***
- Dziecko jest zdrowe - poinformował. - Pani stan również jest dobry - dodał. Oboje odetchnęliśmy z ulgą. Acris wyglądała na wyczerpaną, co rozumiałem. Mimo to, lekki uśmieszek nie znikał z twarzy blondynki.
- Jestem z ciebie taki dumny - przyznałem głaszcząc jej twarz opuszkami palców.
- Dziękuję, że tu jesteś Louis - rzekła przymykając oczy. - Zdecydowałam, że ty wybierzesz imię dla dzidzi - oznajmiła.
- Poważnie? - podekscytowany jęknąłem. - Ale jesteś pewna? - nie potrafiłem powstrzymać radości.
- Tak, Lou. Wierzę w ciebie i, że nie będzie to coś w rodzaju Britney lub Ahley - zażartowała. Podziwiałem, że ma w sobie tyle życia.
- Obiecuję - ucałowałem jej dłoń. Po chwili pielęgniarki zabrały ją na badania i na salę. Znalazłem się w poczekalni. Po kilkudziesięciu minutach zostałem zawołany do pomieszczenia, gdzie w szklanym łóżeczku czekało na mnie maluśkie zawiniątko.
- To dziewczynka - szepnęła do mnie czarnoskóra kobieta sprawująca opiekę nad małą. Nachyliłem się nad nią i po raz pierwszy zobaczyłem jak spokojnie oddycha śpiąc. - Zostawię pana tu z nią na chwilkę - rzekła radośnie i opuściła pomieszczenie.
- Tak dziękuję - zdążyłem jej odpowiedzieć. - Hej malutka - przywitałem córeczkę Acris. Najdelikatniej jak tylko potrafiłem, wziąłem ją na ręce. Była taka krucha i urocza. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia, jakby była moim dzieckiem. - Jesteś piękna, wiesz? - łzy ciekły po moich policzkach strumieniami. Bardzo się wzruszyłem. - Adley - wyszeptałem. Niespodziewanie jej małe oczka się uchyliły, a obłędnie błękitne źrenice spoczęły na mnie. Zaśmiałem się cicho sam do siebie. - Witaj na tym świecie, będziesz moją małą księżniczką. Nikomu nie dam cię skrzywdzić, kwiatuszku - wydukałem.
Pozwolono mi zobaczyć się z Acri. Kiedy wszedłem do pokoju Acris trzymała swoją córkę i wpatrywała się w nią jak w obrazek.
- Jest cudowna - odezwała się zanim jeszcze usiadłem obok jej łóżka.
- To prawda - przyznałem.
- Nie mogę uwierzyć, że jest już tutaj, że nosiłam ją pod sercem, że tworzyło się we mnie nowe życie... - recytowała. - To takie niewiarygodne.
- Niewiarygodne - zgodziłem się.
- Moja mała ... - wzdychała Acris.
- Adley - dopełniłem wypowiedź blondynki.
- Adley? - zapytała wzruszona.
- Tak, bardzo mi się podoba to imię - odparłem.
- Dziękuję, jest super - przyznała.
- Mała już jest, imię już ma, teraz cała reszta - rzekłem. Niebieskooka spojrzała na mnie ze spokojem i przytaknęła.
Powrót do domu był pełny radość. Malutka wydawała się najgrzeczniejszym noworodkiem świata. Zaniosłem ją w nosidełku do kuchni.
- Tu będziemy gotować ci obiadki, a tu jest salon, gdzie będziesz rozkładała swoje zabawki i oglądała bajki, tu łazienka i wielka wanna, w której będziesz się pluskać wieczorami, oto moja sypialnia, sypialnia mamusi, a tu jest twoje królestwo, słoneczko - odprowadzając ją po domu opowiadałem. Postawiłem nosidełko na fotelu obok łóżeczka i z radością patrzałem jak błądzi wzrokiem po pomieszczeniu, niekontrolowanie ruszając kończynami.
- Jesteś uroczy Loui - zachichotała dołączająca do nas Acris.
- Dzięki, jeżeli to ci nie odpowiada, że tak mnie ponosi, to mogę przestać - nerwowo złapałem za kark.
- Żartujesz? - lekko się odchyliła. - Bardzo się cieszę, że poczuwasz się do takich gestów i pokochałeś małą - ujęła moją dłoń. - Dziękuję ci, jesteś najlepszym z najlepszych przyjaciół na świecie. Jestem wzruszona tym jak bardzo mi pomagasz, mimo tego wszystkiego - wtuliła się w mój tors.
- Cris, natychmiast przestań - nakazałem. - Tyle o tym rozmawialiśmy i dobrze wiesz co o tym sądzę, jestem tu, bo kocham was i zależy mi na was, siostro - wymruczałem do ucha blondynki.
- Siostro... - zaśmiała się.
- No dobra! Skoro wolisz bracie, to bracie -zażartowałem. Jej pięść trafiła w moje ramię nie pozostawiając po sobie żadnych obrażeń, choćby chwilowego bólu.
***
Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem... Czas płynął niewiarygodnie szybko, a Adley rosła w oczach. Kupiłem dom, aby Ad mogła bawić się na powietrzu z psiakiem, którego znalazłem pod naszym wcześniejszym miejscem zamieszkania. Acris zajmowała się opieką nad małą, kiedy pracowałem. Moja siostra pomagała młodej matce, gdy nie do końca sobie radziła z nadmiarem obowiązków. Przyjaciółka nie szukała miłości, skupiła się na macierzyństwie. A ten kretyn, który ją skrzywdził już się nie odezwał. Tworzyliśmy dziwną, lecz szczęśliwą rodzinę. Dley wyglądała zupełnie inaczej niż Acri, ale tak samo wcale nie przypominała swojego biologicznego ojca. Miała ciemne, podkręcane włoski, niebieskie oczy, lecz inny odcień niż Cris, spiczasty nosek, małe usteczka, wystające kości policzkowe oraz szczupła buźkę. Wiele osób mówiło, że to mój mały klon, mimo to nie komentowałem. Wolałem omijać ten temat, ze względu na to ile wycierpiała Acris przez poruszanie go. Adley kochała mnie, codziennie usypiałem ją, karmiłem, myłem i przewijałem. Kiedy miała cztery latka czekała na mnie w oknie, aż wrócę i będę mógł poczytać lub pobawić się z nią. Nie nazywała mnie "tata", ani nie mówiła na mnie po imieniu. " Boo Bear"- tak mnie ochrzciła, co stało się niezmiernie wygodne i kompatybilne do sytuacji. Przyznam, traktowałem ją jak córkę i oddałbym za nią życie, no i że żałowałem, że nie jest moją biologiczną księżniczką, a po prostu "księżniczką". Czułem z nią więź, jakiej nie da się opisać... Przypuszczam, że nawet Cirsi nigdy nie posiadła owej względem własnego dziecka. Co wieczór piliśmy kakao z bitą śmietaną pod kocykiem w gwiazdki, na sofie w salonie przy kreskówkach. Ganialiśmy po całym domu, budowaliśmy fortece z krzeseł, gotowaliśmy w zabawkowej kuchni, układaliśmy puzzle. Bezcenne chwile. Niebieskooka nigdy do końca nie była słodkim dziewczęcym maleństwem, gdyż uwielbiała grę w nogę i mecze, nie cierpiała lalek, różu, lubiła wspinaczki i inne spoty ekstremalne na podwórku, nie bała się ubrudzić i ogółem nic nie stanowiło dla niej wyzwania. Trzeba także dodać, iż potrafiła zaleźć za skórę. Moje życie kręciło się tylko i wyłącznie wokół Adlyy. Poza pracą mało co mnie obchodziło. Czasami, aż sam sobie się dziwiłem. No może była jeszcze jedna rzecz, która znaczyła dla mnie bardzo dużo, a ją pominąłem - Acris...
Hejka! Wybaczcie, że tak długo czekaliście. Jeatem u tatulka i tu nie mam lapka i haseł, ulubionych stron itd. Więc cieżko napisać rozdział :( A ten pisałam na telefonie, więc wybaczcie wszystkie błedy ale ciężko do nich dojść na takim ekraniku -.- Mimo wszystko, mam nadzieję, iż rozdział przypadnie do gustu Wam moi Kochani :) Co sądzicie o tym wszystkim i o relacji Lou i dziewczyn? Piszcie ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*
- Niewiarygodne - zgodziłem się.
- Moja mała ... - wzdychała Acris.
- Adley - dopełniłem wypowiedź blondynki.
- Adley? - zapytała wzruszona.
- Tak, bardzo mi się podoba to imię - odparłem.
- Dziękuję, jest super - przyznała.
- Mała już jest, imię już ma, teraz cała reszta - rzekłem. Niebieskooka spojrzała na mnie ze spokojem i przytaknęła.
Powrót do domu był pełny radość. Malutka wydawała się najgrzeczniejszym noworodkiem świata. Zaniosłem ją w nosidełku do kuchni.
- Tu będziemy gotować ci obiadki, a tu jest salon, gdzie będziesz rozkładała swoje zabawki i oglądała bajki, tu łazienka i wielka wanna, w której będziesz się pluskać wieczorami, oto moja sypialnia, sypialnia mamusi, a tu jest twoje królestwo, słoneczko - odprowadzając ją po domu opowiadałem. Postawiłem nosidełko na fotelu obok łóżeczka i z radością patrzałem jak błądzi wzrokiem po pomieszczeniu, niekontrolowanie ruszając kończynami.
- Jesteś uroczy Loui - zachichotała dołączająca do nas Acris.
- Dzięki, jeżeli to ci nie odpowiada, że tak mnie ponosi, to mogę przestać - nerwowo złapałem za kark.
- Żartujesz? - lekko się odchyliła. - Bardzo się cieszę, że poczuwasz się do takich gestów i pokochałeś małą - ujęła moją dłoń. - Dziękuję ci, jesteś najlepszym z najlepszych przyjaciół na świecie. Jestem wzruszona tym jak bardzo mi pomagasz, mimo tego wszystkiego - wtuliła się w mój tors.
- Cris, natychmiast przestań - nakazałem. - Tyle o tym rozmawialiśmy i dobrze wiesz co o tym sądzę, jestem tu, bo kocham was i zależy mi na was, siostro - wymruczałem do ucha blondynki.
- Siostro... - zaśmiała się.
- No dobra! Skoro wolisz bracie, to bracie -zażartowałem. Jej pięść trafiła w moje ramię nie pozostawiając po sobie żadnych obrażeń, choćby chwilowego bólu.
***
Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem... Czas płynął niewiarygodnie szybko, a Adley rosła w oczach. Kupiłem dom, aby Ad mogła bawić się na powietrzu z psiakiem, którego znalazłem pod naszym wcześniejszym miejscem zamieszkania. Acris zajmowała się opieką nad małą, kiedy pracowałem. Moja siostra pomagała młodej matce, gdy nie do końca sobie radziła z nadmiarem obowiązków. Przyjaciółka nie szukała miłości, skupiła się na macierzyństwie. A ten kretyn, który ją skrzywdził już się nie odezwał. Tworzyliśmy dziwną, lecz szczęśliwą rodzinę. Dley wyglądała zupełnie inaczej niż Acri, ale tak samo wcale nie przypominała swojego biologicznego ojca. Miała ciemne, podkręcane włoski, niebieskie oczy, lecz inny odcień niż Cris, spiczasty nosek, małe usteczka, wystające kości policzkowe oraz szczupła buźkę. Wiele osób mówiło, że to mój mały klon, mimo to nie komentowałem. Wolałem omijać ten temat, ze względu na to ile wycierpiała Acris przez poruszanie go. Adley kochała mnie, codziennie usypiałem ją, karmiłem, myłem i przewijałem. Kiedy miała cztery latka czekała na mnie w oknie, aż wrócę i będę mógł poczytać lub pobawić się z nią. Nie nazywała mnie "tata", ani nie mówiła na mnie po imieniu. " Boo Bear"- tak mnie ochrzciła, co stało się niezmiernie wygodne i kompatybilne do sytuacji. Przyznam, traktowałem ją jak córkę i oddałbym za nią życie, no i że żałowałem, że nie jest moją biologiczną księżniczką, a po prostu "księżniczką". Czułem z nią więź, jakiej nie da się opisać... Przypuszczam, że nawet Cirsi nigdy nie posiadła owej względem własnego dziecka. Co wieczór piliśmy kakao z bitą śmietaną pod kocykiem w gwiazdki, na sofie w salonie przy kreskówkach. Ganialiśmy po całym domu, budowaliśmy fortece z krzeseł, gotowaliśmy w zabawkowej kuchni, układaliśmy puzzle. Bezcenne chwile. Niebieskooka nigdy do końca nie była słodkim dziewczęcym maleństwem, gdyż uwielbiała grę w nogę i mecze, nie cierpiała lalek, różu, lubiła wspinaczki i inne spoty ekstremalne na podwórku, nie bała się ubrudzić i ogółem nic nie stanowiło dla niej wyzwania. Trzeba także dodać, iż potrafiła zaleźć za skórę. Moje życie kręciło się tylko i wyłącznie wokół Adlyy. Poza pracą mało co mnie obchodziło. Czasami, aż sam sobie się dziwiłem. No może była jeszcze jedna rzecz, która znaczyła dla mnie bardzo dużo, a ją pominąłem - Acris...
Hejka! Wybaczcie, że tak długo czekaliście. Jeatem u tatulka i tu nie mam lapka i haseł, ulubionych stron itd. Więc cieżko napisać rozdział :( A ten pisałam na telefonie, więc wybaczcie wszystkie błedy ale ciężko do nich dojść na takim ekraniku -.- Mimo wszystko, mam nadzieję, iż rozdział przypadnie do gustu Wam moi Kochani :) Co sądzicie o tym wszystkim i o relacji Lou i dziewczyn? Piszcie ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*
Wow!
OdpowiedzUsuńJestem pod wrażeniem. Louis taki kochany. Prawdziwy facet! Nue każdy przyjaciel byłyby zdolny tak opiekowac się nie swoim dzieckiem, ale jak piszesz, mają ze sobą więź.
To jest po prostu cudowne!
Super
Czekam na next
C: Zgadzam się w stu procentach :*
UsuńDziękuję Ci bardzo =^.^= Wiele to dla mnie znaczy :))
Niebawem się pojawi :3
xoxo