cię, szczerze cię nienawidzę. Ale wiesz co? Gdzieś w głębi duszy jestem ci wdzięczna... Tak, jestem ci wdzięczna... Bez ciebie nie byłoby mnie w Londynie, nie poznałabym Harry'ego i reszty, nie przeżyłabym tyle szczęścia, nie zostałabym modelką... Tyle tylko, że dzisiaj mi to minęło, wiesz szmato? Bo znów się to przez ciebie rozmazało, psychopato. Aż mnie mdli jak pomyślę o tym ile czasu będę musiała z tobą spędzić, ale tak kocham moich bliskich, że wybieram ich ponad swoje cierpienie. Nie zdziw się jak po którymś razie zastaniesz mnie z podciętymi żyłami, bo u twojego boku długo nie pociągnę. Nie dasz mi szans na wytrzymanie, bo jesteś dla mnie nikim. Zawsze byłeś nikim, bezwartościowym tyranem, egoistą pożądającym jedynie zwycięstwa. Nie wiem po co mi to robisz, ale wiedz, że niszczysz tym osobę, którą rzekomo kochasz. Czy ty masz pojęcie jak okazywać PRAWDZIWE uczucia?! Czy ty bezwartościowa kurwo w ogóle wiesz co to znaczy kochać?! - wydarłam się. Płakałam jak oszalała. Wybuchłam, chyba po raz pierwszy przed nim. Ledwo co widziałam przez łzy, więc je otarłam. Kiedy ostrość obrazu się poprawiła ujrzałam reakcję, jakiej w życiu bym się nie spodziewała....






Hejka! Przepraszam, że sobota i tak późno, ale cały dzionek wisiałam na galerii i uzupełniałam braki w szafie z mamą, no jeszcze kilka spraw załatwiłam, ale potrzebowałam tego ;) Chociaż szczerze powiem, że NIENAWIDZĘ zakupów (wiem jestem okropną dziewczyną xD), ale dzisiaj było nawet całkiem znośnie i przyjemnie ^.^ Mam nadzieję, że rozdział przypadnie wam do gustu i nie jest taki zły ;3 Piszcie :> 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

piątek, 9 października 2015

Liester Award

Hejka! 
Otrzymałam nominację do Libster Award od mojej Kochanej Ewci <3 Dziękuję Ci Słońce :) 
Już wiele razy to robiłam i nominowałam :3 Niestety ostatnio nie czytam żadnych nowych blogów i nie mam za bardzo kogo nominować, więc ograniczę się jedynie do odpowiedzenia na pytania Ewci ;)  Także zaczynam: 



Pytania:
1. Ile masz lat?
2. Skąd czerpiesz inspiracje do pisania?
3. Co poprawia twój zły nastrój?
4. Oglądasz jakieś polskie seriale / filmy?
5. Jaka byłaby twoja reakcja, gdybyś zobaczyła w drzwiach swojego domu, któregoś chłopaka z One Direction?
6. Co lubisz w sobie najbardziej?
7. Żałujesz czegoś w swoim życiu, jakiejś decyzji?
8. Ulubiony parring (rzeczywistość, film, książka).
9. Masz rodzeństwo?
10. Jak widzisz siebie za kilka lat?
11. Odpowiedz, jak to się stało, że jesteś Directioner?



Odpowiedzi:
1. Obecnie jeszcze 14, 5 grudnia bieżącego roku skończę 15 :)
2. Z życia, to chyba najlepsza odpowiedź :) Dużo się dzieje w moim życiu, sporo czytam, ale nie za bardzo się przyznaję, bo... W sumie nie wiem, wolę udawać nieuka, żeby za wiele ode mnie nie wymagano, bo boję się kogoś zwyczajnie zawieść :'\ Interesuję się literaturą, więc natchnienie zazwyczaj przychodzi po przeczytaniu jakiejś historii, bądź po wydarzeniu jakiego byłam uczestnikiem lub świadkiem :D
3. Zdecydowanie taniec, muzyka, pisanie i lody, ale chyba najbardziej taniec <3 
4. Tak. Wstydzę się tego, ale "Rolnik szuka żony", "Przyjaciółki" oraz "Top Model" ;)
5. Najpierw stanęłoby mi serduszko, później rozdziawiłabym buzię, oczy zaszłyby mi łzami, zasłoniłabym usta, cofnęła się, rozpłakała, a później rzuciła na szyję i powiedziała proste "Dziękuję"  :') Oj, marzę o tym <3
6. Szczerość i uparte dążenie do celu :D 
7. Żałuję, że wcześniej nie zaczęłam wspierać 1D :') 
8. Narry <3 Haha xD
9. Mam młodszą siedem lat siostrę :D
10. Widzę się w Londynie, jako zadbaną, inteligentną, pewną siebie, zdecydowaną kobietę zadowoloną ze swojego życia, w którym główną rolę zagrają spełnione marzenia <3
11. Powiedzmy, że nie wiedziałam o One Direction do póki nie pojawiło się "One way or another", zakochałam się, później powtórka z rozrywki "Best song ever", na obozie byłam z directioner w pokoju, rozmawiałyśmy o nich, później "Story of my life" i kompletnie wpadłam. Wiadomo miliony obejrzanych filmików itd. :D Chyba każdy tak miał ;) A dzisiaj jestem tutaj i dla was piszę :D 



Mam nadzieję, że nie zanudziłam ;) 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

Imagin Louis

Kolejny mecz, kolejne dziewięćdziesiąt minut biegania i dawania z siebie miliona procent. Moje marzenia z dzieciństwa się spełniły. Zostałem piłkarzem drużyny narodowej. Przyznaję, że uwielbiałem grać, rywalizować i zdobywać gole. Niczego więcej nie potrzebowałem do szczęścia, no może jednej rzeczy mi brakowało. Towarzystwa, tak dosadnie mówiąc. Nie chodzi mi o to męskie, ale te damskie. Nie na jedną noc lub tygodniowy maraton, ale prawdziwej relacji, niekoniecznie związku. Jakoś niespecjalnie się tym przejmowałem, ale gdzieś tam w sercu miałem żal.
Oczywiście mecz wygrany, a jak. Po kąpieli i ochłonięciu z emocji udaliśmy się z kumplami z drużyny do klubu. Jak zwykle wypiłem za wiele, więc nie za dużo pamiętałem o poranku. Obudziłem się na szczęście w swoim łóżku i samotnie, więc raczej nie liczyłem na niespodzianki w postaci artykułów, kogo kolejnego to ja nie zaliczyłem. Wyszedłem z sypialni ledwo widząc to co przede mną. Pragnąłem zażyć jedynie tabletkę na ból głowy i przeleżeć tamten dzień. Łyknąłem pastylkę i opadłem na krzesło bezsilnie. Jak na złość zadzwonił telefon. Pomrukując z niezadowoleniem odebrałem.
- Tak? - odezwałem się niemrawo.
- Tomlinson! - mój manager wydarł się uradowany do słuchawki. Dobrze wiedział, że jestem na kacu, zwyczajnie tak dawał mi karę za używkę w postaci alkoholu. Chociaż dla mnie pracował, to stanowił też kogoś w rodzaju dobrego kumpla, ale jednak... - Bracie! Dzisiaj zafundowałem ci coś niesamowitego, co pozwoli ci zejść trochę z tego moralniaka młody - rzekł głośno.
- Wiem, że źle zrobiłem, przepraszam, ale przestań się nade mną znęcać i ścisz się, proszę Nelson - wydukałem.
- Yhy, ile razy ja już to słyszałem... - westchnął. - W każdym razie o 16.00 wpadnie masażystka i trochę się odprężysz - poinformował - A teraz odpoczywaj leserze, pa - rozłączył się. Rzuciłem komórkę na bok i powstałem. Szurając nogami przymaszerowałem do łóżka. Zasnąłem w momencie kiedy opadłem na pościel. Oczy otworzyłem w okolicach 15.30. Postanowiłem trochę ogarnąć się przed wizytą domową, jaką opłacił Nel. Wziąłem krótki prysznic, ułożyłem jako tako włosy i ubrałem coś luźnego, ale nie niechlujnego. Mózgownica nadal mi pękała, ale zdecydowanie czułem się lepiej niż o poranku, to jest 11.30. Niebawem rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłem spokojnie. Jednak, gdy ujrzałem osóbkę stojącą naprzeciw serce zabiło mi mocniej.
- (T.I)? - odezwałem się. Ona natomiast nie wydawała się zaskoczona. No tak idioto, chyba wie do kogo idzie! Kretyn! - skarciłem się w myślach.
- Cześć Louis - odparła chichocząc. Wpuściłem ją do środka.
- Wow, ile to lat minęło - podrapałem się po karku prowadząc ją do mojej "sali odnowienia", gdzie przeważnie przeprowadzano mi takie zabiegi.
- Dokładnie dwanaście - zaśmiała się. - Nie jesteśmy już pierwszej młodości, podstawówkę w końcu kończy się tylko raz - zażartowała. Nic się nie zmieniła. Zabawna, wesoła, mądra, a przede wszystkim śliczna. Nigdy nie mogłem przestać podziwiać jej oczu, ust, noska oraz włosów. Mimo, że kiedy ostatni raz widziałem, byłem w tym głupim wieku i wszystkie dziewczynki wydawały się obleśne, to (T.I) zawsze była taką jednostką piękna, jakiej nie potrafiłem odrzucić.
- Się pozmieniało, trochę co? Pani prokurator - tym razem ja przyprawiłem naszą dwójkę o rechot.
- Nie śmiej się, nie każdemu spełniają się marzenia - klepnęła mnie w ramię, rozkładając sprzęt. - Panie skrzydłowy - zerknęła na mnie.
- Dlaczego właśnie ten zwód? - zainteresowałem się leżąc już na łóżku półnagi.
- Powiedzmy, że rodzice odnaleźli moje powołanie - westchnęła.
- A, no tak. Państwo wszystkowiedzący - mruknąłem.
- Dokładnie. Na początku nie chciałam dążyć do ich pragnień, ale jednak z czasem przekonałam się do tej pracy i jestem spełniona, przynajmniej tak mi się wydaje - wyjaśniła. Zrobiło mi się jej szkoda.
- Jak to? - dociekałem.
- No nie wiem, wolałabym zajmować się choćby... A nieważne, wolę oszczędzić ci kolejnej dawki ataku śmiechu - przerwała.
- (T.I)! - warknąłem nakłaniając ją do odpowiedzi. - Opowiadaj - naciskałem. Znałem dobrze tą dziewczynę, więc nie miałem szczególnych oporów. Swego czasu przyjaźniliśmy się i dzieliliśmy każdy sekret. Ufała mi, a ja jej. Niestety później przeprowadziłem się, na rzecz treningów i kontakt się rozmył. Mimo to, nasza więź jakby nigdy się nie rozwiązała.
- Trener osobisty, to coś co mnie kręci. Jasne? Proszę chrumkaj prosiaczku z rozbawienia - jęknęła zażenowana mocniej wciskając pięści w moje plecy.
- Po pierwsze ałć! - krzyknąłem nie za głośno. - Po drugie wcale nie wydaje mi się to komiczne - przyznałem. - Każdy musi znaleźć swoją własną drogę, ty także powinnaś dążyć do celu - postanowiłem zmotywować towarzyszkę.
- Na pewno - prychnęła. - Mam 24 lata i raczej nie widzi mi się, aby cokolwiek mogło jeszcze ulec zmianie, jeżeli chodzi o moją pracę - rzekła smętnie.
- Czyżby ta niepokonana (T.I zdrobniale) z 5 A się poddawała? Kim ty jesteś, potworze?! - udałem szok. - Posłuchaj - zmieniłem ton na poważny. - Marzenia to nie kwestia wieku, tylko motywacji, a ja mam zamiar dać ci dzisiaj takiego kopa tej takiej, że się nie pozbierasz - to swojej gadki wplotłem nieco żartu. - Także... - już miałem zamiar się rozwinąć, ale jak zwykle ta przebiegła paniusia nie pozwoliła mi na to.
- Tomlinson, ogarnij się - przerwała mi chichocząc. - Dam radę. Jeżeli obiecam ci, że zrobię coś ze swoim życiem to dasz mi spokój? - zapytała.
- Hmm... No nie wiem - udawałem, że się zastanawiam. - No jest jeszcze jeden warunek - oznajmiłem.
- Jaki? -zaciekawiona odezwała się.
- Umówisz się ze mną na randkę - Zatrzymała swoje poczynania. W lustrze, jakie stało przed nami widziałem jej minę. Zamurowało ją.
- Słucham? - jęknęła.
- Pójdziesz ze mną na randkę - powtórzyłem nie odpuszczając. Wyglądała przekomicznie, ale nie chciałem się śmiać.
- My? We dwoje? Randka? - nie dowierzała.
- Może i lekko mieszanka wybuchowa, ale damy radę - subtelnie puściłem do niej oczko.
- Jesteś szalony - parsknęła.
- Czyli się zgadzasz? - ucieszyłem się. Przewróciła teatralnie oczami.
- Niech ci będzie - zarechotała. Udało się! - pomyślałem. Masaż, mimo kilku bolesnych dodatków, udał się dziewczynie. Przy wstawaniu głośno jęknąłem z bólu. Pakująca sprzęt (T.I) szybko znalazła się obok. - Co się dzieje? - przejęta zapytała.
- Głowa mi pęka, jestem na kacu - wyjaśniłem. Ubrałem koszulką sycząc przy ruchu.
- Jeżeli chcesz mogę przygotować ci koktajl, który raz dwa postawi cię na nogi - wyraziła chęć pomocy.
- Jasne, można spróbować. Chodź do kuchni - po chwili znaleźliśmy się w pomieszczeniu. "Mikstura" rzeczywiście polepszyła moje samopoczucie. Przez kilka godzin rozmawialiśmy o tym co nastąpiło po rozłączeniu nas. Umówiliśmy się co do dokładnej godziny i gdzie miałem się znaleźć.
* 3 dni później.
Przygotowałem się do randki, na której bardzo mi zależało. Odświeżony, z ułożoną fryzurą, ubrałem czarne rurki, białą koszulkę, marynarkę pod kolor spodni oraz ciemne buty firmy Vans. Zwarty i gotowy ruszyłem pod podany mi wcześniej adres. Zapukałem do drzwi. Przede mną stała piękność, istny ideał. Podobała mi się jej kreacja, ale szczególnie uśmiech, który nie schodził ślicznej z twarzyczki. Poczułem to ukłucie w sercu, jakie nigdy wcześniej nie występowało w moim przypadku.
- Hej - pomachała mi przed oczami dłonią, kiedy zapatrzyłem się w jej oczy.
- Cz... Cześć - wydukałem. Kiedy się ocknąłem zrobiło mi się głupio. - Ładnie wyglądasz - skomplementowałem ją.
- Dziękuję, ty także - puściła do mnie oczko. Dotarliśmy na miejsce.
- Zapraszam - otwierając drzwi do restauracji przed (T.I) ukłoniłem się.
- Dzięki, Lou Lou - kiedy nazwała mnie tak, jak robiła to za dzieciaka, zrobiło mi się ciepło. Z ust dziewczyny brzmiało to tak perfekcyjnie. Czułem się przy niej taki szczęśliwy, co w moim przypadku wydawało się chore. Cały wieczór mogłem słuchać jak opowiada różne historie, patrzeć jak kąciki jej ust unoszą się, obserwować jak bardzo się zmieniła, a jak nadal pozostaje sobą. To co wypełniało mnie w wieku 11 lat, powróciło po raz pierwszy. Wiedziałem, że jesteśmy sobie przeznaczeniu. - Dlaczego tak intensywnie wpijasz we mnie ślepia, królewiczu? - żartobliwie wyrecytowała.
- Czuję, że odnalazłem swoje przeznaczenie, przepraszam - wypaplałem bezmyślnie. Widziałem rumieńce na twarzy (T.I).
- Przyznam ci, że ja też - odparła słodko.
A ja przyznam, że ani ja, ani ona się nie pomyliliśmy...




Hejka! Oto imagin z Louis'kiem <3 Mam nadzieję, że się spodoba :D Taki pod natchnieniem napisany ^^ Piszcie :>
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

czwartek, 8 października 2015

Little Sweet Angel 69

- ... Będę się starał, abyś się nie denerwowała, chociaż jesteś wtedy taka seksowna i podniecasz mnie... - wymruczał obejmując moją talię.
- A ty okropny - zaśmiałam się. Tamten dzień kosztował mnie masy emocji, więc byłam wykończona. Marzyłam o ciepłym łóżku i śnie, ale nie zapowiadało się na to...
***
Moi bracia hałasowali w środku nocy, więc nie było szans na sen, jednak w końcu udało się ich uciszyć. Dzień minął szybko. Pożegnaliśmy gości i byliśmy wolni. 
Nadszedł wieczór. Wzięłam prysznic i w ręczniku wyszłam z łazienki, aby wybrać jakąkolwiek koszulę do spania. 
Harold spoczywał na krańcu łóżka w siadzie z komórką w dłoni. Przelotem uśmiechnęłam się do niego, co odwzajemnił. W zielonkach chłopaka ujrzałam ten znaczący błysk. Dół mojego brzucha dał o sobie znać, poczułam wirowanie w okolicach czułego kobiecego punktu. Zanim zdążyłam podejść do szafy do moich pleców delikatnie przywarł Harry. Brodę ułożył na moim ramieniu, a dłonią przejechał po długości mojej ręki. Musnął płatek mojego ucha i począł schodzić z pocałunkami w dół szyi. Doszedł do pleców i nie przestawał cmokać mej skóry. Przechodziły mnie ciepłe prądy, a uczucie, o którym wspomniałam przed chwilą, się nasilało. Lewą dłonią rysował wzory w okolicach mojej miednicy. Mruczałam jak kot unosząc kąciki ust na samą myśl o zamiarach Styles'a. Wplotłam palce w loki ukochanego i złączyłam nasze usta. Zwróciłam się przodem do Hazz'y. Po krótkiej chwili z torsu Harold'a zniknęła koszulka, kolejno spodnie. Ani się obejrzałam, a oboje znaleźliśmy się w łóżku zupełnie nadzy. 
Minęła może godzina. Leżałam na torsie zielonookiego zasypiając, niespodziewanie z dołu dobiegł huk. Oboje zerwaliśmy się na równe nogi. Ubraliśmy bieliznę i koszulki. 
- Zaczekaj tutaj - poprosił mnie Harry. 
- D... Dobrze - zająknęłam się. Minęła nie cała minuta. Słyszałam trzaski i uderzenia. Wybiegłam na korytarz i wychyliłam się, aby spojrzeć co dzieje się na dole. 
- Michell! Uciekaj! - Ujrzałam Styles'a w ramionach jakiegoś mięśniaka, który zasłaniał mu usta. W naszym salonie roił się od jakiś zbrodniarzy. Kiedy tylko mnie zobaczyli rzucili się w moim kierunku. Chociaż nie uśmiechało mi się to, zaczęłam biec, aby się uratować. Wbiegłam do pokoju gościnnego i zakluczyłam drzwi. Po zaledwie pięciu sekundach napastnicy zaczęli się dobijać. Otworzyłam okno i wyszłam na daszek. Słyszałam jak bariera drzewna odbija się od ściany, co oznaczało, że włamywacze znaleźli się w pokoju, jaki przed momentem. Przyspieszyłam. Po drzewie zeszłam na ziemię. W wejściu domu zauważyłam stróżujących mężczyzn czekających na mnie. Mój sprint nie wystarczył. Po kilkunastu przebytych metrach  poczułam jak ktoś łapie mnie w tali i niesie przewieszoną przez ramię. Używałam całej siły, aby uwolnić się z uścisku, lecz me starania na marne. Płakałam, krzyczałam i robiłam wszystko, aby uzyskać pomoc. Trafiłam do bagażnika i nie wiedziałam, że nie mam już szans na uwolnienie się. Mimo wszystko nie poddawałam się. 
Znalazłam się w piwnicy zabitej dechami na zimnej podłodze. Moje wołania wciąż nie przynosiły skutku, więc w końcu poddałam się. Łkając traciłam głowę. Bałam się, tak cholernie się bałam. Nie miałam pojęcia co z ukochanym, co stanie się ze mną. 
Nie wiem ile czasu spędziłam w pomieszczeniu, zapewne niewiele, lecz każda sekunda wydawała się przeobrażać się w dobę. Nareszcie zastał mnie umięśniony facet z masą kolczyków w twarzy. 
- Szef chce cię widzieć - oznajmił głębokim głosem. Bez słowa wstałam i podeszłam do niego. Grzecznie dałam zaprowadzić się do biura. Przemierzałam nieznajome korytarze o dziwo przytulnie urządzone. Kiedy znalazłam się u celu zamarłam. Znowu on. Łzy ponownie zamazały mi obraz. 
- Dlaczego? - odezwałam się załamana. Zbliżył się do mnie i złapał za mój podbródek. Po raz kolejny spotkałam te pełne zazdrości ślepia. 
- Dobrze wiesz. Należysz do mnie, słoneczko - rzekł pełen przekonania. Wyrwałam twarz z uścisku napastnika. 
- Gdzie jest Harry? - zapytałam zawistnie. 
- Masz wybór - zignorował mnie. 
- Przestań grać w te swoje pojebane gry! - wydarłam się cofając się. 
- Wyjść stąd i pochować go - powiedział. Spotkałam się ze ścianą i zsunęłam się na ziemię lamentując. - Albo zostać tu ze mną i dać mu życie - dodał. Skuliłam się i płakałam jak opętana. Jego to nie obchodziło. Zachowywał się tak bezdusznie, z resztą jak zawsze. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. - Masz trochę czasu, zastanów się, a kiedy już podejmiesz decyzję, zejdź na dół, będę czekał. Nie myśl nawet o głupich numerach, pilnujemy cię tu - wyrecytował wychodząc. 
- Rich - zawołałam szeptem. Zerknął na mnie. -Nienawidzę cię - wycedziłam patrząc na niego. Uśmiechnął się szyderczo i opuścił pomieszczenie. Zostawił mnie samą z milionami myśli, z którymi sobie nie radziłam. To znów się zaczyna...



Hej! Jestem jestem! Nie zostawiam was ;) Oto kolejny rozdział :3 Mam nadzieję, że się spodoba :3 Piszcie Kochani :D
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

środa, 7 października 2015

Uninhabited 5

Nienawidziłam siebie za to jak bardzo podoba mi się brunet. Nie chciałam się zakochiwać, znaczyło to dla mnie zbyt wiele zawodu i rozczarowań. Wolałam nie mieć nikogo, dla czystego spokoju duszy i uniknięcia łkania serca, jakie złamane zostało już nie jeden, niegdyś, raz.
-Dziękuję- powiedziałam.
-Za to?- wyszłam z wody i złapałam za buty wcześniej pozostawione na pisaku.
-Za to, że jesteś i się mną zajmujesz- rzekłam...
***
* Oczami Taylor
Jeszcze raz przeszukaliśmy statek. Ani śladu zaginionej parki. Postanowiliśmy w końcu powiadomić kogoś o zaginięciu Harold'a i mojej przyjaciółki. Zgłosiliśmy się do kierownika rejsu. Na początku się nie przejął, lecz kiedy bardziej wdrożyliśmy go w temat przeraził się. Początkowo zlecił ponowne poszukiwania, co w końcu zaczęło robić się irytujące. My z blondasem cierpliwie czekaliśmy na jakiekolwiek informacje. Nie wytrzymywałam ze stresu. Obwiniałam się. Gdybym nie namówiła jej na ten rejs, gdybym jej nie zostawiła...
- Boję się, że już więcej jej nie zobaczę - przyznałam przed Nialler'em.
- Mała, spokojnie, będzie dobrze - pocieszał mnie.
- Oby - westchnęłam. Zauważyłam mknącego ku nam mężczyznę, którego się spodziewaliśmy. - Wiadomo coś? - odezwałam się.
- Niestety nie. Właśnie odbyłem rozmowę z służbami morskimi i po jutrze rozpoczną poszukiwania, gdyż dzisiejszej nocy ma nastać sztorm, więc nie możemy zadziałać w tej chwili - wyjaśnił. Szczerze, miałam ochotę strzelić mu w twarz.
- Czyli moja najlepsza przyjaciółka, niemal siostra, może teraz kostnieć gdzieś na środku oceanu, a pan mówi mi, że dopiero za 48 osiem godzin cała załoga ratunkowa będzie mogła zebrać dupy i poszukać jej i kolegi mojego znajomego?! - wykrzyczałam facetowi w twarz. Z każdym słowem stawiałam krok w kierunku kierownika, z zamiarem uderzenia go. Niestety, bądź stety Niall złapał mnie za biodra w połowie zdania i odsunął od mojego celu. Miał gbur szczęście, że blondas był przy mnie. Może i jestem niewielką osobą, ale uważam, że mój cios jest niczego sobie. Mężczyzna z naprzeciwka obserwował mnie z szokiem wymazanym na twarzy. Moje zielonki zapewne płonęły złością. Aż mnie nosiło od środka.
- Przepraszam za nią - odezwał się skrępowany Horan. - Po prostu bardzo martwimy się o przyjaciół- dodał. Nadal obejmował moje ciało krępując próby ataku. Po krótkiej rozmowie pomiędzy nimi nareszcie odzyskałam wolność. Kiedy spojrzałam w załamane źrenice towarzysza wybuchnęłam płaczem. Bałam się, że stracę najważniejszą osobę w swoim życiu. W duchu modliłam się, aby nic im nie było. Nialler starał się podtrzymać mnie na duchu, za co jestem wdzięczna mu do dzisiaj. Nie wiem jakbym sobie bez niego poradziła.
* Oczami Julii
Wieczór się zbliżał. Było mi głupio, że przesiedziałam cały dzień w swoich spodenkach oraz koszulce, mimo to nie zdejmowałam koszuli Hazz'y. Ten biedak był w samych czarnych rurkach i podkoszulku w tym samym kolorze. Z drugiej strony próbowałam zwrócić mu okrycie, lecz nie przyjmował go. Ja trzęsłam się z zimna w trzydziestostopniowym upale, więc w pewnym sensie cieszyło mnie to. Zapadł zmrok. Ognisko znów się paliło, tym razem na plaży. Patrzeliśmy w gwiazdy i jedliśmy jakieś zielsko, które nawet nieźle smakowało po upieczeniu. Rozmawialiśmy o naszych poglądach, zamiarach i celach. U boku Harold'a czułam się swobodnie, jak na mnie oczywiście. Niestety wkroczył na nieprzyjemny dla mnie temat.
- Julia? - odezwał się.
- Tak?
- Czego się wstydzisz tak naprawdę. Powiedz mi o co chodzi. Proszę, chcę ci pomóc - patrząc mi w oczy powiedział. Posmutniałam. Nie wiem dlaczego, ale po raz pierwszy w życiu nabrałam ochotę na zwierzenie się komukolwiek. Nabrałam powietrza w płuca i zaczęłam mówić.
- Wstydzę się swojego ciała, bo boję się tego co ludzie o mnie pomyślą, co o mnie powiedzą. Jak byłam mała, walczyłam z otyłością przez wahania hormonów. Dzieci były bezlitosne. Wyśmiewały się ze mnie, znęcały się. Płakałam każdej nocy aż do piętnastego roku życia. Nareszcie zaczęłam dojrzewać, buzujące hormony w cudowny sposób się uspokoiły i schudłam ponad dwadzieścia kilo. Moja waga się unormowała, a ja w końcu nie byłam prześladowana. Czułam się lepiej ze sobą samą, mimo to liczyłam każdą kalorię, aby nie powrócić do przeszłości. Popadałam w paranoję, ale nie umiałam sobie odpuścić. W rzeczywistości stałam się bardziej zrozpaczona niż wtedy, kiedy wyglądałam jak pączek. Sama musiałam uporać się z tym wszystkim. Kiedy skończyłam osiemnaście lat udało mi się zwalczyć lęk przed przytyciem. Zbilansowana dieta i ćwiczenia pomogły mi w całym procesie. Wierzyłam, że będzie lepiej. Niestety kompleksy na temat mojej wagi, jak i wyglądu nigdy mnie nie opuszczą, bo siedzi to w mojej psychice. Nawet Tay, która zna mnie od małego nie wie, że aż tak bardzo się wstydzę własnego wyglądu. Nie chcę jej mówić. Nie lubię dzielić się problemami, wolę pomagać. Nie chcę współczucia, litości i łaski, mi to niepotrzebne. Preferuję samodzielność i siłę, a okazywanie uczuć stanowi dla mnie okazanie słabości, dlatego tak bardzo to wszystko mnie dotyka- wyrecytowałam. Otworzyłam się przed nim. Nie podobne to do mnie, ale chyba fakt, iż był dla mnie obcy ułatwił mi zadanie. Jakoś dziwnie mi ulżyło. Z serca zszedł mi kamień. Mimo to wiedziałam, że zaraz będę musiała uporać się z gadką motywacyjną, co sprawiło, że pożałowałam swojego napadu szczerości. Bałam się jego reakcji, przyznaję. Mógł mnie wyśmiać, rozpłakać się, bądź wstać i odejść. Żadna opcja mi się nie uśmiechała, no cóż. Chyba najbardziej korzystna widziało mi się milczenie ze strony zielonookiego. Szybko otarłam łzy, jakie zdążyły opuścić ramy moich ślepi. Zerknęłam na wpatrującego się we mnie chłopaka. O dziwo na jego słodkiej buzi nie malowała się żadna emocja, tym bardziej w życie wdał mi się stres...




Hej! Przepraszam, że tak późno, ale odmalowywałam miejsce pracy z moją mamcią dzisiaj i nie dałam rady wcześniej ;) Mam nadzieję, że taki skromny rozdziałek się Wam Kochani spodoba ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

wtorek, 6 października 2015

Imagin Niall

- (T.I) - usłyszałam głos przełożonego mojego szefa. - Crimby cię prosi - Natychmiast ruszyłam do gabinetu pracodawcy. Zastałam go oglądającego papiery w skupieniu.
- Tak? - odezwałam się niepewnie. Przelotem na mnie zerknął. Kolejno wskazał miejsce naprzeciw biurka. Usiadłam na czarnym skórzanym siedzeniu i czekałam na ruch mężczyzny. 
- Jest dla ciebie zlecenie. Przeprowadzisz wywiad z One Direction, a właściwie z ... - zerknął na najbliżej ułożoną obok niego kartkę, aby przypomnieć sobie imiona członków boysbandu. - Louis'em Tomlinson'em oraz Niall'em Horan'em - dokończył. Zdziwiła mnie ta wiadomość. 
- Ale... Nie ja jestem na dziale... - chciałam się jakoś wykręcić.
- Tak, wiem. Mimo to, wybrałem ciebie i to właśnie ty masz wykonać tą pracę, która może przyniesie ci awans. Wszelkie informacje uzyskasz od Robin, ona da ci materiały. Teraz zmykaj. Przygotuj się na za tydzień na 16. 30 w studiu na ulicy... Nie pamiętam, tak jak mówię, Rob ci objaśni wszystkie szczegóły.
-Dobrze. Dziękuję - jak najspokojniej rzekłam i opuściłam pomieszczenie. Byłam podekscytowana. Niegdyś robiłam na dziale z informacjami jedynie ze świata. Kataklizmy, przestępstwa itd. Wcześniej nie miałam styczności z dziennikarstwem w pop kulturze, co mogło wydawać się niedorzecznością ze względu na mój wiek - 20 lat. Zaczęłam pracować w firmie już, gdy miałam 17, a dopiero po trzech latach przeniesiono mnie do odpowiedniego działu dla mnie. Cieszyłam się ze zlecenia, na szczęście w ciszy, bo jestem dość wybuchowa, lecz tamtym razem się udało. 
Zwarta i gotowa pojawiłam się na miejscu przed czasem. Poprawiono moją fryzurę, zaakceptowano mój strój i wręczono dodatkowe notatki. Pozostało tylko czekać na przybycie chłopców. Stresowałam się, lecz działało to na mnie pozytywnie. Usłyszałam za plecami jak Tomlinson i Horan witają resztę ekipy. Pozostałam tylko ja. Ustawiłam się w odpowiednim miejscu do kręcenia wywiadu. Czekałam aż dotrą do mnie. Dziwnie się czułam, gdyż obierało mnie wrażenie, iż Niall wpija we mnie swój przenikliwy wzrok ukradkiem. Starałam się nie zwracać na to uwagi, lecz co moment łapałam z nim kontakt wzrokowy. Miał piękne oczy. Utonęłam w nich na sekundę, co wywołało uśmiech na twarzy gwiazdora. Speszyłam się i natychmiast zarumieniłam. Serce zabiło mi mocniej. Idiotko! To sławny piosenkarz, nie masz szans, uspokój się! - karciłam się w myślach. Przyznam, że od początków zespołu w XFactor słuchałam muzyki One Direction, a najprzystojniejszy z piątki wydawał mi się właśnie Nialler. Pierwszy moją dłoń ujął Lou, ucałował mój policzek i grzecznie się przedstawił. 
- (T.I) - odparłam. 
- Niall - blondyn powtórzył ruchy bruneta. Zadawałam im pytania, na jakie, widać było, że chętnie odpowiadali. Wciąż skupiałam uwagę w większości na Horan'ie. Absolutnie nie celowo, przyczyniał się do tego. Stał blisko, dyskretnie sprawiał, iż nasze ciała stykały się co jakiś czas, zaczepiał mnie i wspominał o mnie, komplementując mą osobę. Po kilkudziesięciu minutach zakończyliśmy konwersację. Podziękowałam im, a światła i kamery zostały wyłączone. 
- Dobrze sobie poradziłaś - przyznali. 
- Dzięki, starałam się - zachichotałam. Pożegnałam się z nimi. Jakoś poczułam zawód. Gdzieś w głębi duszy liczyłam na propozycję randki, ze strony blondasa. Niestety nie doczekałam się jej. Wyszłam za studio, gdyż masa fanek 1D zebrała się przed budynkiem, także nie miałam szans na jakąkolwiek wolną trasę. Jak na złość piękny, słoneczny dzień przerwał deszcz. Uwielbiałam taką pogodę, więc nie posmutniałam. Już miałam ruszać, gdy nagle usłyszałam. 
- Psst - Zerknęłam w kierunku źródła  dźwięku. Ujrzałam chowającego się za śmietnikiem Nialler'a. 
- Co ty wyprawiasz? - zaśmiałam się. 
- Nieważne, chodź - odwzajemnił rechot. Podeszłam do chłopaka rozbawiona. Niespodziewanie pociągnął mnie za rękę i po chwili siedziałam już na przodzie samochodu marki Range Rover. 
- O co chodzi? - Zaniepokoiło mnie to co się działo. 
- Spokojnie, nie jestem zabójcą ani gwałcicielem - rozmył moje wątpliwości. 
- Gdzie więc mnie zabierasz? 
- Jeszcze nie jestem pewny co do tego. Może coś zaproponujesz? - myślałam, że żartuje, więc postanowiłam dołączyć się do tego. 
- Chodźmy na dzisiejszy koncert Katy Perry i wbijmy się jej za scenę - zachichotałam. Uniósł kąciki ust i puścił do mnie oczko.
- Wedle życzenia - odparł. W pewnej chwili zrozumiałam. Nie spodziewałam się, że poważnie zabierze mnie w to miejsce.
- Niall? - odezwałam się.
-Tak?
- Czy ty poważnie zamierzasz... ? - nie dokończyłam.
- No tak, chciałaś jechać na koncert - odpowiedział jakby była to najjaśniejsza rzecz w świecie.
- Tak, wiem, ale nie mówiłam poważnie. Nie chcę cię naciągać ani nic - nieśmiało wydukałam.
- Nie naciągasz, spokojnie. Mam ochotę spełnić twoją propozycję i tyle, to żaden problem. Nasza pierwsza randka musi być niezapomniana. Nie uważasz? - zerknął na mnie ukradkiem.
- Emm... Pierwszą randkę? - zająknęłam się uradowana. Nie umiałam tego powstrzymać. Podobał mi się i nie mogłam tego zmienić. Choć postawił mnie w krępującej sytuacji, to nie marzyłam o niczym więcej jak o tym wieczorze u boku niebieskookiego. - Czyli przewidujesz ich więcej? - rzekłam.
- Jeżeli tylko będziesz chciała, to zawsze - zgodził się. Rozmawiało mi się z nim idealnie. Choćby na sekundę nie zapadła cisza, gdyż nasze niemal identyczne poczucia humoru na to nie pozwalały. Śmialiśmy się bez przerwy śpiewając piosenki jakie leciały w radiu. Niesamowite jak szybko poczułam się swobodnie u boku Horan'a, wiedząc czym się zajmuje i ile niesamowitych osób poznał. Jednak to mnie nie obchodziło, traktowałam go jak kogoś równego sobie. Jeździliśmy po całym mieście, nie zatrzymując się. Dochodziła 21.00, więc Nialler podjechał pod arenę.
- Poważnie? - zapytałam kiedy ciągnął mnie do wejścia za rękę.
- Tak - odparł rechocząc. Wparowaliśmy za kulisy. Wszystko wydawało się takie nierealne, wszyscy niemal kłaniali się piosenkarzowi i nie pytali o nic, po prostu mógł wejść wszędzie. Dla niego całe to zamieszanie stanowiło normę. Mimo, że traktowano Niall'a za kogoś poważnego, to on nie miał oporów aby skakać ze mną jak dziecko pod sceną Katy, jaka zauważyła nas od razu wysyłając nam buziaki. Poznałam samą Katy Perry! Nie wierzyłam, że zapamiętała moje imię i zaprosiła nas na swoje urodziny. Było niesamowicie! Świetnie bawiłam się z nowo poznanym chłopakiem. Odwiózł mnie pod moje mieszkanie.
- Dziękuję ci, to było świetne - odezwałam się stojąc pod wejściem.
- Nie ma za co, sama przyjemność. Następnym razem pójdziemy na prawdziwą randkę. Obiecuję, (T.I) - ucałował mój policzek w geście pożegnania.
- Przecież to była randka - zdziwiłam się, kiedy już się oddalał.
- Nie było romantycznie - zaśmiał się starając się wygrać.
- Ale to spotkanie było niezapomniane, tyle mi wystarczy - uśmiechnęłam się do niego i zniknęłam za drzwiami. Tak to się zaczęło, zwykłym przypadkiem znalazłam miłość życia...





Hejka! Dzisiaj niestety nie dam rady już nic dodać, bo lecę na trening :) Mam nadzieję, że imagin nie taki zły ;3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

poniedziałek, 5 października 2015

Imagin Harry

- Pięć, sześć, siedem i...- po raz kolejny usłyszałam odliczanie dające znak, aby znów powtórzyć układ. Dawałam z siebie wszystko, a nawet więcej. Muzyka docierała do moich uszu nadając tempo ruchom mego ciała. Kompletnie zatraciłam się w tańcu i skupiłam się tylko na dokładności. Czułam, że żyję, że to życie ma sens. Tyle emocji mnie przepełniało. Było cudownie.- Dobrze! Tak, właśnie tak! - krzyczał trener. Godzinami ćwiczyliśmy tą samą choreografię. Dochodziła osiemnasta, więc wszyscy, łącznie z trenerem, po pracy udali się do swoich domów. Zostałam zupełnie sama na sali, z resztą jak zawsze. Co dzień przynajmniej trzydzieści minut dłużej dodatkowo ćwiczyłam. Wtedy kompletnie mnie ponosiło. Nogi same sunęły mi po parkiecie. Nie liczyło się nic po za tym co czyniłam. Kiedy już skończyłam mogłam dumnie się uśmiechnąć. Zachichotałam szczęśliwa. Zbliżyłam się do lustra, poprawiłam włosy i złapałam za torbę leżącą obok. Zgasiłam światło. Przy wyjściu sięgnęłam po płaszcz, który zaraz trafił na moje ramiona. Zakluczyłam wejście i ruszyłam w kierunku swojego bloku. Liście co moment przebiegały moją drogę. Pewna siebie kroczyłam w doskonałym humorze.
- Laleczko! - usłyszałam za sobą. Kąciki moich usta automatycznie opadły. Znałam ten głos. Nie miałam zamiaru się odwracać. Byłam już tak blisko domu. Przyspieszyłam kroku. Biegł za mną, poczęłam uciekać. Czułam, że nie mam szans. Zatrzymałam się i zwróciłam twarzą do chłopaka. Dzieliło nas może z pięćdziesiąt centymetrów. Bałam się go, ale miałam odwagę aby spojrzeć w te kłamliwe ciemne oczy.
- Czego ty wciąż ode mnie chcesz, Zayn? - z wyrzutem zapytałam.
- Ciebie - szyderczo wydusił. Swąd alkoholu oraz papierosów bił od Mulata. Ujął moją dłoń, wyrwałam ją z mocnego ścisku Malik'a. To tylko nasiliło agresję chłopaka. Złapał mnie za ramiona.
- Przestań! - próbowałam jakoś się uratować, lecz przegrywałam tą walkę.
- Gdy tylko z tobą skończę - wymruczał w znaczący sposób. Szarpałam się z Zayn'em, ale marne moje starania. Nie był to pierwszy raz, mimo, to tamten wydawał się mieć tragiczny dla mnie koniec. Nigdy nie dochodziło do takiego etapu.
- Puść ją! - męski głos dobiegł zza pleców Mulata. Ten wykonał nakaz, by przekonać się kto śmie się do niego odzywać. Cofnęłam się kilka kroków oddychając przyśpieszenie. Ujrzałam wysokiego bruneta z burzą loków na głowie. Światło padające z latarni ulicznej nie obejmowało nieznajomego, więc nie mogłam go rozpoznać. Czekałam na rozwój sytuacji. Widziałam wściekłość rozpierającą Malik'a po jego postawie.
- Kim ty jesteś, żeby mówić mi co mówić?! - zabełkotał. Mój wybawca stanął w świetle. Pierwsze co ujrzałam to, wyraźne rysy twarzy. Przypomniał mi kogoś, tyle, że nie mogłam rozgryźć kogo. Z poważną miną wpatrywał się w ciemnookiego. Wyglądał spokojnie, ale bardzo stanowczo.
- A kim ty jesteś, żeby tak traktować kobietę? Jesteś z tego dumny człowieku? Jesteś nawalony jak beka i myślisz, że możesz wszystko? Lepiej odejdź z pokorą przepraszając piękną panią, zanim zainterweniuję - ostrzegł. Serce mi łomotało. Kompletnie nie znałam dalszego scenariusza i szczerze nie miałam ochoty go poznawać.
- Wal się pseudo kozaku - prychnął Mulat. Wiedziałam, że nie będzie dla niego happy end'u.  Lokaty zbliżył się do Zayn'a. Zanim Malik zdążył zareagować, ten złapał go za kark i rzucił na ziemię. Wyglądało to jakby mój wybawca ucisnął jedną z żył napastnika, co sprawiło, że ten zemdlał. Z rozszerzonymi oczami obserwowałam zajście. Stałam jak wryta obserwując spoczywającego na trawie ciemnookiego.
- Nic ci nie jest (T.I)? - usłyszałam. Ocknęłam się. Spojrzałam w oczy nieznajomego. Chłopak przeważał wzrostem o jakieś dziesięć centymetrów, a ja nadal nie byłam pewna co do jego twarzy. Trwaliśmy na lekkim dystansie od lamp, więc ciemność nie ułatwiała sprawy.
- Skąd znasz moje imię? - oszołomiona wydukałam. Znów zaczęłam się bać.
- Znam cię od dziecka, jakbym mógł je zapomnieć? - prychnął.
- Co? - jęknęłam. Nic z tego nie rozumiałam. Niespodziewanie podwinął swój rękaw i przystawił do światła jakie jeszcze docierało do jego pleców. Ujrzałam wytatuowany znak przypominający mi dzieciństwo. Oczy natychmiast zaszły mi łzami.
- H...Harry? - nie dowierzałam. Zakryłam usta dłonią. Nie mogłam uwierzyć.
- We własnej osobie - dopiero wtedy zrozumiałam z kim rozmawiam.
- Ale... - zająknęłam się. Szybko wpadłam w ramiona Styles'a.
- Niespodzianka maluchu - zaśmiał się.
- Tak bardzo za tobą tęskniłam - przyznałam płacząc ze szczęścia. - Ale co ty tu robisz? - wyszeptałam smutno.
-Wróciłem - oznajmił. Uwolniłam nas od uścisku i cofnęłam się dwa kroki.
- Dlaczego? - jęknęłam.
- Skończyłem dziewiętnaście lat, (T.I). Skończyłem tą szkołę i teraz wszystko zależy ode mnie. Postanowiłem tu wrócić - wyznał.
- Nie - zaprotestowałam cicho. - Nie możesz. Nie możesz tak po prostu porzucić marzeń dla mieszkania w Londynie. Tam masz więcej możliwości... - płakałam, sama nie wiedziałam czy ze szczęścia, czy ze smutku.
- (T.I), to moja decyzja i długo nad tym myślałem. Uwierz, nie znasz wszystkiego co spotyka ludzi tam. To niebezpieczne i niepewne niczego miejsce. Nie chcę tam wracać tylko dla czegoś, co robi miliony ludzi, do tego sto razy lepiej. Chciałem tu wrócić, więc jestem i nie wyjadę. Musisz to zaakceptować, bo ty też się tutaj nie spełniasz- rzekł. Miał rację, to niewątpliwe. Spuściłam głowę i znów wtuliłam się w przyjaciela. To nieprawdopodobne jak bardzo tęskniłam. Objął mnie i ruszyliśmy w kierunku mojego domu rozprawiając o wszystkim i niczym, zupełnie jak za dawnych czasów. Znów czułam się jak mała dziewczynka z piaskownicy szalejąca z chłopczykiem z klasy na placu zabaw. Znaleźliśmy się w moim mieszkaniu, które było wolne odkąd rodzice przeprowadzili się na drugi koniec miasta, tuż po moich osiemnastych urodzinach. Na tamtą, więc chwilę żyłam samotnie od niemal roku. Hazz dobrze znał tamto miejsce, niegdyś spędzaliśmy tam większość czasu. Usiedliśmy na sofie i przy ciepłych napojach wymienialiśmy zdania na różne tematy. Serce biło mi jak oszalałe podczas konwersacji, brakowało mi naszych pogaduszek od serca. Siedzieliśmy pod jednym kocem bardzo blisko siebie, co wcale nas nie krępowało. Znaliśmy się na tyle, że mogliśmy ufać sobie nawzajem. Nastała chwila ciszy. Nasze spojrzenia się spotkały. Czułam jak dystans pomiędzy naszymi twarzami maleje. Harry wplótł dłoń w moje włosy, a nasze usta się spotkały. Motyle w moim brzuchu mnie rozpierały. W tamtej chwili zrozumiałam, że nasza wieloletnia znajomość była czymś więcej niż tylko przyjaźnią, że już dawno przerodziło się to w miłość. Z każdą chwilą nasze pocałunki nabierały na namiętności. Żadne z nas nie chciało przestawać. Oboje pragnęliśmy uczucia.
Obudziłam się obok Harolda przykutego do moich pleców. Uśmiechnęłam się do samej siebie. Nie mam pojęcia skąd wiedziałam, że nie śpi.
- Harry co teraz będzie? - odezwałam się.
- Zależy co masz na myśli - odparł drocząc się ze mną.
- O nas, o naszą wspólną przyszłość. Czy będziemy razem? - zapytałam niepewnie.
- Chciałbym, bardzo bym chciał. Reszta zależy od ciebie - odpowiedział pewnie. Szybko zwróciłam się twarzą do zielonookiego.
- Nawet sobie tak nie żartuj - zachichotałam całując go.
- Czyli oficjalnie jesteśmy parą? - upewnił się.
- Tak - zgodziłam się.
- Wiele razy wyobrażałem sobie ten moment, aż w końcu, po piętnastu latach nastał i wiesz co? Nie mógłbym być bardziej szczęśliwy - ucałował czubek mojej głowy. - (T.I) kocham cię - wyznał.
-Też cię kocham Harry- odpowiedziałam spokojnie układając głowę na jego nagiej klatce piersiowej. Dumnie mogłam powiedzieć, że po raz pierwszy pokochałam kogoś bardziej niż taniec, że znalazłam drugi i chyba ważniejszy sens życia. Hazz miał rację ~ nie mogłabym być bardziej szczęśliwa...



Hejka! Oto taki imagin na luzie ;) Mam nadzieję, że się spodoba :3  Nienwiem czy dzisiaj się jeszcze coś pojawi :/ Jestem w szkole i wstawiam tak na szybko Kochani, oby dało się przeczytać :^^

Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

niedziela, 4 października 2015

Little Sweet Angel 68

Udałam się do salonu piękności, gdzie najpierw poprawili moje paznokcie, następnie oczyścili i nawilżyli skórę, kolejno podreperowali włosy. Po wyjściu z odnowy czułam się jak nowo narodzona. Wróciłam do domu. Kiedy wkroczyłam do salonu mój dobry humor uległ zmianie...
***
Zastałam coś czego kompletnie się nie spodziewałam. Cały salon stał na głowie. Pełno pustych butelek po alkoholu, kartony po pizz'y, porozlewane napoje, rozkruszone jedzenie, poduszki porozrzucane... Jedynym słowem- syf. Do tego Ashton oraz Calum spali oparci o siebie głowami na siedząco oparci o tył kanapy. Michael rozłożony na fotelu, a Luke przytulony do jego nogi pod stołem. Myślałam, że dostanę zawału na ten widok. Jednak nigdzie nie dostrzegałam Harold'a. Gotowało się we mnie na myśl o tym, że mógł spożyć wódkę, czego przez pewien czas nie robić. Niespodziewanie usłyszałam huk w kuchni. Natychmiast tam ruszyłam. Odetchnęłam z ulgą. Zupełnie normalnie wyglądający zielonooki wyrzucał szklane butle do śmietnika. Mimo to spojrzałam na niego spod byka. 
- Ehem - chrząknęłam dając o sobie znak. Powoli podniósł głowę i zerknął na mnie, jak mający świadomość o tym co przeskrobał dzieciak. Skrzyżowałam ręce na piersi czekając na wyjaśnienia.
- Nie piłem. Oni chcieli, przysięgam - wydukał niepewnie. Oczy miał tak rozszerzone i wyglądał na tak przerażonego, że nie umiałam powstrzymać śmiechu. 
- Żebyś widział swoją minę - wydusiłam przez chichot.- Przecież nie jestem jakimś tyranem, żeby nie mogli się napić. Gdybyś to ty zaliczył zgon w salonie, to jasne byłabym w furii, ale jesteś trzeźwy stoisz tu i wydajesz się być wystraszony - wyrecytowałam podchodząc do Hazz'y. Wspięłam się na palcach, aby dotrzeć do ust zielonookiego. 
-Mój mały dyktator- zażartował.- Pięknie dzisiaj wyglądasz, tak... Żywiej- skomplementował mnie szczęśliwy. 
- Starałam się - odparłam.
- Może gdzieś dzisiaj wyjdziemy? - zaproponował.
- No dobrze, ale musimy wrócić na noc, bo nie taktownie jest tak zostawiać skacowanych gości na pastwę losu - Harry jedynie mi przytaknął. Po kilkunastu minutach siedzieliśmy w niewielkim lokalu przy gorącej kawie i zimnym serniku z czekoladą gorzką z wierzchu. Na scenie odbywał się bardzo przyjemny dla ucha koncert kameralny kompletnie nieznanej kapeli, grającej spokojną muzykę podchodzącą pod jazz. Urządzone tam było w stylu amerykańskich lat czterdziestych. Wzory, kolory, meble, sprzęt. Nawet kelnerki odziane były w typowy uniform kobiet tamtych czasów. 
- Tu jest pięknie - stwierdził Harold. 
- Zgadam się - kąciki moich ust uniosły się samoistnie. Chwilę później Pezz wraz z Zayn'em do nas dołączyli. Świetnie było podyskutować z blondynką na różnorodne tematy. Mogłam lepiej poznać kobietę Malik'a, z której poderwaniem radziłam Mulatowi jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Zrozumiałam czemu tak bardzo się nią zachwycał. Zabawna, inteligentna, rozsądna i dziewczęca. Bardzo ją polubiłam. Chłopcy także wiecznie rozprawiali o swoich zainteresowaniach i przeżyciach. Wieczór mijał idealnie, niestety jak zawsze coś musiało to zepsuć. Natarczywi paparazzi napierali na budynek czyhając pod nim, więc i wielbiciele się zebrali czekając na mnie. Może to samolubne, ale chciałam po prostu miło spędzić czas z bliskim zamiast odpowiadać na niezręczne powtarzające się pytania. Długo się nie nacieszyłam. Po dwóch godzinach musieliśmy się zbierać, gdyż nie chciałam przysparzać problemów właścicielowi kawiarni. Przepychając się przez tłum upadłam. Hazz pomógł mi się podnieść, wtem zauważyłam wściekłość w jego źrenicach. Błagałam Boga, żeby nie wybuchł. 
- Spokojnie - szepnęłam. Zdusił w sobie emocje i po prostu doprowadził mnie do samochodu.
- Nienawidzę ich - skomentował siadając za kierownicą. 
- Harreh, nie możesz tak intensywnie reagować na takie akcje, to ich praca - westchnęłam.
- Niszcząca prywatność innych. Nie cierpię ich. Jak mogą tak traktować ludzi? Co za szuje. Wygarnąłbym im, gdybym tylko mógł - nigdy nie widziałam go w takim stanie. Był w furii.
- Zatrzymaj się - stanowczo nakazałam. 
- Co? Dlaczego? - nie zrozumiał.
- Zatrzymaj się - wycedziłam. Posłusznie to uczynił. Wysiadłam. 
- Co ty robisz? - zapytał zanim zatrzasnęłam drzwi. 
- Ułatwiam ci życie, skoro nie umiesz ich zaakceptować - kolejno rozległ się huk, a ja ruszyłam pieszo w kierunku domu. Namawiał mnie na powrót do auta, lecz pozostawałam nieugięta. Nie miałam zamiaru dawać za wygraną. Zbyt wiele razy narzekał na coś, co stało się częścią mojego zawodu oraz życia. Niejednokrotnie prosiłam chłopaka o zrozumienie, lecz ten nigdy nie spełniał tej prośby. Nie chciałam dalej się spierać, więc po prostu milczałam. Za tamtym razem nie wytrzymałam. Nienawidziłam kłócić się ze Styles'em, lecz nie mogłam mu przytakiwać. To było niezgodne ze mną. Jako pierwsza weszłam do domu, oczywiście oślepiona fleszami. Kolejno wparował Harry. Ujął mój nadgarstek dopiero na piętrze w sypialni, gdzie już zdejmowałam z siebie biżuterię.
- Kochanie, przepraszam- wiem, że to żałosne, ale te dwa słowa wypowiedziane przez niego już zmiękczyły mi serce. Przyznam, że nie potrafiłam się gniewać na niego. To należało do jednych z moich największych słabości. -  Nie powinienem tak reagować, staram się nad tym panować, ale to trudne, kiedy najważniejsza osoba w moim życiu jest nachodzona przez obcych ludzi i tratowana przez nich- wyrecytował ze skruchą. Unikałam jego wzroku, gdyż wiedziałam jak szybko wtedy pęknę. Jak na złość ten, ściskając moje dłonie, szukał mego spojrzenia, aż w końcu je znalazł. Wtem nogi zrobiły mi się jak z waty i wiedziałam, iż przegrałam walkę ze samą sobą. 
- Ehh...- zła na samą siebie westchnęłam. - Ja rozumiem, że to dla ciebie ciężkie i tak dalej, ale ty też musisz starać się poprawić, bo to jedna z wad mojego życia, a ty jesteś jego znacznie ważniejszą jego częścią, więc boli mnie kiedy nie umiesz tego zaakceptować- wyjaśniłam.
- Wiem kochanie, przepraszam. Będę się starał, abyś się nie denerwowała, chociaż jesteś wtedy taka seksowna i podniecasz mnie... - wymruczał obejmując moją talię.
- A ty okropny - zaśmiałam się. Tamten dzień kosztował mnie masy emocji, więc byłam wykończona. Marzyłam o ciepłym łóżku i śnie, ale nie zapowiadało się na to...



Hej! Wybaczcie, że wczoraj mnie nie było :/ Sobota znów u mnie zabiegana ;P Przepraszam :3 Postaram się być częściej, na tyle ile będzie mi pozwalała nauka i taniec i obowiązki domowe ;) Mam nadzieję, że nie jesteście źli i rozdział się spodoba ;3 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :* 

piątek, 2 października 2015

Uninhabited 4 (Druga połowa)

-Już, a teraz chcę zejść na ziemię- przyznałam. Jednak ten zignorował moją prośbę i szedł ze mną dalej- Harry!- piszczałam.
-Tak?- jak gdyby nigdy nic odezwał się.
-Odstaw mnie.
-Dlaczego?
-Wstydzę się- nieśmiało odparłam.
-Czego?
-Siebie. Odstaw mnie- czułam łzy w swoich niebieściutkich oczach. O dziwo posłuchał mnie. Nie miałam odwagi spojrzeć na niego. Odeszłam szybkim krokiem, aby nie pokazać płaczu. Uważałam to za swoją słabość, której chyba nikt nie chciałby okazywać...
***
Znalazłam się na plaży. Zdjęłam ze stóp wilgotne trampki i weszłam do wody. Usiadłam na jednej ze skał obserwując spokojną wodę. Nie chciałam widzieć nikogo. Pragnęłam zostać sama, wypłakać się dalej udawać, że wszystko jest dobrze, że moje życie jest idealne, a ja lubię siebie. Nie potrzebowałam żadnych słów pocieszenia, żadnych przemów. Potrzebowałam...Samotności. Chwili, aby znów przestawić się na tryb, który wszyscy chcieli znać, nie ten prawdziwy. Wiatr suszył łzy na moich policzkach. Blask słońca bił w moje plecy, ogrzewając je. Zacisnęłam powieki i starałam się uspokoić. Mój oddech się normował, a ja odczuwałam spokój wewnętrzny, co było moim celem. Jakby wyłączałam umysł, nazywałam to czymś w rodzaju medytacji. Bardzo przyjemny i magiczny stan. Jakbyśmy odrywali się od ziemi i latali w bezwładzie ciała, coś czego nie da się opisać słowami. Tamten raz zdawał się inny, wyjątkowy...Lepszy, jak gdyby coś wypełniało pustkę, jaka zawsze gdzieś się pojawiała, lecz nie wadziła w znaczącym stopniu. Fale oblewały co moment me stopy łaskocząc moją bladą skórę. Kąciki mych ust poszybowały ku górze. Wtedy zapomniałam o rzeczywistości. Z jednej strony pragnęłam wydostać się z bezludzia, lecz z podświadomie pragnęłam na zawsze trwać w owym miejscu. Uwielbiałam przebywać z samą sobą dla odpoczynku, w tamtym czasie był mi bardzo potrzebny. Po dłuższym czasie byłam gotowa, by wrócić do zielonookiego. Szczerze nie uśmiechała mi się ta ewentualność. Głupio było mi tak po prostu radośnie przykicać z przeprosinami i wesołą twarzyczką. Nie należało to do moich zwyczajów. Mimo wszystko, powstałam i miałam zamiar znaleźć Harold'a. Kiedy tylko się odwróciłam zauważyłam, iż Hazz spoczywa w podobnej pozycji do tej, jaką przyjmowałam chwilę wcześniej, na brzegu, jedyne dziesięć metrów ode mnie. Obserwował mnie w zupełnej ciszy.
-Przepraszam- odezwałam się zakładając kosmyk włosów za ucho.
-Nie masz za co- odparł.
-Dlaczego tu siedzisz i milczysz?- zapytałam.
-Potrzebowałaś minuty w samotności, a ja miałem potrzebę sprawdzenia czy nic ci nie jest. Dopiero przyszedłem- czułam, że kłamie, ale nie miałam zamiaru się kłócić. Bardzo uroczy wydał mi się gest Styles'a. W mojej głowie kreowała się tylko jedna opinia na temat Harold'a. Uważałam go za zabawnego, miłego, mądrego, romantycznego bad boy'a z nienaganną kulturą osobistą, który rozumie problemu innych i nigdy nie napiera. Nienawidziłam siebie za to jak bardzo podoba mi się brunet. Nie chciałam się zakochiwać, znaczyło to dla mnie zbyt wiele zawodu i rozczarowań. Wolałam nie mieć nikogo, dla czystego spokoju duszy i uniknięcia łkania serca, jakie złamane zostało już nie jeden, niegdyś, raz.
-Dziękuję- powiedziałam.
-Za to?- wyszłam z wody i złapałam za buty wcześniej pozostawione na pisaku.
-Za to, że jesteś i się mną zajmujesz- rzekłam...






Hej! Niespodzianka! Oto druga połowa ;) Mam nadzieję, że się spodoba :D
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

Imagin niewiadoma

Tyle nocy nie przespałam przed to co działo się w moim życiu. Każdy dzień spędzony w mieszkaniu. Obsypana złotem i diamentami, z pięknym otoczeniem nic nie wartym bez niego. Uczucie zamknięte i przetrzymywane dla wybranych chwil. Wieczne oczekiwanie na ulotny moment pocałunków. Wieczne bogactwa zawieszone na mnie i tym co mnie otacza, a pustka i tak nigdy w stu procentach nie zostaje wypełniona. Żyć chwilą~ to już zbyt oczywiste, lecz w moim przypadku było to nieuniknione. Samotność w związku zżerała mnie od środka. Pragnęłam być dumna z bycia tą jedyną, właśnie dla niego, lecz brak właśnie jego mnie wykańczał. Czyniłam wszystko, żeby tylko to uratować. Za każdym razem starałam się wyglądać jak najlepiej. Najpiękniejsze suknie, najdroższa biżuteria, najbarwniejszy makijaż, najlepsze fryzury, ale wciąż nic. TO i tak miałam na co dzień, od niego. Czasami TO zamieniało się w niego, lecz nigdy na odwrót.
Kiedyś wyglądało to inaczej. Radość bijąca z każdego spotkania, moc emocji z każdego gestu pomiędzy nami. A my się rozpłynęliśmy w pieniądzach, które odebrały mi najcenniejsze w życiu~ miłość. Utonął pod garniturem najkosztowniejszej marki, wylądował za biurkiem w biurze na najwyższym piętrze, w najbardziej ekskluzywnym budynku miasta. Czas bez niego zamykał się w kilkunastu godzinach więcej lub kilku dobach. Serce krwawiło, łzy ryły ślady w moich polikach. Nie miałam sił, czego nigdy nie okazałam. Nie szczędziłam rozmów, mimo to z czasem zrozumiałam, że marnuję te krucze minuty u boku ukochanego. Jakby był obecny, lecz nie. Kochał, ale wolał resztę świata. Jakbym żyła, ale dawno umarła. Wszystkiemu brakowało sensu. Chciałam tylko wyglądać w tym wszystkim dobrze, dla niego. Rozum dawno zrezygnował, serce trzymało się niepewnej krawędzi.
Dzień na dniem dłużył się w oczekiwaniu pełnym rozpaczy. Miliony rzeczy nie pasowało mi w naszej przyszłości, lecz skrawki szczęścia sprawiały, że czułam coś czego nie umiem porównać do czegokolwiek innego. Z ręką na sercu modliłam się o lepsze jutro, które nigdy nie nadchodziło. Nie umiałam zaznać snu, dopóki nie zadzwonił i wymamrotał dwa słowa znaczące dla mnie więcej niż ja sama dla siebie~ "Kocham cię". Być może to trzymało mnie jeszcze przy życiu, może to to dostarczało mi ostatków tlenu. Nie mam pojęcia. Serce chciało, rozsądek odmawiał. Lecz serce wygrywało. Wystawił mnie na pole minowe, jakie nie wydaje się mieć wyjścia. Pragnęłam tylko jednej rzeczy, jednej. Ale nie otrzymywałam tego. Nie potrzebowałam niczego innego, niczego.
-Ja już tak dłużej nie potrafię- tymi słowami przywitałam go w drzwiach.
-O czym ty mówisz (T.I)?- przerażony zapytał. Choć jeszcze sekundę wcześniej na twarzy chłopaka trzymało się zmęczenie, to automatycznie przeobraziło się w strach. Patrzył prosto w moje oczy po brzegi zapełnione łzami, opuszczającymi swoje ramy szybciej niż można to sobie wyobrazić.
-Nie potrafię żyć bogactwem, nie chcę tego. Ja chcę tylko ciebie, ale ciebie nie ma, na rzecz tego...-rozłożyłam ręce wskazując na otoczenie- Czegoś co kompletnie się nie liczy. Może zachowuję się jak wariatka? Ale nie chcę już żyć modląc się o uczucie. Każdej nocy twoje miejsce stygnie, a ty grzejesz je gdzieś indziej. Nie chcę trwać w samotności usłanej pieniędzmi, nie potrzebuję tego. Zbyt cię kocham, ale się duszę. Nie znam socjalu od dawna, zostaję tylko tu, aby w każdej chwili być przygotowaną na minutę z tobą. Tęsknota mnie wyniszczyła, a złoto przytłoczyło. Dziękuję, ale to nie to. To nie bajka, nie umiem wyobrazić sobie życia bez ciebie, ale te chwile bez tlenu zabijają mnie. Zachowaj to wszystko co masz teraz do powiedzenia dla siebie, niestety nie mam dobrej przyszłości. Związek rozmazał się nam i nie ma go czym ratować...- wyrecytowałam. Złapałam za marynarkę wiszącą na wieszaku obok. Wybiegłam z mieszkania i zjechałam windą na dół. Panowała noc, a ja jako jedyna maszerowałam przez puste ulice słysząc jedynie swój szloch oraz wiatr tańczący na ostatkach liści na drzewach. Każda sekunda wydawała się torturą. Usiadłam na ziemi pod jednym z dębów rosnących w parku. Schowałam twarz w dłoniach i płakałam. Zakończyłam coś co miało być wieczne. Wyrzuty sumienia mnie zżerały, a pustka bez dna zaglądała jeszcze głębiej. Zamarzałam fizycznie i psychicznie. Czułam się taka...brudna, nic nie warta. Tylko dlatego, że nie byłam już jego. A pragnęłam wszystkiego co dla nas najlepsze. Uważałam, że to moja wina. Mogłam zareagować. Dlaczego wszystko tak szybko zmierzało ku złemu? Dlaczego to nie mogło zostać tak jakim zastaliśmy to na początku?- pytałam samą siebie. Nie mam pojęcia ile jeszcze łkałam. Wiem tylko, że obudziłam się w miejscu którego nie znałam. Ściany odznaczały się nieskazitelną bielą rażącą w oczy. Słyszałam odgłosy miasta. Otoczenie zmieniło się w to, w którym zasnęłam. Widziałam samą siebie leżącą za trawie. Cofnęłam się kilka kroków do tyłu. Byłam sina, a moje usta pokrywał jakby lód. Bezwładnie spoczywałam na wypłowiałej zieleni, mokrej i ziemnej. Szybko pobiegłam do mieszkania. Bezszelestnie weszłam do środka. Do mych uszu dotarł płacz. Zajrzałam do salonu siedział w nim on. Łkał, a oczy niegdyś piękne przepełnione radością straciły swój dawny blask. Czerwień ogarnęła buzię chłopaka. Spoczęłam obok niego, lecz on mnie nie zauważał. Mówiłam do niego, lecz on mnie nie słyszał. Dotykałam go, lecz on tego nie czuł. Byłam, ale jakby mnie nie było. Właśnie wtedy zrozumiałam, że nie żyję...
 Jak bardzo chcę jego szczęścia, ale nie mogę, bo mnie nie ma. Że przeze mnie on czuje pustkę i załamanie, że nic nie będzie już takie same. Zrozumiałam, że teraz nasze role się odwróciły...




Hejka! Dzisiaj naszło mnie na takie smutne coś :o Nie wiem dlaczego, ale tak jakoś...Mam nadzieję, że nie jest takie okropne i się nie zawiedziecie ;3 Mam nadzieję, że się spodoba :))) Piszcie czy w miarę czy ble ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

czwartek, 1 października 2015

Uninhabited 4 (Połowa rozdziału)

Podobał mi się fizycznie i moralnie, martwiło mnie to. Nie wiedziałam jak skończy się nasz pobyt na bezludnej wyspie we dwoje. Nie chciałam mu ulegnąć, lecz wiedziałam, że nie mam silnej woli, zwłaszcza kiedy czegoś bardzo chcę...
***
Okropnie dłużyło mi się siedzenie na gałęzi. Zaczęłam podśpiewywać pod nosem jedną z moich ulubionych piosenek "Couting stars"~ One Republic. Uwielbiałam ją. Chwilę później dołączył do mnie Harry. Miał rzeczywiście dobry głos, można było pozazdrościć.
Po może dwóch godzinach Hazz skończył pracę. Przyznam, że wyszło mu niesamowicie jak na panujące warunki. Trawa zmieszana z kijami pozwiązywana trzciną robiła za ściany, jakie podtrzymywały drzewa. Dach wykonany został z drewna i, jak się nie mylę, gliny znalezionej przez chłopaka w ziemi. Podłoże wyłożył wielkimi liśćmi rośliny, której nazwy nie znam, a rosła dosłownie wszędzie na tamtej wyspie. Nie mam pojęcia jak zielonookiemu udało się wykonać takie cudo, z praktycznie niczego. Wykonał także niczego sobie legowiska do spania, z wielkich płatów kory zerwanej z ogromnego drzewa. Byłam kompletnie oczarowana umiejętnościami Harold'a.
-Już- podsumował. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Zejść nie mogłam, gdyż za każdą z moich prób protestował i nic z tego nie wychodziło. Uważał, że lepiej będzie mieć ją wyprostowaną, aby zmniejszyć ryzyko. Nie do końca wiedziałam czy nie ściemnia, ale nie wnikałam. Miło patrzyło się na pracę bruneta. Rozmawialiśmy o wszystkim i niczym. Niespodziewanie mój brzuch dał o sobie znać.
-Chyba jestem głodna- zaśmiałam się.
-Ja też. Poczekaj- na jego twarzy widniało zmęczenie. Mimo to, już wstawał z ziemi, aby ruszyć po pokarm.
-Nie!- wyrwałam się- Nie idź. Ja pójdę.- rzekłam
-Nie ma takiej opcji, przepraszam, ale nie- nie wyraził zgody, lecz ja nie miałam zamiaru się poddawać.
-Jest taka opcja i przestań! Nie będziesz mi usługiwał- postawiłam na swoim.
-Ale ja tak nie...
-Przestań. Koniec rozmowy. Odpocznij trochę- nakazałam. Zamilkł, co mnie ucieszyło. Ruszyłam w poszukiwaniu czegokolwiek do spożycia. Tym razem uważałam na to jak idę i czy czasami coś nie wije się mi pod stopami. Dostrzegłam na drzewie owoc. Niestety mój wzrost nie wystarczał. Skakałam i próbowałam metody z patykiem, lecz nic nie wychodziło. Nie miałam zamiaru wracać i przyznawać się do błędu. Niespodziewanie poczułam, że się unoszę. Zerknęłam pod siebie. Dotarło do mnie, że siedzę na ramionach Styles'a. Natychmiast złapałam się go, co rozbawiło delikwenta-Co ty cholera wyrabiasz?!- przerażona krzyknęłam.
-Próbuję skrócić ci męczarnie- rechocząc odparł.
-A dodając ich sobie- odparłam.
-Nie rozumiem.
-Jestem ciężka, postaw mnie.- powiedziałam.
-Nie jesteś, a teraz sięgaj po to i uciekajmy stąd.- zażartował. Szybko zerwałam owoc, aby uwolnić się z niekomfortowej dla mnie sytuacji.
-Już, a teraz chcę zejść na ziemię- przyznałam. Jednak ten zignorował moją prośbę i szedł ze mną dalej- Harry!- piszczałam.
-Tak?- jak gdyby nigdy nic odezwał się.
-Odstaw mnie.
-Dlaczego?
-Wstydzę się- nieśmiało odparłam.
-Czego?
-Siebie. Odstaw mnie- czułam łzy w swoich niebieściutkich oczach. O dziwo posłuchał mnie. Nie miałam odwagi spojrzeć na niego. Odeszłam szybkim krokiem, aby nie pokazać płaczu. Uważałam to za swoją słabość, której chyba nikt nie chciałby okazywać...




Hejka! Wybaczcie, że późno i krótko, ale nie daję rady z materiałem i muszę nadrabiać :( Trzymajcie za mnie kciuki, bo mam jutro aż 3 kartkówki oraz sprawdzian :/ Mam nadzieję, że nie jest tak źle z połową rozdziału :) Buziaki, zmykam ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

środa, 30 września 2015

Little Sweet Angel 67

-Cześć!-Rozbiegła się i wskoczyła pomiędzy nas. 
-Hej maluchu.-przywitaliśmy się z nią.
-Co tu robicie?-Wymieniłam znaczące, rozbawione spojrzenia z Harry'm. 
-Mmm...My rozmawialiśmy.-odparł zielonooki. 
-Jasne.-prychnęła brunetka. Wybuchnęliśmy rechotem. Przywykliśmy do faktu, iż mała jest bardzo inteligentna i rozumie o wiele więcej, niż powinna. Tłumaczyliśmy to sobie~"Przecież to córka Louis'a"...
***
-Maluchu!-Żartobliwie fuknął Hazz łaskocząc Ems. 
-Przestań! Przestań!-chichotała. Po kilkunastu minutach opuściła nasz pokój w zamian za pancakes z nutellą i syropem klonowym na śniadanie. Udałam się do łazienki, aby wziąć kąpiel. Zakluczyłam drzwi i rozebrałam się. Kiedy spojrzałam w lustro przeraziłam się. Wyglądałam strasznie. Ważyłam 51 kg przy wzroście niemal 1,77 cm. Zdecydowanie za mało. Mogłam policzyć swoje żebra bez problemu, ujrzeć kości miedniczne, wyróżnić każdy kręg na moim kręgosłupie. Jednak wiedziałam, że nie mogę się załamywać, to mogłoby tylko pogorszyć sprawę. Do tego zbyt kochałam Hazz'ę, aby go znów opuścić. Westchnęłam bezsilnie. Po krótkim prysznicu ubrałam się. Sprawnie związałam swoje blond włosy w zwiewny warkocz na bok i podmalowałam rzęsy tuszem. Styles właśnie skończył zapinać pasek u spodni stojąc do mnie tyłem. Bez zastanowienia rozbiegłam się i wskoczyłam na plecy ukochanego. 
-Co ty wyprawiasz?- Śmiejąc się zapytał. Cmoknęłam jego polik.
-Znieś mnie na dół, kochanie.- poprosiłam. 
-No dobrze, pączusiu.- zażartował. W salonie zastaliśmy całe towarzystwo.
-Dzień dobry.- przywitałam się zeskakując z zielonookiego.
-Hejka, zarywający nocy ludzie, nie dający innym spać.- wyrecytował w odpowiedzi Niall. Zachichotałam.
-Nie przesadzaj.-prychnęłam. Usiadłam na wysokim krześle za wysepką z blatem na środku kuchni. Przede mną w rzędzie przygotowywali coś moi czterej "bracia". Każdy jeden zabijał mnie wzrokiem.-No co?!- Nie umiałam powstrzymać rozbawienia w głosie.
-Jesteś moją siostrą, wolałbym nie słyszeć tego.- wycedził Luke.
-Ta, fajnie. Szkoda, że ty w wieku siedemnastu lat przyprowadzałeś Becky na kolacje ze śniadaniem.- odparłam. Zamilkł. Chwilę później w pomieszczeniu pojawiła się Tatiana oraz Emily. 
-Pancakes, Michell!- Malutka pociągnęła mnie za rękę. Pod wpływem dziewczynki stanęłam na równe nogi. Przygotowałam dla wszystkich amerykańskie naleśniki i podałam je z ciepłymi napojami. Reszta również przyczyniła się do robienia śniadania i każdy dodał coś od siebie. Oczywiście nie mogłam od razu spożywać wszystkiego i nie byłam w stanie tego robić. I tak na za wiele sobie pozwoliłam próbując babeczki dzień wcześniej. Przygotowałam sobie twarożek z kefirem i warzywami. Zjadłam co nie co, kiedy reszta nadal zapychała się smakołykami. Przy posiłku panowała zupełnie luźna i przyjemna atmosfera. Rozmowy, kawały- idealnie. Czułam, że wszystko zaczyna się układać. Kiedy z bliźniaczką zajęłyśmy się sprzątaniem, reszta ruszyła za dom, aby pograć w piłkę z Emi. 
-Jak się czujesz?- zapytałam Tat, której brzuszek rósł z dnia na dzień.
-Powiedzmy, że w miarę. Jestem szczęśliwa z Niall'em i w ogóle, ale dziecko w wieku 19 lat, to jednak wyzwanie. Wiem, że damy sobie radę, bo musimy, ale czasami napadają mnie takie myśli...- westchnęła wycierając kolejny talerz suchą ścierką. 
-Słońce.-zaczęłam.- Po pierwsze każdy czasem wątpi w swoją przyszłość i to normalne. Chyba jestem najlepszym, na to, przykładem. Ale także na to, że wszystko może się ułożyć. Dlatego nie martw się wiekiem, ale tym jaki kolor ścian wybierzesz, aby pomalować pokój maleństwa.- pocieszałam siostrę. Zaśmiała się cicho na moje słowa.- Kochana, jeszcze wiele niewiadomego w naszym życiu, ale nie możemy zawracać sobie tym głowy. Musimy myśleć jedynie o czasie teraźniejszym. Teraz skup się na związku i nadchodzącym macierzyństwu, jasne? Kocham cię i zawsze ci pomogę, pamiętaj. Nie masz się o co martwić. Nialler to wspaniały chłopak i na pewno krzywda ci się przy nim nie stanie.- Pogładziłam polik Tatiany. 
-Dziękuję, zawsze wiesz co powiedzieć.- przyznała.
-Taki już mój dar.- zaśmiałam się. - Dobra. Kończmy to.- rzekłam. Po kilku minutach chłopcy i córka Lou oraz Elki wrócili do środka.
-Nie gracie?- zapytała Tati. 
-Nie. Tomlinson zadzwonił, że małą chcą zabrać dziadkowie i mamy ją odwieść.- odpowiedział Horan.- Z resztą, my też się zbieramy...- Podszedł do Tats i objął ją w tali całując usta dziewczyny z uczuciem. Po pocałunku zerknęła na niego pytająco.- Mamy wizytę u ginekologa.- Rozczuliłam się na słowa blondyna. To takie urocze, że mówił "my" zamiast "ty". 
-A! No tak.- zachichotała moja bliźniaczka.- Dobrze, że mam ciebie. Nie wiem co bym bez ciebie zrobiła.- Wtuliła się w tors ukochanego. Po jakimś czasie zniknęli wraz z Emily. 
-No, a my zbieramy się już jutro.- oznajmił Calum.
-Co?! Przecież...- zdziwiona zareagowałam.
-Spokojnie tygrysie.- przerwał mi Mike. 
-Ale ja nie chcę, żebyście wyjeżdżali.- jęknęłam. Wyrwałam się z uścisku Hazz'y na rzecz wtulenia się w Hood'a. 
-Musimy, mała.- zaśmiał się. 
-No, ale jak na razie, to musimy jechać złożyć zeznania.- wtrącił się Michael. Ashton oraz Clifford udali się na komisariat, kiedy Luke oraz Cal poczęli się pakować. Postanowiłam coś ze sobą zrobić. Wybrałam się do mojej agencji, aby porozmawiać z Cindy jedynie o pracy. Oczywiście po drodze mknęła za mną chmara fotoreporterów, jaka nie odstępowała mnie choćby na krok. Nie mogłam nic z tym zrobić, póki plotki nie miały ucichać. Musiałam się przyzwyczaić. Wszyscy przywitali mnie z entuzjazmem w agencji, lecz mimo to czułam ile fałszu przez to przesiąka. Byłam pewna, że wszyscy rozmawiali tylko o tym i wiele osób wymyślało pełno historyjek na mój temat. Postanowiłam jednak nie komentować i dziękowałam odchodząc. Nareszcie natrafiłam na Cin. 
-Hej misia.- przywitała mnie całusem w polik.
-Cześć.- odpowiedziałam. 
-Chodź do mojego biura.- zaprosiła mnie. Przy kawie zaczęłyśmy rozmowę.- Michi, sytuacja wygląda w następujący sposób.- zaczęła.- Nie ma opcji, żebyś w stu procentach wróciła do zawodu. Jednak nie martw się, wciąż będziesz miała masę sesji, pokazów i reklam. Jednak twój kontrakt jest jakby zrekonstruowany i nie podlegasz wyłącznej dyspozycji agencji. Jesteś nadal przedstawicielką naszej firmy, ale możesz brać udział także w produkcjach innych instytucji. Od teraz potrzebujesz manager'a, jeżeli chcesz utrzymać się na rynku. Jednakże, radzę ci na razie zbytnio nie ingerować w życie publiczne, z uwagi na te wszystkie artykułu plotkarskie. Może wyniknąć z tego coś niepożądanego. Na tą chwilę masz zaplanowany dwutygodniowy urlop. Później zaczynamy współpracę. Pierwszą sesję masz właśnie za dwa tygodnie, a najbliższy pokaz ma odbyć się za trzy. Nie martw się mamy konkretne zamiary względem ciebie, jednak nie będą one wymagały od ciebie takich poświęceń i wysiłku. Powiedzmy, że wskoczyłam w naszym rankingu szczebel wyżej i mam coś do powiedzenia w tej sprawie, kochana. Wszystko będzie odbywało się w sposób nie zagrażający twojemu zdrowiu, czy życiu. Jesteś teraz naszą lubą i musimy o ciebie dbać, słoneczko. Jeżeli chcesz mogę ci pomóc jeszcze w poszukiwaniu manager'a.- recytowała jak najęta nawet na mnie nie patrząc. Przeglądała papiery, to mieszała coś w komputerze. Byłam pod jej wrażeniem. 
-Chyba już znalazłam.- Znacząco się uśmiechnęłam.- Chcesz nim zostać?- zaproponowałam. 
-Czekałam aż zapytasz.- Obie wybuchnęłyśmy śmiechem. Dopracowałyśmy jeszcze wspólnie szczegóły i mogłam opuścić budynek. Postanowiłam coś zmienić w sobie, ze względu na moją wypłowiałą po pobycie w szpitalu osobę. Udałam się do salonu piękności, gdzie najpierw poprawili moje paznokcie, następnie oczyścili i nawilżyli skórę, kolejno podreperowali włosy. Po wyjściu z odnowy czułam się jak nowo narodzona. Wróciłam do domu. Kiedy wkroczyłam do salonu mój dobry humor uległ zmianie...






Hej! Przepraszam was moi Kochani, że wczoraj mnie nie było :'( Nauka :/ Wybaczcie, lecz musicie być przygotowani na takie ewentualności, które mogą czasami się mi zdarzać, ze względu na ostatnią klasę gimnazjum, jaka niesie ze sobą ogromy bagaż materiału :p Oto kolejny rozdział, mam nadzieję, że się spodoba ^.^ Piszcie ;) Szczególnie dzisiaj, chciałabym podziękować Ewie <3 Zmotywowałaś mnie do działania imaginem na twojej stronce Kochanie :) Bez Ciebie nie miałabym takiej motywacji :D
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*