-Córciu, możesz?-Zawołała mnie mama. Zbiegłam na dół z uśmiechem. Stawiłam się w kuchni, aby spotkać skupione spojrzenia rodziców.
-Tak?-Zerkałam na boki z brakiem zrozumienia dla ich poważnej postawy. Siedzieli przy naszym długim blacie kuchennym na wysokich krzesłach obrotowych. Za nimi rozpościerał się obraz samej kuchni. Od mojej strony również stało kilka krzeseł takiego samego kroju. Usiadłam naprzeciw pary.
-Mamy dla ciebie informację, ale nie możesz reagować zbyt nie przemyślanie, nie chcemy cię zdenerwować. Chodzi tu tylko o interesy i lepsze życie dla nas.-Zaczęła matula.
-Przejdź proszę do sedna.-Mój puls drastycznie wzrastał na skutek niepewności.
-Przeprowadzamy się do Doncaster, nieco większego miasta. Gdyż tutaj w tej małej wiosce nie mamy czego szukać, a ojciec otrzymał tam propozycję pracy.-wyrecytowała na jednym wydechu. Bała się mojej reakcji, to pewne. W sumie, to sama obawiałabym się siebie. Automatycznie zaczęłam dygotać.
-Czyli, że mam zostawić Mar i wszystkich moich przyjaciół tak po prostu i to ostatniego roku liceum? Tak po prostu rozpłynąć się już na początku wakacji? Mam skończyć nieznaną mi szkołę? Stracić wszystko co budowałam od dzieciństwa w tej zapyziałej dziurze od tak?-Łzy zasłoniły mi obraz dwójki starszych ode mnie o dwadzieścia parę lat ludzi.
-Kochanie, nie martw się. Będzie dobrze. Tam zapewne też są przyjemni ludzie, dobrzy nauczyciele. Zobaczysz, że nie będzie tak źle jak to sobie wyobrażasz...-Wtem postanowiłam nie dyskutować więcej. Oddałam im się bez walki. Dlaczego? Może z takiego powodu, że od zawsze się nam nie przelewało. Matka robiła na dwa etaty, tata harował po 14 godzin w podupadającej firmie budowlanej, a nadal marnie było u nas z pieniędzmi. Wyglądali na bardzo przekonanych, no i co najważniejsze szczęśliwych z faktu, iż opuszczamy miasteczko. Nie miałam wyjścia, musiałam się zgodzić. Z resztą, wszystkie formalności zostały załatwione już wcześniej bez ustalenia tego ze mną, także klamka zapadła.
Po dwóch tygodniach wszystko sprowadzone już było do Doncaster. Długo żegnałam się z przyjaciółmi, wiele łez wylałam, gdyż znałam ich po kilkanaście lat i bardzo się do nich przywiązałam. Mar kochałam jak siostrę. Ustaliłyśmy, że zawsze będziemy sobie wszystko mówiły i dystans nas nie rozdzieli choćby nie wiem co. Dom był naprawdę piękny. Obok mnóstwo sąsiadów, co wprawiało mnie w lepszy humor. Miałam nadzieję, że poznam w okolicy kogoś miłego. Okazało się jednak, że całe "towarzystwo" zamyka się w przedziale wiekowym 55-85 lat. Mówię, sami starsi ludzie. Jedyną stosunkowo młodą parą byli nasi najbliżsi sąsiedzi. Państwo Adams. Mieli dwójkę synów-Tristan'a-12 lat oraz Jay'a-14 lat. Bardzo miła rodzina.
Pierwszego dnia, kiedy już wszystko było wypakowane i "rozgościliśmy się", postanowiłam rozejrzeć się po okolicy. Wszystko było zupełnie inne. Głośniej, ludzie wydawali się żyć szybciej.Zupełnie inne miejsce. Dziewczyny zdecydowanie bardziej wyłuzdane, z męska część społeczeństwa napakowana i "hardkorowa". Ogólnie mi się podobało, lecz obawiałam się swojej przyszłości w nowej szkole. Przecież wszyscy mieli już swoje grupy, znajomych i miejsca, a taka nagle ja wkraczająca w ich społeczeństwo pod koniec szkoły. Niezbyt mi się to widziało, ale nie miałam wyboru. Nie chciałam zostać odebrana źle, przez fakt, iż nie malowałam się jakoś szczególnie mocno czy nie ubierałam jak supergwiazda nastolatek. Nie miałam zbyt dobrych przeczuć. Wróciłam do domu.
-Cześć kochanie. I jak tam?-Kiedy zasiadłam do stołu, w kuchni matula zwróciła na mnie uwagę, podczas gotowania kolejnej z jej wspaniałych potraw.
-Przekonamy się.-odparłam mętnie.
Nadszedł pierwszy dzień szkoły. Zostałam przywitana w dość specyficzny sposób. Mój wychowawca okazał się kompletnym gburem. Uczył historii i nie obchodzili go uczniowie, natomiast ich wiedza tak. Przedstawił mnie klasie, która zawierała pomieszanie z poplątaniem, jeżeli chodzi o oddziały kulturowe, jakie wcześniej zdążyłam zaobserwować, i tyle. Nie kazał mi mówić nic o sobie. W sumie, nawet mi to pasowało. Nikt raczej się mną nie przejął i nie miał zamiaru oprowadzać mnie po budynku, czy pomóc w rozpracowaniu belfrów czy planu lekcji itd. Z jednej strony to dziwne, lecz z drugiej lepsze to, niż mieliby na wstępie mnie odrzucić. Kiedy zadzwonił pierwszy dzwonek w ciągu sekundy ulotnili się z pomieszczenia. Jako ostatnia wyszłam na korytarz. Wszyscy zajmowali się swoim towarzystwem. Nie byłam w stanie wskazać choćby jednej osoby, z którą siedziałam w klasie przed minutą. Wszyscy zlewali się w jedno. Postanowiłam odciąć się od tego panującego hałasu. Usiadłam na parapecie w końcu korytarza za ścianką, gdzie nawet sprzątaczki najwyraźniej nie zaglądały. Miałam widok na krajobraz lasu za szkołą. Rysowałam jakieś wymyśle wzory w brudnopisie dla zabicia czasu. Nagle zauważyłam, że z pomiędzy drzew wyszedł brunet o tak niebieskich oczach, że nawet w tym pochmurnym dniu wyróżniały się oślepiającym blaskiem. Ubrany był w jasne jeansy, ciemną koszulkę z logiem Rock'owego bandu z lat osiemdziesiątych oraz czarną skórzaną kurtkę. Niósł nisko ściągnięty plecak na jednym ramieniu. Przyglądałam się mu z uwagą. Niewątpliwie zmierzał do środka. Uśmiechał się szeroko odkąd wyłonił się z lasu, co mnie zastanawiało. Tuż przed wejściem podniósł na mnie wzrok i mrugnął cwaniacko patrząc prosto w me zielonki. Zatkało mnie. Nie mam pojęcia dlaczego, lecz natychmiast złapałam za torbę i uciekłam stamtąd. Szybkim krokiem starałam się trafić do klasy. Jednak nie wiedziałam gdzie choćby jej szukać, Wstydziłam się zapytać kogokolwiek. Błądziłam po korytarzu już kilka minut. Już dawno było po dzwonku. Wpadłam w małą panikę. "Świetnie pierwszy dzień i już spóźniona"-pomyślałam. Postanowiłam pobiec na pierwsze piętro. Już zakręcałam na schody, kiedy z nich zszedł ten tajemniczy niebieskooki. Zastygłam w jednej pozycji oniemiała. Moje serce załomotało na jego widok. Było mi tak cholernie głupio. Czułam wiśniową barwę na moich policzkach. Uśmiechnął się szeroko na mój widok.
-Pomóc ci w czymś?-zapytał zachrypniętym, ale tak melodyjnym głosem. Pieścił moje uszy przyjemnym echem, jakie wywołało moje zdziwienie. Myślałam, że mam jakieś urojenia. Spodziewałam się czegoś chamskiego, co sprawi, że nie będę wiedziała jak odpowiedzieć. Nie wyglądał na potulnego. Wizualnie wydawał się typowym bad boy'em. Zaskoczył mnie. Minęło kilka sekund zanim ocknęłam się z transu, w jaki mnie wprawił.
-Em...-zająknęłam się.-Szukam gabinetu numer 14.-odparłam. Dygotałam od środka. Nie chciałam pokazać jak bardzo jestem zawstydzona, ale chyba marnie mi to wychodziło.
-Chodź, zaprowadzę cię. Też tam zmierzam.-Kiwnął głową i ruszył. Kroczyłam zanim. Serce biło mi tak głośno, aż bałam się czy mój towarzysz tego nie usłyszy. Dorównywałam mu kroku. Czułam na sobie przenikliwy wzrok bruneta. Odruchowo zerknęłam w jego kierunku. Głupio było mi ubiec od mojego niezamierzonego gestu, byłoby to kompletną żałością z mojej strony. Nadal ukazywał swoje śnieżnobiałe zęby.-Spokojnie, nie zjem cię.-Objął mnie ramieniem na parę sekund, aby pomasować moje plecy w ramach otuchy. W żadnym wypadku nie był nachalny, nic z tych rzeczy. Posunięcie to zaliczało się do ruchów bez zamiaru obmacywania mnie, bądź próby podrywu. Szybko się ode mnie oderwał i puścił mi oczko tak jak wtedy, kiedy skanowałam jego posturę przez okno. Jakoś mi ulżyło, nie stresowałam się już tak. Weszliśmy razem do klasy. Siwy wielki jak brzoza mężczyzna prowadził lekcję matematyki.
-Pan Tomlinson znowu spóźniony, nic dziwnego.-westchnął.
-Dobry panie psorze, też miło pana widzieć.-Zasalutował mu w formie żartu. Na luzie zajął ostatnią ławkę.
-A kogo my tu mamy?-Wszystkie pary oczu zwróciły się na mnie.
-Ewa.-odrzekłam.-Jestem nową uczennicą, proszę pana.-wyjaśniłam.
-Miło cię poznać, a teraz zajmij swoje miejsce i następnym razem bądź proszę na czas.-Uśmiechnął się. Jedyne miejsce było przed moim "wybawcą".
-Dziękuję ci.-szepnęłam siadając.
-Nie ma za co. Tak w ogóle to Louis jestem.-Uścisnęłam jego dłoń.
-Ewa.-zachichotałam widząc jego wyraz twarzy. Całą lekcję myślałam tylko o nim. Jaki jest, czy ma takie same zainteresowania. Przyznam, że nie myślałam o nim w kontekście jako partnera. Liczyłam bardziej na przyjacielską, a szczerą relację. Okazało się, że to bardzo miły i uczynny chłopak. Jednak nikt ze szkoły nie należał do jego bliższych znajomych. Więcej ludzi spoza liceum się z nim kumplowało z tego co mi powiedział. Spędziłam z nim każdą lekcję i przerwę tamtego dnia. Pisaliśmy całe popołudnie, wieczór i pół nocy. Byliśmy podobni, ale nadal w jakimś sensie bardzo różni, co było intrygujące. Z każdą chwilą lubiłam go coraz bardziej.
***
W przeciągu kilku miesięcy stał się moim przyjacielem. Otworzyliśmy się przed sobą nawzajem i zbliżyliśmy. W gorszych chwilach się wspieraliśmy płacząc we dwoje, w lepszych cieszyliśmy razem. Nigdy nie kończyły się nam tematy. Często kłóciliśmy się o bzdety. Pokazał mi uroki Doncaster i poznałam jego znajomych. Zmieniłam się, ale chyba na lepsze. Wcale nie zaczęłam brać jakichkolwiek używek przez starsze towarzystwo, zwyczajnie umiałam wypowiedzieć się w bardziej dorosłych tematach. Nie można było nazwać ich hołotą. Jednak to ja i Lou staliśmy się sobie najbliżsi. Pod koniec roku, już po maturze zaprosił mnie na bal z okazji zakończenia szkoły. Przy naszym pierwszym wolnym tańcu dziwnie zakuło mnie w serce, a w brzuchu poczułam motyle. Mimo, iż zaczynałam powoli czuć coś do przyjaciela, nie chciałam psuć naszej relacji jakimiś urojeniami. Skończyliśmy ostatnią klasę z całkiem niezłymi wynikami. W wakacje pojechał ze mną do rodzinnego miasteczka. Poznał Mar i resztę znajomych. Pokazałam mu pewne wyjątkowe dla mnie miejsce. Było to nad małym strumyczkiem. Trzask rozpryskującej się na skałach wody koił wszystkie rany wewnętrzne jakie można było w sobie krztusić. Ćwierkot ptaków dodawał jeszcze więcej uroku. Usiedliśmy na wielkim kamieniu na szczycie. Było już po zmroku. Gwizdy składały się w swoje stałe konstelacje dodające klimatu.
-Zakładaj bluzę, bo się przeziębisz zmarźlaku.-zażartował zakładając na mnie swoje okrycie. Nie protestowałam zdarzało się to już nie raz. Znaliśmy się bardzo dobrze i nie musieliśmy nikogo przed sobą udawać.
-Dzięki Boo Bear.-Oparłam się o jego ramię i przymknęłam powieki.-Ah...Kocham cię.-powiedziałam. Moje serduszko na moment stanęło. Natychmiast otworzyłam oczy. Doszło do mnie co właśnie powiedziałam. Znaczy, już wcześniej mówiłam mu to, ale nie brzmiało to w ten sposób. Podchodziło to pod wyznanie o bardziej koleżeńską relację, a tutaj takie pełne pasji wyznanie miłości. W sumie przyznałam się także przed samą sobą właśnie w tamtej chwili. Natychmiast podniosłam głowę, aby na niego spojrzeć. Obserwował mnie z uwagą. Nie wiedziałam co dalej począć.-Znaczy...Ja...No,bo...Louis, ja chciałam...-plątałam się we wszystkim co miałam w głowie. Jąkałam się jak popaprana. Wtem Tommo postanowił przerwać mi i uczynić coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam z nikim. Ułożył lewą dłoń na mojej talii, drugą zagarnął pasmo moich włosów za me ucho i potarł kciukiem policzek. Wpił się w moje usta namiętnie, lecz czule i romantycznie. Oddałam każdy z jego pocałunków, chociaż byłam w ogromnym szoku. Nie dawał po sobie poznać, że coś do mnie czuje.
-Spokojnie, nie zjem cię. Ja też cię kocham.-Choć wszystko kryło się pod osłoną nocy, to dostrzegałam ten hipnotyzujący uśmiech. Znów oparłam się o jego ramie. Przytulił mnie mocno do swojego torsu, jakby bojąc się, że mu ucieknę.
-Nie boisz się, że to wszystko zaprzepaści jak nam nie wyjdzie?-odezwałam się. Uniósł mój podbródek i zajrzał w głąb mych zielonek.
-Nigdy cię nie skrzywdzę, nigdy cię nie opuszczę. Gdyż za bardzo cię kocham.-Cmoknął moje usta zdecydowanie krócej, ale z równym uczuciem.
Jak powiedział, tak się stało...
I żyli długo i szczęśliwie :)
Hej! Uff...Nie wiem ile godzin zajęło mi pisanie tego :D Ale jestem zadowolona z rezultatu :3 Mam nadzieję, że wy także. Piszcie ;) Jak podoba wam się imagin dla Ewy, w ramach podzięki za ten, który napisała ona dla mnie :))
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*
Wiesz co?
OdpowiedzUsuńOn jest taki...
Hm...
??
??
??
??
??
??
??
??
??
??
??
Zajebisty!!!!!!
Normalnie id pierwszej linijki banan na twarzy jak się patrzy! Aż się bałam, że mi tak zostanie!;]
Ale wracając.
Świetny! Matko, nie mam słów, żeby wyrazić to, jaki jest boski!
Myślałam, że Lou będzie taki obojętny jak reszta, a tu nie!
Awww i to wyznanie na kamieniu i w ogóle klimat...
DZIĘKUJĘ
DZIĘKUJĘ
DZIĘKUJĘ. x 100000000
Uwielbiam cię <3
Ojojoj :) Dziękuję <3 Nie spodziewałam się <3
UsuńNie ma za co :33
Bardzo mi miło i się cieszę ;)
xx