wtorek, 17 lutego 2015

Imagin Harry

-Jak to?!-wykrzyczałem manager'owi w twarz.
-Normalnie Hazz, musisz się uspokoić. Jeżeli nie uda ci się w ciągu dwóch miesięcy się zmienić, wypadasz. Przykro mi.-Wzruszył ramionami i tak zwyczajnie sobie odszedł.
-...-Może nie będę cytował wulgaryzmów, które wyszły z moich ust. Wróciłem bardzo zdenerwowany z mojej willi. Miałem się spakować. Przecież jeżeli jestem "wygnanym" na pewien okres członkiem zespołu, nie mogę korzystać z luksusu. Niedorzeczność! To, że media uważały mnie za zboka, który wykorzystuje wszystkie napotkane laski nie znaczy, że to prawda. Jakby nikt nie zdawał sobie sprawy jakie są brukowce. Nie pozostało mi nic jak nie pokazywać się w miejscach publicznych w towarzystwie kobiet, nawet kuzynek. Nie jestem w stanie wyrazić jak bardzo zależało mi na powodzeniu. Przecież bez "zwycięstwa", w sumie to z samym sobą, straciłbym chłopaków, fanów, kasę, pracę i ogółem zostałbym na lodzie. Nie mogłem na to pozwolić. Spakowałem to co było mi potrzebne i wsiadłem do swojego nowego-starego samochodu. Musiałem zmienić auto na rzecz "kamuflażu", gorszej bzdury nie słyszałem, ale jak mus to mus. Powiedzmy, że rozgościłem się w małym domku w LA na plaży. No żeby było zabawniej to nie miałem prawa kontaktować się z Niall'em, Li, Lou czy Zen'em ani z żadną inną personą show biznesu. Pozostało mi tylko życie "normalnie". Strasznie się nudziłem. Postanowiłem się przejść. I tak już się ściemniało, a ja nigdy nie miałem okazji na spokojnie obejrzeć pięknego zachodu słońca. Ubrałem spodenki do kolan i białą koszulkę. Na stopy nasunąłem zwykłe tenisówki, a na nos okulary przeciwsłoneczne i ruszyłem. Rzeczywiście nikt mnie nie zaczepiał, co nie było dziwne po ostatnich artykułach. Przechadzałem się wzdłuż plaży, kiedy usłyszałem głośny znajomy mi już śmiech. Skierowałem się co źródła dźwięku. Ujrzałem moją przyjaciółkę z czasów szkolnych żegnającą się z jakąś niską rudą dziewczyną. Odwróciła się w moim kierunku. Miała na sobie krótkie dżinsowe spodenki, czarny top bikini i zieloną rozpiętą koszulę, która idealnie podkreślała te cudne, niezapomniane oczy. Długie włosy brunetki opadały kaskadami po jej ramionach. Wyglądała naprawdę ślicznie. Rozpromieniła się na mój widok.
-Harry?-Jakby nie wierzyła.
-Ewa?-Powtórzyłem za nią.
-Boże! Jak dawno cię nie widziałam.-Przytuliła mnie.
-Racja. Co robisz w Stanach?-zapytałem i zaczęliśmy spacerować przy brzegu.
-Od jakiegoś czasu spędzam tu wakacje. Myślę, że przeniosę się tu na stałe do wuja, którego chyba nawet znasz.-Zachichotała.
-Naprawdę? Jak się nazywa?-Moje dłonie trafiły do kieszeni mych spodni.
-Paul, twój manager.-Wybuchła śmiechem.
-Serio?-Z lekkim poirytowaniem westchnąłem.
-No. Wiem, że jest wkurzający.-Tym razem ja okazałem rozbawienie.
-Prawda.-potwierdziłem.
-Nie bądź taki spięty. Ja tam nie wierzę w te bzdury w gazetach.-Trąciła mnie ramieniem próbując mnie rozpogodzić.
-Przecież nie wiesz czy to praw...
-Wiem. I nie dzięki wujowi, ale temu, że zawsze byłeś podrywaczem, ale nie napalonym gwałcicielem.-Wiedziałem, że mówi zupełnie szczerze, gdyż ona nigdy nie kłamała. Zaimponowała mi tym.
-Wiele osób o tym zapomniało.-stwierdziłem.
-Ale nie ja.-Chyba po raz milion setny ukazała mi rząd swoich bieluśkich ząbków.
-Zawsze stawiałaś się naprzeciw światu i miałaś swoje zdanie.-wyznałem.
-Prawda.-spapugowała mnie.
-Za te ploty mnie wydziedziczyli i teraz mam być aniołkiem przed aparatami i ogółem jestem załamany.-westchnąłem głośno.
-Przecież sława to nie wszystko. Rozumiem, chłopcy, fani, muzyka, praca i tak dalej, ale to nie powód do depresji. Nie wierzysz w siebie? Harold Edward Styles jest niepewny czegokolwiek w sobie?-Uderzała mnie lekko w ramię, na co reagowałem rechotem.-Dasz radę. A poza tym, nawet jakbyś nie dał. To życie nie kończy się na tym. Masz jeszcze rodzinę, jesteś utalentowany i masz ambicję. Jak nie ta robota, to inna. Raz się żyje, nie zapomnij.-Miała rację. Przecież nie zależało od tego moje życie. Ta dziewczyna zawsze mnie pasjonowała.
-Dziękuję, przydatne.-Objąłem ją i pocałowałem w czoło po czym się odsunąłem.
-Ewa rządzi, Ewa radzi, Ewa nigdy cię nie zdradzi.-Puściła mi oczko.
-Dokładnie.-Zaśmiałem się. Wspólnie obejrzeliśmy zachód i odprowadziłem ją do domu. Przyznam, że te dwa miesiące w jej towarzystwie minęły bardzo szybko i mile. Świetna dziewczyna. Zaprzyjaźniłem się z nią, ale nic więcej. Nie mógłbym zniszczyć jej "zwyczajnego życia", była zbyt buntownicza na kamery i flesze. Dzięki niej poradziłem sobie z "wyzwaniem" i powróciłem do "zawodu". Dzisiaj jestem szczęśliwy i zdobyłem prawdziwą przyjaźń, o którą ciężko w show biznesie.


















Heja! Oto zamówienie dla Ewci! :) Mam nadzieję, że Ci się spodoba Kochana :) Starałam się, ale nie jestem pewna czy mi wyszło...Jutro pojawi się zamówienie z Zaz'ą ;) Mam nadzieję, że nie zawiodłam i nie zawiodę cię :3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

Girl on the show 18

Około godziny bezczynnie siedziałam w oczekiwaniu, w sumie nie wiedząc na co. Obawiałam się odrzucenia, że nie będzie chciał już mnie widzieć, że nie uda mi się odzyskać "Pana". Usłyszałam kroki pod drzwiami i jakby czas zwolnił jeszcze bardziej. Mój puls drastycznie skoczył. Oddech przyśpieszył. Klamka powędrowała do dołu, a sama bariera drzewna uchyliła się ukazując mi postać Lou. Nie luknął nawet na mnie. Zamknął za sobą drzwi i podszedł do okna wyglądając za nie. 
-Czemu to robisz?-Bezsilnie odezwał się. Powstałam i zbliżyłam się do niego.
-Bo cię kocham.-wyszeptałam drżącym głosem. 
-Mówiłem ci, że to nie prawda. Wcale mnie nie kochasz.-Smuto rzekł.
-Kocham cię. Jesteś jak narkotyk, szkodzisz mi fizycznie, ale psychicznie nie potrafię się od ciebie oderwać. Jesteś moją ekstazą. Nie potrafię bez ciebie Louis. Proszę, nie zostawiaj mnie. Nie mam zamiaru trwać bez ciebie.-Ułożyłam dłonie na jego ramionach i oprałam na lewej brodę.-Błagam...


***
-Dlaczego tak bardzo wypierasz się miłości?-Oderwałam się od niego.
-Ponieważ nigdy nie kochałem.-Zaczął nerwowo chodzić po pomieszczeniu.-Nie miałem rodziny, przyjaciół.  Dopóki nie spotkałem ciebie nie wiedziałem jak to jest w ogóle czuć cokolwiek. Znęcałem się nad innymi po to, żeby ktoś inny doświadczył bólu zadanego od kogoś kto niby jest miły i troszczy się o ciebie, ale przy najlepszej okazji zostawia cię i nie przejmuje się tym czy cierpisz. Gang i szefostwo pochłonęło mnie całego. To co przeżyłem kiedyś wyładowywałem właśnie w tym fachu. Ale już za pierwszym razem kiedy cię zobaczyłem, to wszystko...Jakby uleciało. Nie byłem żądny krwi. Chociaż najpierw wydawało mi się to przejściowe i  i tak wyciągnąłem cię za włosy i sprawiłem ci ból, bo nie wiedziałem jeszcze. Później kiedy tobie było wszystko jedno, zrozumiałem, że to wszystko mi nic nie da. Że to mi nie pomoże, a robię to już tak długi czas. Miałem ochotę się zabić za to ile złego wyrządziłem.-Jego głos drżał, a tych pięknych oczach ujrzałam łzy.-Ale kiedy doszło do mnie, że krzywdzę ciebie. Postanowiłem się zmienić. Dlatego, że to ty zmieniłaś mój pogląd na to wszystko. Nie spodziewałem się tego kompletnie. Ale szczególnym szokiem było dla mnie to co wypełniło mą duszę. Zrozumiałem, że zacząłem oddychać dla kogoś innego. Na początku nie rozumiałem, że to nazywa się miłością. Nie wiedziałem, że kocham cię i w stanie jestem oddać życie dla właśnie ciebie. Jednakże, jestem niebezpieczny, właściwie to moje otoczenie. Nie chcę cię narażać, zbyt wiele dla mnie znaczysz. Nie spodziewałem się, że ty...Znajdziesz mnie. Skoro już mówię ci wszystko, to wyznam także, iż to były najgorsze dwie doby w moim życiu.-Zbliżył się do mnie i założył pasmo mych włosów za moje ucho. Byłam w szoku. Nie spodziewałam się czegoś takiego. Zrozumiałam go doskonale, lecz nie miałam zamiaru odpuścić. Dla mnie to wystarczyło, nie musiał mówić nic więcej. Usłyszałam odpowiedzi na wszystkie moje pytania zadając jedno. Płakał, ryczał jak dziecko. Nie myśląc wiele wtuliłam się w niego.
-Kocham cię.-wyszeptałam. Uspokoił się. Spojrzałam mu prosto w ślepia. Delikatnie musnęłam jego usta. Tak brakowało mi ich smaku. Pogłębił pocałunek. Zachłanniej i zachłanniej. Nie odrywaliśmy się od siebie. Zaczęliśmy zbliżać się do łóżka. Zniknęła z niego koszulka. Ja straciłam spodnie. Po kolei zrywaliśmy z siebie odzież. Pozostaliśmy nago kontynuując przyjemną walkę toczoną pomiędzy naszymi językami. Nie żałowałam. Nie bałam się. Pragnęłam tego uczucia. Świadomości o obecności Louis'a...












Hejka! Oto kolejny rozdział.  No niestety nie udało mi się nie podzielić go na dwie części, gdyż bardzo się spieszę i nie mam czasu dopisać reszty. Przepraszam.
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

poniedziałek, 16 lutego 2015

I can't find this feeling 7

Martwiłem się już nawet o końcówkę jej włosów. Pochłonęła całe moje myśli, moje troski. Nie umiałem się od niej odciągnąć. 
-Byłam u Al, ale zajęta była Lou. Nie chciałam im przeszkadzać. Po za tym chciałam pobyć sama.-Wyszeptała odchylając głowę z zamkniętymi oczami. W tamtej chwili miałem ochotę zabić siostrę. Nie wiem czemu. Obawiałem się choć na moment zostawić Koni samą, może dlatego. Przez jej lizanie się z Louis'em naraziła swoją lokatorkę, a mój cały św...Stop! 
-Wybacz.-Znów na mnie zerknęła.
-Za co?-Nie zrozumiała. Chyba była ciekawa. 
***
-Za to, że zakłóciłem twoją samotność.-odpowiedziałem. Zachichotała pod nosem.
-Lubię samotność, ale twoja obecność też jest miła.-Motyle zaczęły tańczyć w moim brzuchu jakbym znów miał piętnaście lat. Jej jedno spojrzenie sprawiało, że miękły mi kolana.
-Naprawdę? Myślałem, że cię irytuję.-Udałem zdziwienie zmieszane z rozbawieniem.
-Bo tak jest.-Wystawiła delikatnie język.-Ale to coś w rodzaju relacji brat-siostra, niby mnie wkurzasz, ale i tak cieszę się z tego, że jesteś obok.-W tamtej chwili jedna część mnie tryskała euforią, a druga podłamała się. Powiedziała, że jestem jej bliski, ale w jaki sposób, to nie było już takie motywujące.
-Masz rodzeństwo?-zapytałem.
-Nie.-Smuto odrzekła. Na tym skończyła się jej wypowiedź.
-Coś nie tak?-Zauważyłem, że podłamała się. No jasne, zgwałcono ją, ale wiedziałem, że nie o to chodzi.
-Nie, spoko. Nic mi nie jest. Nie pracujesz dzisiaj?-Umiejętnie zmieniła temat. Często się jej to zdarzało. W pewnym sensie to nie było normalne.
-Akurat dzisiaj mam wolne. Może masz ochotę iść na lody albo coś?-zaproponowałem.
-Jasne. Tylko muszę iść się przebrać, bo nie specjalnie wyglądam.-Wtem miałem ochotę wyskoczyć z czymś w stylu "We wszystkim ci pięknie. Zawsze będziesz idealna.", ale na szczęście się powstrzymałem.
-Nie przesadzaj.-Machnąłem ręką.
-A ty nie kłam. Chodź.-Wstała i pomogła mi zrobić to samo.
-Ktoś chyba ukradł mi bluzę.-Zauważyłem kiedy włożyła dłonie do kieszeni okrycia.
-Nie. To pożyczka bez pytania, a to jest wielka różnica.-Popchnęła mnie ramieniem, co nie bardzo mnie ruszyło przez jej drobną posturę.
-Tak, ogromna. W sensie, że ładniej to brzmi.-Zaśmiałem się.
-Zbyt mnie kusiła.-Uśmiechnęła się. "Szkoda, że to tylko bluza cię kusiła, bo ty kusisz mnie cała"-pomyślałem.
-Wybaczę ten ostatni raz.-Luknęła na mnie.
-Przed ostatni.-Postanowiła nagiąć trochę moje słowa.
-Przed ostatni.-zgodziłem się. Kroczyliśmy tak śmiejąc się w miłej atmosferze. Nie było czuć od niej tego napięcia. Starałem się utrzymać taką atmosferę, ale w głowie nadal miałem to co się wydarzyło. Nie wierzyłem, iż tak szybko zapomniała i jej przeszło. Coś kryło się pod jej "maską", pragnąłem to odkryć. Dotarliśmy do mieszkania Alby. Siedziała w towarzystwie moich kumpli w salonie. Natychmiast po ujrzeniu Koni rzuciła się na nią.
-Boże Święty! Już myślałam, że coś ci się stało!-Jak zwykle, moja inteligentna siostrunia musiała mnie wydać.
-Dlaczego?-Zdziwiona K zapytała.
-Bo Zayn tak szybko wybiegł cię szukać i się wystraszyłam i w ogóle.-Chryste! Jaka ta dziewczyna jest pusta! Czasami zastanawiam się czy to na pewno moja rodzina.
-Nic mi nie jest.-Lekko rozbawiona blondynka odsunęła się od Mulatki.-Lecę się ogarnąć. Później lecę z "Panem Bohaterem" na lody. Idziecie z nami?-Przyznam, że nieco się zawiodłem. Miałem nadzieję, na spędzenie z nią czasu sam na sam.
-Czemu nie.-Chórem stwierdzili.
-Okej, to ja za jakiś czas wracam.-Niebieskooka zniknęła z pola widzenia. Zająłem miejsce obok Niall'a. Wszyscy gapili się na mnie jak na jakiegoś nienormalnego.
-Co?-Z wyrzutem się odezwałem.
-Czy coś stało się Konstancji?-Lekko zmartwiony Liam wychylił się. I wtedy-BUM! Co teraz odpowiedzieć? Prawdę, czy tak jak prosiła nie wspominać o "incydencie", jeżeli takie zajście można nazwać w ten sposób. Postanowiłem posłuchać.
-Nie, nie. Po prostu wczoraj trochę...No wiecie, zabalowała. I mały kac się jej czepił. Komórka się jej rozładowała. A na mieście była, bo jakaś jej znajoma chciała oddać jej słuchawki czy coś tam.-Sam nie wierzyłem w to jak dobrze szło mi łganie.
-Na sto procent?-Podejrzliwie dopytywała Alby.
-Tak. Po co miałbym kłamać?-Nadal pretensjonalnie konwersowałem.
-W sumie.-westchnęła głośno. Wrócili do swoich tematów, a ja próbowałem się jakoś dopasować. Nie koniecznie miałem ochotę na pogaduchy o filmach czy sporcie, ale musiałem udawać zainteresowanie, by nie dać niczego po sobie poznać. Zawsze denerwowało mnie w sobie samym to, że szybko dopadało mnie sumienie i się stresowałem. I tamtym razem tak było. Jednakże nikt nie zauważył. Moja siostra i Lou byli pochłonięci sobą nawzajem. Liam skupiał uwagę na pisaniu z jakąś nową dziewczyną. A Nialler i Harry nie należą do spostrzegawczych. Po jakiś czterdziestu minutach, Koni ukazała się nam. Bardzo podobał mi się jej styl ubierania. Pasował mi. Może zaskakiwać fakt, iż faceta to w ogóle obchodzi, ale mnie akurat tak. Nie uważałem się za ikonę, ale miałem swój typ po prostu. Nie uzależniałem od tego dziewczyny, bo to nie wygląd stanowił dla mnie czynnik najważniejszy. Nie sortowałem przez to ludzi. Jak mówię, zwyczajnie miałem określone upodobania, które i tak nie znaczyły dla mnie wszystkiego. Ogólnie wyglądała bardzo ładnie.
-Gotowa.-Stanęła na palcach i znów na płaskie stopy uśmiechając się od ucha do ucha. Straszne jak bardzo mnie to trapiło. Wstaliśmy jak na komendę i ruszyliśmy. Starałem się iść jak najbliżej K. Dotarliśmy do wielkiej, w sumie to chyba największej w Sydney, lodziarni. Każdy zamówił sobie deser i po chwili otrzymał go do rąk. Przyznam, że miło spędziliśmy wspólnie czas. Po "posiłku" wybraliśmy się na spacer. Plaża, centrum, deptak i ogółem trochę chodzenia. Pod późny wieczór postanowiliśmy zamówić pizzę i zrobić maraton filmowy u dziewczyn. Dochodziła godzina 23.00, kiedy rozległo się solidne pukanie do drzwi. Als poszła otworzyć.
-Koni! To do ciebie!-Krzyknęła z nutką niepokoju w głosie...

















Hejka! Oto kolejny rozdział :) Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu :) Jak myślicie, kto to taki? O co chodzi z tym zachowaniem Koni? Naprawdę jej przeszło, czy może coś ukrywa? Czy Zen zdobędzie się na odwagę wyznać dziewczynie kim dla niego jest? Piszcie propozycje w komentarzach ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

Little Sweet Angel 40

-Powiedz mi tylko czy to Hazz.-Odezwał się po dłuższej chwili milczenia.
-Oszalałeś?-Pociągnęłam nosem.-To nie on.-Dodałam.-To Rich. Sprawił mi wiele bólu, o którym nie chcę pamiętać. Nie mam zamiaru wszystkiego ci opowiadać. To za trudne przypominać to sobie po raz kolejny. Wycierpiałam się, żałuję i wiem, że już nigdy nie postawię życia na jedną kartę. Teraz jestem szczęśliwa i to powinno ci wystarczyć.-No jak zwykle i tak mu się wygadałam. Co poradzić? W końcu to mój najlepszy przyjaciel, którego nikt nie był w stanie mi zastąpić. 
-Wystarcza. Nie pragnę, abyś robiła cokolwiek wbrew sobie i znów przechodziła przez tą udrękę.-Wyszeptał.-Przepraszam. Po prostu, gdy to zobaczyłem...-Zaciął się. Podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy, które szkliły się.-Zamarłem. Nawet nie wiesz jak to ciężki widok u osoby, którą kochasz nad życie.-Lekko się uśmiechnął.
-To nie boli, to tylko...Pamiątka, przypomnienie o tym by nie popełnić już więcej tego samego błędu. Ostrzeżenie. Przestroga. Nie martw się. Uwierz, ja kocham cię o wiele bardziej.-Wyrecytowałam...
***
Powróciliśmy do mojej sypiali. Chłopcy rozmawiali. Ich wzrok pokierował się na mnie, więc zamilkli. Mieli przejęte miny. Widziałam ukradkiem jak Luke kiwa przecząco głową dając im tym samym znak. Posłuchali więc. Założyłam kosmyk włosów za ucho i naciągnęłam i tak już sporo za długą (sięgała mi do 3/4 uda) bluzę jeszcze bardziej. Wyrwałam się z objęć brata i zbliżyłam się do przyjaciół. Wtuliłam się najpierw w Calum'a.
-Naprawdę, nic mi nie jest. To nic.-Wypowiedziałam to cicho, lecz na tyle głośno by usłyszeli. Później przyczepiłam się do Ash'a oraz Michael'a.-Nie martwcie się niczym. Najlepiej zapomnijcie.-Posłałam im lekki uśmiech. Usiadłam na kolanach Harold'a i przyjęłam całusa w czoło.-Dzisiaj przychodzę a próbę.-Postanowiłam rozluźnić atmosferę.
-Skąd wiesz, że mamy ją dzisiaj?-Rozbawiony Mike zapytał.
-Chyba co czwartek u nas nocujecie i w piątek gracie, co nie? Jeszcze pamiętam, to nie było aż tak dawno.-Zachichotałam.
-Prawda. Niczego nie zmieniliśmy od bardzo dawna.-Z rozbawieniem wspólnie stwierdzili.
-To co? Idziemy coś zjeść?-Zaproponował Lukie (tak pieszczotliwie go nazywam). Wymieniłam spojrzenia z Harold'em. Po chwili zastanowienia przytaknęłam.
-Okej.-Ruszyliśmy do jadalni gdzie już pachniało od placuszków mojej mamy.
-Dzień dobry Pani Mamo!-chórem zespół braciszka przywitał moją matulę. Od małego kiedy do nas wpadali na śniadania wołali to do kobiety, która dała mi życie.
-Hej chłopcy.-Jak zwykle trwała z wyszczerzonymi ząbkami.
-Witaj mamuś!-Tym razem ja i Luke zawołaliśmy. Oboje naraz ucałowaliśmy oba poliki rodzicielki.
-Dzień dobry!-Jakoś przebił się loczek. Usiedliśmy wokół wielkiego stołu.
-Gdzie babcia i dziadek?-odezwałam się.
-Od niedawna pracują.-odpowiedziała gotująca mama.
-Aha.-chrząknęłam i zbliżyłam się do zielonookiego.-Przepraszam za to u góry, wiesz, że...-Szeptałam mu na ucho.
-Przestań. Wszystko dobrze.-Musnął moje usta.
-Ej! Nie przy braciach!-Towarzystwo się skrzywiło (prócz rodzicielki)
-Braciach?-Zaśmiał się Hazz.
-No.-potwierdziłam.-Uważamy się za rodzeństwo od małego.-wyjaśniłam.
-Ciekawe.-Loczek nie ukrywał rozbawienia.
-Smacznego, proszę.-Mami podała nam placuszki z cukrem pudrem i herbatę wiśniową.
-Dziękujemy!-Wszyscy razem odrzekliśmy.
-Tak z czystej ciekawości. Na ile zostajecie?-Zainteresował się Ashton.
-Za dwa dni wracamy. Harry ma pracę, ja z resztą też.-Smutno westchnęłam.
-Ale nie długo wrócisz!-Jak dziecko warknął Cal
-Specialnie dla ciebie.-Zachichotałam.
-Bo będę zazdrosny.-Harold.
-No i ja.-dodał Michael.
-Ja też.-wtrącił się perkusista.
-Me too.-Calum.
-Ja to się już lepiej nie odzywam.-Zażartował Lukie.
-Najlepiej.-stwierdziłam...







Hejka! Wiem, że taki sobie rozdział, ale jak to się mówi "cisza przed burzą" ;) Mam nadzieję, że nie bardzo was zawiodę :3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

niedziela, 15 lutego 2015

Imagin walentynkowy

Jaka kobieta nie marzy o ślubie w walentynki? Przecież to taki niezwykły dzień w roku dla zakochanych. Dookoła panuje beztroska atmosfera, pary obdarowują się cudnymi dowodami miłości. Ogółem jest niesamowicie. Mi dano spełnić to marzenie. Dzisiaj, czternastego lutego stanę przed ołtarzem z moim ukochanym. Z samego rana zaczęto mnie szykować. Kąpiele, fryzura, makijaż, druhny, suknia. Wszystko wydawało się być dopięte na ostatni guzik. Czy może być romantyczniej niż sam fakt pobrania się w ten szczególny dzień? Owszem. Także wystrój odgrywa ważną rolę. Opisuję, więc wszystko.: Uroczystość odbywać się miało w pięknym ogrodzie weselnym. Śliczny, długi, biały, usłany płatkami róż o tej samej barwie dywan tworzył mi drogę do ołtarza stojącego na podeście. Nieco niżej miały stać druhny, naprzeciw nich drużbowie. Po lewej i prawej stronie dróżki porozstawiane były śliczne bieluśkie, metalowe krzesła retro. Ozdoby stanowiły kwiaty lilii oraz róży. Stoły, które stały w innej części miejsca naszego wesela, okryte zostały długimi obrusami, na których stały stroiki oraz stara porcelanowa zastawa. Przy murze zamkniętego tereny rozstawiono scenę, gdzie grał zespół wynajęty przeze mnie i ukochanego. Parkiet tuż pod kapelą rozpościerał się, a nad nim tysiące małych żaróweczek zawieszonych na sznurkach dających mleczne światło. Wszystko zostało idealnie przygotowane. Czuję, że to będzie najlepszy dzień mojego życia. Goście już rozsiedli się. Na szczęście panuje piękna pogoda. Świeci słońce, na bezchmurnym niebie tańczą ptaki ćwierkając, a wietrzyk delikatnie powiewa chłodząc nieco ten ponad trzydziestostopniowy upał. Wszyscy w niecierpliwości czekają już na pojawienie się właśnie mnie. Mój tata podszedł do mnie. Poprawiłam jego muchę i posłałam mu uśmiech, prawie identyczny jak jego.
-Nie wierzę, że muszę oddać moją małą (T.I) pod skrzydła innego mężczyzny.-Widoczne wzruszenie na jego twarzy sprawia, iż jeszcze bardziej się stresuję.
-Tatuś, bo jeszcze ja się rozkleję. Pamiętaj, że zawsze będę twoją małą córeczką. To ty jesteś pierwszym mężczyzną w moim życiu. Pierwszym, którego pokochałam, przytuliłam, ucałowałam. To ty dałeś mi życie. Nigdy, przenigdy nie stanie pomiędzy nami żaden inny. Kocham cię i zostanę twoją księżniczką na zawsze.-wyrecytowałam.
-Oj wiem, kochanie. Po prostu nie mogę ogarnąć tego jak szybko to minęło. Jeszcze minutkę temu uczyłem cię jeździć na rowerze, prowadziłem cię za rączkę do przedszkola. A teraz stoisz przede mną w sukni ślubnej i wyglądasz tak dorośle, dojrzale i pięknie, że aż łza kręci mi się oku.-Nie kłamie. Jego poliki lekko wilżą się. Ocieram szybko jego twarz.
-Nie płacz.-Pocałowałam go w polik.-Przecież nie odchodzę.-Puściłam mu oczko.-Po za tym to rocznica twoja i mamy, nie możesz się smucić.-No właśnie. Do tego moi rodzice także pobrali się w walentynki, między innymi to mnie zmotywowało do tego kroku.
-Masz rację. Chodźmy.-Bierze mnie pod rękę i wspólnie czekamy na muzykę. Nareszcie rozbrzmiewa. Goście powstają. Biorę głęboki oddech. To ta chwila, ten moment. Chcę zapamiętać go do końca życia. Powoli przechadzam się środkiem szczerząc się od ucha do ucha i rozglądając się po twarzach rodziny mojego ukochanego oraz swojej. Przy końcu "trasy" lukam na narzeczonego. Wygląda niesamowicie. Idealnie. Zakochuję się w nim po raz kolejny. Ojciec delikatnie muska mój polik i oddaje mą dłoń Panu Młodemu. Stoimy naprzeciw siebie. Pastor udziela nam ślubu. Składamy przysięgę w radości. W tle słychać lekki szloch naszych matek. Nareszcie słyszymy charakterystyczne słowa, na które tyle czekaliśmy:
"-Ogłaszam was mężem i żoną. Możesz pocałować Pannę Młodą.". Ukochany zgodnie z "poleceniem" łapie mnie w tali i odchyla lekko do tyłu. Wpija się w moje usta i długo trwamy w wspólnym pocałunku. Oklaski, gwizdy i okrzyki radości dodają tej chwili nieziemskości. Czuję się jak Pani świata. Mój mąż kieruje wargi do mojego ucha.
-Tak długo a to czekałem.-Po czym stawia mnie na nogi i jako pierwsi ruszamy do miejsca gdzie ma odbyć się sama zabawa. Deszcz ryżu urozmaica nam drogę. Bawimy się doskonale. Eforia bije z nas obojga. Nie wierzę jeszcze do końca jakim skarbem zostałam obdarowana. Pierwszy taniec, krojenie tortu, ślubne rozrywki nas nie omijają. Laba po dziewięciu godzinach dobiega końca. W między czasie przebieram się w zwykłą białą sukienkę w trapez i baletki. Łapię ukochanego za dłoń i mkniemy na plażę. Podąża za nami łańcuszek gości. Na brzegu czeka na nas motorówka z zapakowanymi już naszymi walizkami. Żegnamy się z wszystkimi po czym rzucam bukietem za siebie. Nie sprawdzając na kogo trafiło wsiadam na wodny pojazd. Oddalamy się coraz bardziej i bardziej. Nareszcie zaprzestajemy machania i siadamy spokojnie czekając na "przystanek", czyli wyspę, na której mieliśmy spędzić miesiąc miodowy.
-Wszystkiego najlepszego z okazji walentynek.-Mój wybranek wręcza mi czerwone pudełeczko. Nie spodziewałam się. Nie pewnie otwieram je. Wewnątrz znajdują się klucze. Spoglądam na niego pytająco jeszcze nie kojarząc nic.-Kupiłem ten dom, o którym marzyłaś.-Szczęśliwie mi oznajmia.-A myślałam, że ten dzień już cudowniejszy być nie może. Rzucam mu się na szyję i dziękuję każdym możliwym sposobem.
-Też mam dla ciebie niespodziankę, ale nie wiem czy zareagujesz podobnie do mnie.-Biorę głęboki oddech.-Jestem w ciąży.-Informuję go. Jednakże on reaguje dokładnie taką samą euforią, a może i większą niż ja. Moje życie układa się idealnie. Mam męża, dom i dziecko w drodze. Czego więcej chcieć?... A! No, wesela w walentynki ;) Polecam :)











Hejka! Jakoś ostatnio nie mam weny na pisanie tego typu imaginów i wgl...No ogółem to nie chciałam wybierać bohatera, bo każdy ma innego ulubieńca, więc nie miałam zamiaru niczego narzucać ;) Mam nadzieje, że nie bardzo was zawiodłam :3 Przepraszam, że dzień po walentynkach, ale jak wiadomo nie było mnie, więc nie miałam możliwości nic wstawić ani napisać.
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

Girl on the show 17

-Jest wasza.-Gościu za mną odezwał się i zatrzasnął za sobą drzwi. Bałam się. Na ich twarzach pojawiły się cwane uśmieszki. Zaczęli mnie obłapiać. Nie potrafiłam się obronić, to niewykonalne przy tylu mężczyznach większych, o wiele, od siebie. Łzy leciały po moich polikach jak krople deszczu po szybach. Już traciłam ubrania z ciała, kiedy ktoś wpadł do pokoju.Wszyscy się zatrzymali. W tym czasie założyłam ramiączka bluzy z powrotem na ich miejsce na mnie. Otarłam oczy i zerknęłam zrozpaczona na "gościa". T-O   L-O-U-I-S-!-!-!...
***
Usiadłam a stole, na którym leżałam sekundę wcześniej. Jego wzrok zatrzymał się na chwilę na mnie. Wyrażał zdziwienie. Zmierzył mnie od góry do dołu. Najwyraźniej doszło do niego co próbowali ze mną zrobić. Te cudne niebieskie oczęta nabrały krwistej  barwy. Widziałam jak się w nim gotuje. Przebiegł po twarzach moich napastników, którzy wydawali się przerażeni. Brunet zacisnął pięści. Postawił kilka stanowczych kroków w moim kierunku i nie spuszczając oczu z grupy idąc tyłem wytargał mnie z pomieszczenia. Właśnie tamtędy przechodził Zayn.
-Zabierz ją do mnie.-Lou nakazał Mulatowi, któremu omal gały nie wyszły gdy mnie ujrzał. Złapał mnie nieco wyżej ad łokciem i pociągnął wzdłuż korytarza. Ostatnie co zobaczyłam to niebieskookiego w furii wyciągającego pistolet. Dalej pamiętam z podziemia tylko odgłosy strzałów. Przemknęłam płacząc z Zen'em przez prawie cały budynek. Nareszcie wpuścił mnie do pokoju na ostatnim piętrze. Zanim zamknął drzwi odezwał się. 
-Dlaczego podążasz za kimś takim? Przecież sprawił ci tyle...
-Serce nie sługa.-Zatrzymując na chwilę ryk i ponosząc spojrzenie na Zazę odrzekłam. Szok pojawił się w jego źrenicach, lecz już nic więcej nie powiedział. Wyszedł. Usiadłam na wielkim łóżku. Najwyraźniej sypialnia, była bardzo duża i pięknie urządzona. Jednakże to nie to zajmowało moje myśli. On, zaprzątał mi głowę. Może to być z mojej strony bezduszne, ale nawet nie przejęłam się losem tych mężczyzn. Wciąż krążyły mi przed oczyma te ślepia, usta, włosy, tatuaże, Louis. Kochałam go i niewyobrażalne jest to jak bardzo przez te niecałe dwie doby się za nim stęskniłam. Starałam uspokoić się przez ten samotny czas, który zdawał się dłużyć w nieskończoność. Udało mi się. Wzięłam kilka głębokich oddechów. Próbowałam zrozumieć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Około godziny bezczynnie siedziałam w oczekiwaniu, w sumie nie wiedząc na co. Obawiałam się odrzucenia, że nie będzie chciał już mnie widzieć, że nie uda mi się odzyskać "Pana". Usłyszałam kroki pod drzwiami i jakby czas zwolnił jeszcze bardziej. Mój puls drastycznie skoczył. Oddech przyśpieszył. Klamka powędrowała do dołu, a sama bariera drzewna uchyliła się ukazując mi postać Lou. Nie luknął nawet na mnie. Zamknął za sobą drzwi i podszedł do okna wyglądając za nie. 
-Czemu to robisz?-Bezsilnie odezwał się. Powstałam i zbliżyłam się do niego.
-Bo cię kocham.-wyszeptałam drżącym głosem. 
-Mówiłem ci, że to nie prawda. Wcale mnie nie kochasz.-Smuto rzekł.
-Kocham cię. Jesteś jak narkotyk, szkodzisz mi fizycznie, ale psychicznie nie potrafię się od ciebie oderwać. Jesteś moją ekstazą. Nie potrafię bez ciebie Louis. Proszę, nie zostawiaj mnie. Nie mam zamiaru trwać bez ciebie.-Ułożyłam dłonie na jego ramionach i oprałam na lewej brodę.-Błagam...










Heja! JUŻ JESTEM! :D Ale mi was BRAKOWAŁO <3 Wiem, że krótki, ale tak mnie korci, żeby w końcu dojść do takiego jednego ważnego wątku, a nie chcę dzielić go na rozdziały, więc piszę krótkie, aby w całości coś zawrzeć ;) Domyślacie się co to takiego czy może nie bardzo? Piszcie ;) Mam nadzieję, że się spodoba ^^
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

piątek, 13 lutego 2015

Imagin Liam

Ty razem jestem gotowa. Mam dość. Chcę być wolna. Nie dam więcej sobą rządzić. Biorę plecak i wychodzę nie żengając nikogo. Staję na pszystanku. Wsiadam do pierwszego autobusu, który zatrzymuje się przede mną. Kupuję bilet i jadę z uśmiechem. Wysiadam w nieznanym mi mieście po wielu godzinach. Nie wiem gdzie jestem, ale cieszę się. Gdyż, żyję po swojemu. Ustalam swój kierunek. Biegnę przez park, skaczę. Dookoła ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę. Mają  rację, zwariowałam dla wolości. Tańczę w euforii. Wszystko wydaje się idealne. Wchodzę do hotelu. Wynajmuję pokój. Opadam na łóżko. Po chwili odpoczynku lecę do łazienki. Biorę długą kąpiel. Suszę ciało. Wiąże włosy w koński ogon. Ubieram czarne rurki, koszulę w czerwono-granatową kratę, vansy pod kolor spodni. Narzucam na siebie kurtkę pasującą do zestawu i łapię za mój mniejszy plecak w barwie smolistej. W uszy wpinam dwa serduszka, a na nadgarstku zawieszam bransoletkę. Wychodzę z budynku i idę przed siebie. Nie wiem gdzie. Wiele osób kieruje się w jedną stronę. Podążam za nimi. Nieopodal parku rozstawiła się scena. Trwał koncert. Niestety nic nie widziałam, za niska byłam. Zaczęłam podskakiwać. W pewnym momencie przestałam zrezygnowana. Wtem ktoś wziął mnie sobie na ramiona. Ktoś bardzo wysoki. Doskonale widziałam drobną brunetkę na scenie w obcisłym trykocie. Zajrzałam, dziwnie to zabrzmi, pod siebie. Przystojny chłopak trzynał moje nogi z uśmiechem wpatrując się w wokalistkę. Nie znałam go. Postanowiłam dobrze się bawić i dałam się ponieść, w przeności i dosłownie. Około dwóch godzin mnie tak trzymał. Nareszcie koncert dobiegł końca. Postawił mnie. Patrzę mu w te cudne czekoladowe tęczówki.
-Dziękuję, bez ciebie nic bym nie zobaczyła.-Zaśmialiśmy się.
-Spoko, nic takiego, jesteś bardzo lekka. A tak w ogóle to jestem Liam. A ty jesteś...?-Ściska mą dłoń.
-Wolna.-Przerywam. Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę jak głupio to zabrzmiało.-To znaczy, bo dzisiaj tu przyjechałam i...-Już plączę się w własnych słowach co go bawi.-(T.I.)-Wzdycham odpuszczając wyjaśnień.
-Miło mi. Dasz zaprosić się na kawę?-pyta.
-Wolę lody, ale jasne.-Ruszam przodem.
-Co robisz w Wolverhampton?-Odzywa się kiedy udaje mu się mnie dogonić.
-Uciekam od rzeczywistości.-Odpowiadam na co chichocze.
-To znaczy?-Dopytuje.
-Chcę zasmakować czegoś nowego. Poczuć, że żyję. Teraz nic mnie nie zatrzyma. Chcę być niczyja, swoja.-Rozmarzyłam się skocznie krocząc.
-Jesteś wolnym ptakiem jak się nie mylę, prawda?-Chyba go ciekawię.
-Zależy.-Wchodzę do lodziarni. W sumie to zachowuję się jak mała dizewczynka.-Truskawkowo-śmietankowe z czekoladową polewą i wszystkimi posypkami.-Zwracam się do rudej za kasą.-A ty jakie chcesz?-Pytam Li.
-Sam zamówię.-Odkąd ze mną przebywa banan nie schodzi mu z twarzy.
-Jak wolisz.-Wzruszam ramionami, płacę i odbieram zamówienie. Ściągam plecak i odkładam na ziemię obok krzesła, które zajęłam. Za moment dosiada się do mnie towarzysz z czekoladowymi lodami.
-Dobre?-Szczerzy się obserwując mnie.
-Szkoda, że bez żelków, ale niezłe. Twoje?
-Słodkie, ale nie tak jak ty.-Puszcza mi oczko.
-Ej! Bez kiczu mi tutaj, bo jak te idiotki z filmów romantycznych będę musiała się zaczerwienić czy coś.-Oj Bozia dała mi tą szczerość. Na szczęście nie wziął mnie na poważnie i tylko się śmieje. -Co robisz tak w ogóle?-Biorę kolejną porcyjkę do ust.
-Jestem początkującym strażakiem.-Odrzeka.
-Mmm...-mruknęłam.-Chcesz ratować innym życie ryzykując przy tym swoje. Ale jesteś Y.O.L.O-Wybucha rechotem. Ja z resztą też.
-Ktoś już mówił ci, że jesteś niesamowita?-Wpatruje się we mnie jak w obrazek.
-Ludzie cały czas zatrzymują mnie na ulicy mi to wyznając.-Nie powstrzymuję się od żartów tego wieczora.
Bardzo miło spędzam trzy dni z Liam'em. Zakolegowałam się z nim. Czwartego dnia pod wieczór płacę za pobyt w hotelu i wymeldowuję się. Wychodzę z pakunkiem przed budynek. Czeka tam na mne on. Wyraźnie go zadziwiam.
-Gdzie się wybierasz?-odzywa się.
-W świat.-Z uśmiechem mijam go.
-Wrócisz?-Pyta z nadzieją w głosie.
-Nie wiem, tam gdzie wiatr mnie ze sobą zabierze tam będę i zostanę na kilka dób.-Odpowiadam. Goni za mną.
-A nie możesz tu zamieszkać ze mną?-Stajemy na przystanku.
-Od razu ci powiedziałam, że chcę być niczyja, swoja.-Szczerzę się w przeciwnieństwie do niego. Li się smuci. Podjeżdża pierwszy pojazd.-Ej! Nie płacz.-Ocieram jego łzy.-Uwolnij się od miasta i podążaj za słońcem.-Delikatnie go całuję i ruszam w świat...






Hejka! Wiem, że dzisiaj już nie miało być nic, ale zdążyłam napisać to tak na szybkiego ^^ Mam nadzieję, że się spodoba ;3 To do usłyszenia w niedzielę <3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

I can't find this feeling 6



Odłożyłem świstek. Byłem bezradny. Oczywiście, nie zamierzałem rozpowiadać. Zastanawiało mnie czemu tak bardzo zależy jej na dyskrecji. Nie ogarniałem tej laski. Bez żartów. Nie pozostało mi nic jak spełnić jej prośbę, przecież nie miałem prawa zmuszać jej do czegokolwiek. Jednakże zamierzałem odkryć to co leżało jej na sercu, gdyż wszystko na to wskazywało. Miałem dziwne wrażenie, że to nie coś lekkiego do zniesienia. Czułem, że to coś co rzeczywiście poważnego. Wziąłem kąpiel i ubrałem się. Ogółem ogarnąłem się. Ponownie miałem wolne. Ruszyłem do siostry. Tego co tam zastałem śmiało nazwać można niespodziewanym...
***
Po pierwsze całowała się na kolanach Lou właśnie z nim. Stanąłem jak wryty. Powiedzmy, że odessali się od siebie.
-Zayn?-Szok mojej siostry objawił się wyraźnie. Wstała i postawiła kilka nerwowych kroków w moim kierunku, podobnie jak jej towarzysz, a mój kumpel.-To nie...
-Przestań.-Przerwałem jej.-Ważne jest tylko to, żeby cię nie skrzywdził, bo nie podaruję.-Pogroziłem Tomlinson'owi pięścią, ale z uśmiechem. Objął pewnie Al i musnął jej polik.
-Kocham cię bracki.-Rzuciła mi się na szyję i "ukochała". 
-Jasne, jasne.-Rzuciłem przybijając sobie męską piątkę z brunetem.-Koni jest u siebie?-zapytałem już kierując się do jej pokoju. 
-Myślałam, że spała u ciebie.-Zatrzymałem się.
-Jeszcze nie wróciła?-Mój głos drżał.
-Nie widziałam jej.-Moja sis wzruszyła ramionami. Serce zaczęło bić mi mocniej. Przez głowę przebiegło milion czarnych myśli. A jeżeli ten psychol znów ją dopadł? Jeśli coś się jej stało?!-Takie przykłady mogę podać bez cenzury. Szybko wbiegłem do jej sypialni. Rzeczywiście nie było jej. Wystrzeliłem z mieszkania Alby nie zwracając uwagi na jej pytania, krzyki i wołania. Złapałem za komórkę. Nie odbierała. Pozostało mi tylko jej szukać. Sprawdziłem na początku poboczne uliczki i opuszczone miejsca. Później przyszedł czas na jej pracę, centrum i osiedla zaludnione przez bogaczy. Nigdzie jej nie było. Cały się trząsłem. Już nie miałem pomysłów. Nie daleko mi do płaczu pozostało, gdy jedna lokalizacja wpadła mi. Nie zastanawiając się długo ruszyłem. Miałem nadzieję, że nareszcie ją znajdę. Lecz trafiło na najbardziej zapełnione miejsce w Sydney. Przeszedłem całą plażę. Wszędzie tylko opalający się lub grający w siatkówkę, brak mojej Koni. Zaraz...Mojej?...Nieważne. Bezsilnie opadłem na piasek tyłem do wody. Spojrzałem na klify przede mną. Dostrzegłem tam ją. Jak najprędzej podniosłem się i pobiegłem w kierunku, można powiedzieć, wejścia. Po wspinaczce powoli podszedłem do siedzącej na skraju wzgórza dziewczyny. Wpatrywała się w przestań przed nią. Właściwe skierowana była do mnie bokiem. Nie zauważyła mnie dopóki nie zająłem miejsca obok.
-Co tu robisz?-Odezwała się jako pierwsza. 
-Szukam cię od rana.-Odpowiedziałem.-A co ty tu robisz?-Powtórzyłem po niej. Zamilkła na chwilę nadal nie spuszczając oka z punktu, który przyciągał jej uwagę.
-Tu przychodzę kiedy mam coś do przemyślenia.-Odrzekła.-Niepotrzebnie się trudziłeś, nic mi nie jest.-Mimo, iż mówiła spokojnie w jej tonie wyczuwałem drgania. Całe ciało blondi pokryte było ciarkami. 
-Martwiłem się.-Rzekłem.
-Nie masz o co. Nic mi nie jest.-Za wszelką cenę wypierała moje obawy. Naprawdę, niedorzecznie reagowała na gwałt. Przecież ktoś ją wykorzystał. Nie chciałem, aby odbierała sobie życie lub wpadała w depresję. Po prostu, aby odreagować i zapomnieć musiała się wypłakać, wyładować emocje. Cały chodziłem od jej zachowania. 
-Nie boisz się?-Rzuciłem.
-Prosiłam cię, abyś więcej o tym nie mówił.-Po raz pierwszy wtedy spojrzała w moje oczy. 
-Dobrze. Przepraszam.-Spuściłem głowę.-Czemu nie poszłaś się przebrać i ogółem ogarnąć tylko siedzisz w moich rzeczach?-Postanowiłem zmienić temat. Znów ta cisza z jej strony. Oddychała powoli, jakby starała się uspokoić. Martwiłem się już nawet o końcówkę jej włosów. Pochłonęła całe moje myśli, moje troski. Nie umiałem się od niej odciągnąć. 
-Byłam u Al, ale zajęta była Lou. Nie chciałam im przeszkadzać. Po za tym chciałam pobyć sama.-Wyszeptała odchylając głowę z zamkniętymi oczami. W tamtej chwili miałem ochotę zabić siostrę. Nie wiem czemu. Obawiałem się choć na moment zostawić Koni samą, może dlatego. Przez jej lizanie się z Louis'em naraziła swoją lokatorkę, a mój cały św...Stop! 
-Wybacz.-Znów na mnie zerknęła.
-Za co?-Nie zrozumiała. Chyba była ciekawa. 






Hejka! No więc tak, dzisiaj jadę do babci i dziadka, czyli bezludzie. Bez żartów to na wsi i nie ma tam zbyt wiele domów, a tym bardziej zasięgu. Co wskazuje na moją przyszłą nieobecność. Raczej nie uda mi się już dzisiaj nic dodać :P Jutro na sto procent nie będzie mnie w ogóle. Zwyczajnie nie mam jak wejść, brak neta doskwiera >< Żałuję, bo walentynki i wgl :3 No nic, będę nadrabiać w niedzielę wieczorem, gdyż jak domyślacie się muszę odrobić lekcje, bo całe ferie nie chciało mi się XD No nic...To do napisania (?) w niedziele ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

Little Sweet Angel 39

-Widzisz?-Lekko klepnęłam go w klatkę piersiową.-Zależy mu, abyś został ze mną. Wszyscy cię polubili. Poważnie.-Musnęłam jego wargi.-I już więcej mnie nie strasz i nie przeżywaj, bo zejďę przez ciebie.-Wtuliłam się w niego mocniej.
-Myślisz?-Dopytał.
-Ja to wiem.-Wspólnie się zaśmialiśmy.
-Kocham cię.-Wpił się w moje usta i podniósł się tak, że górował nade mną trzymając ręce po obu stronach mojego ciała. Wiedziałam do czego zmierza.
-Ej, rodzice dwa pokoje dalej.-Lekko go od siebie odsunęłam.
-Od kiedy jesteś taka grzeczna? Tchórzysz?-Zaszydził ze mnie.
-Ja? Nigdy.-Złapałam go brutalnie za koszulkę i przyciągnęłam do siebie...
***
Leżałam na nagim torsie Hazz'y i malowałam różne wzroki na klatce piersiowej lokatego. Blask słońca już bił w szyby. Misiek bawił się moimi włosami pozostając w milczeniu. Nagle do pokoju wpadł Luke z ekipą. Zaczęli rozchodzić się po sypialni.
-Wstajemy! Wstajemy! Dzieńdoberek!-krzyczeli. Doskonale, ja w bieliźnie, Harry w bokserkach. Przykryłam się bardziej.
-Luke!-Warknęłam na brata.-Czy ty musisz zawsze...?!-Podniosłam się do pozycji siedzącej kiedy się do mnie zbliżał.-Zostaw mnie!-Wyrywałam się kiedy wziął mnie na ręce jak pan młody.-Puszczaj!-Nareszcie przy wyjściu z pomieszczenia, udało mi się. Stanęłam twarzą do niego, a tyłem do reszty.-Zabiję cię.-Uderzyłam go w ramię z całej siły.
-Za co?-Śmiał się.
-Za to, że stoję przed tobą i wszystkimi w staniku i gaciach?-Bardziej zapytałam niż stwierdziłam.
-Bo to pierwszy raz.-Zaszydził.
-Haha.-Wydukałam. 
-Michell?-Usłyszałam głos Michael'a. Odwróciłam się. Wraz z Ash'em i Calum'em stali w rzędzie bardzo blisko mnie i z zaniepokojeniem się mi przyglądali.
-Co?-Poczułam jak bracki zgarnia włosy z mojego karku. Już wiedziałam. Blizny. Pełno blizn na plecach. Zauważyli. Zapomniałam. Znów ustawiłam się tak by spojrzeć na blondyna.
-Co to jest?-Drżącym tonem się odezwał.
-Nic.-Odparłam ze łzami w oczach.
-Michi.-Surowo na mnie luknął.
-Nie chcę o tym rozmawiać.-Złapałam za bluzę zielonookiego i wraz z nią wyminęłam chłopaków w progu. Uciekłam płacząc. Mieli tego nigdy nie ujrzeć. To nie tak miało być. Schowałam się tam gdzie zawsze. Łkałam bezgłośnie. Łzy zwyczajnie skapywały na podłogę, na której siedziałam z podkulonymi pod brodę nogami. Nagle panele się odsunęły. Moim oczom ukazał się Luke.-Jeżeli chcesz, abym ci to wyjaśniła to możesz wyjść.-Otarłam poliki. Zasunął płytę i zajął miejsce obok obejmując mnie.
-Nie chcę.-Zmusił mnie do ułożenia głowy na jego ramieniu. Głaskał mnie na przemian z całowaniem mego czoła.-Powiedz mi tylko czy to Hazz.-Odezwał się po dłuższej chwili milczenia.
-Oszalałeś?-Pociągnęłam nosem.-To nie on.-Dodałam.-To Rich. Sprawił mi wiele bólu, o którym nie chcę pamiętać. Nie mam zamiaru wszystkiego ci opowiadać. To za trudne przypominać to sobie po raz kolejny. Wycierpiałam się, żałuję i wiem, że już nigdy nie postawię życia na jedną kartę. Teraz jestem szczęśliwa i to powinno ci wystarczyć.-No jak zwykle i tak mu się wygadałam. Co poradzić? W końcu to mój najlepszy przyjaciel, którego nikt nie był w stanie mi zastąpić. 
-Wystarcza. Nie pragnę, abyś robiła cokolwiek wbrew sobie i znów przechodziła przez tą udrękę.-Wyszeptał.-Przepraszam. Po prostu, gdy to zobaczyłem...-Zaciął się. Podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy, które szkliły się.-Zamarłem. Nawet nie wiesz jak to ciężki widok u osoby, którą kochasz nad życie.-Lekko się uśmiechnął.
-To nie boli, to tylko...Pamiątka, przypomnienie o tym by nie popełnić już więcej tego samego błędu. Ostrzeżenie. Przestroga. Nie martw się. Uwierz, ja kocham cię o wiele bardziej.-Wyrecytowałam...











Hejka! Oto kolejny rozdział :) Mam nadzieję, że niezły. 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*
P.S. Przypominam o tym, że na mystery1directionff.blogspot.com NOWY ROZDZIAŁ! 

czwartek, 12 lutego 2015

Imagin Zayn

Czy pasja może zawładnąć człowiekiem? Oczywiście, że tak. Dla mnie, od 3 roku życia, nie liczyło się nic poza baletem. Nie chodziłam do szkoły, uczyłam się w domu. Brak znajomych, prócz tych z grupy z akademii tańca, dawał mi się we znaki. Ogółem oddychałam treningami. Właśnie moja kariera nabierała rozpędu. Miałam dostać główną rolę, dostać się do wymarzonej szkoły tanecznej. Wzzystko układało się wręcz idealnie, ale oczywiście nic nie trwa wiecznie. W wieku osiemnastu lat rozbiłam się autem o drugi pojazd. Miałam połamane trzy żebra i nogę, do tego masa zadrapań skutkujących bliznami. Nie posiadałam możliwości kontynuacji rozwoju. Można śmiało stwierdzić, iż świat runął mi w gruzach. Załamałam się otrzymując wiadomość, iż nie zatańczę przez minimum cztery lata. Potrzebowałam rehabilitacji w trybie natychmiastowym. Mimo to czułam, że to koniec. Po kuracji miałabym dwadzieściadwa lata, co praktycznie naprowadzało na tor "emerytura". Ciężko było się z tym pogodzić, w sumie to nie udało mi się. Postanowiłam, że zawalczę. W bardzo krótkim przeciągu czasu przerobiłam mnóstwo rehabilitantów, żaden nie potrafił mnie zadowolić. A to stary i nie mógł do mnie dojeżdżać, drugiemu za mała płaca, kolejnemu brak doświadczenia. Powoli zaczęłam w siebie wątpić, w to czy dam radę. Pozostał mi tylko jeden kandydant. Kulejąc pomknęłam otworzyć drzwi do, których ktoś się dobijał. Przede mną stał nieco ode mnie wyższy Mulat z wielką torbą w ręce. Bardzo przystojny.-Natychmiast w myślach stwierdziłam.
-Witam.-Przywitałam się. Wydawał się nieco zdzwiony podając mi dłoń.-Czy coś nie tak?-zapytałam. Uśmiechnął się delikatnie.
-Nie, po prostu myślałem, że będziesz siwiuteńką kobietką po siedemdziesiątce z problemami z kręgosłpem, jakie zazwyczaj "odwiedzam".-Rozbawił mnie.
-Rozumiem. Wchodź.-Odsunęłam się by mógł wkroczyć do środka. Zostawił torbę w przedpokoju i pomógł mi dotrzeć do salonu.-Dzięki.-odezwałam się, gdy już usadowiłam się na sofie, a on na fotelu obok.-Tak w ogóle to mam na imię...
-(T.I.)-dokończył za mnie z szerokim uśmiechem, dla którego już wtedy byłam w stanie zabić.-Zayn.-Ucałował mą rękę nie spuszczając ze mnie wzroku. Zauroczył mnie  nie powiem.
-Miło mi.-Zachichotałam.
-Mi również.-Puścił mi oczko.-Opowiadaj. Jak to jest z tą twoją kulawą?-Zażartował.
-Miałam mały wypadek i jestem po zdjęciu gipsu. Potrzebuję natychmiasyowej pomocy, gdyż chcę jeszcze zatańczyć w tym sezonie. Tu proszę wszystkie zapiski lekarza natemat kontuzji.-Podstawiłam mu pod nos stos kartek. Obejrzał je.
-Mały wypadek?-Parsknął przedstawiając mój rendgen.
-Może nie taki mały, ale...-Skrzywiłam się.
-Posłuchaj. Mogę ci od razu powiedzieć, że ten sezon musisz sobie odpuścić. Gdyż, po pierwsze, podczas ruchu możesz nabawić się czegoś paskudniejszego i już więcej nie postawić stopy na scenie...I po drugie, nie tylko tańcem żyjesz.-Dotknął mojego uda.
-A jednak...-Spuściłam głowę.-Kiedy nie ma się rodziny, przyjaciół i innej pasji, liczy się to co kochasz, a ja nic prócz baletu do kochania nie mam.-Wyrecytowałam smutno. Złapał za mój podbródek i zajrzał głeboko w moje źrenice.
-Postaram się to zmienić.-Szerość biła z niego. Może to dziwne, ale uwierzyłam chłopakowi.
Spotykałam się z Zaz'ą każdego dnia. Pomagał mi. Okazał się, nie dosyć efektywnym rehabilitantem, jak i świetnym facetem. Zaprzyjaźniłam się z Zayn'em. Po roku ćwiczeń mogłam wrócić do trenigów. Lecz, gdy tylko weszłam na salę...Cała ta euforia, pasja, ze mnie spłynęła. Nie czułam już tej mięty. Nie chciałam tego. Doszło do mnie, że tak naprawdę nigdy tego nie kochałam. Wyszłam z tamąd i już nigdy nie wróciłam ryzykując przyszłe życie, które potoczyło się zupełnie inaczej niż mogłam przypuszczać. Rzeczywiście, pokochałam coś, a właściwie to kogoś, o wiele bardziej i nie żałuję. Przecież nie samą pasją żyjemy. Napotkajmy jeszcze emocje, polecam ;)...




Hejka! Jest 1 w nocy, a mnie natchnęło ^^ Mam nadzieję, że się spodoba ;3 Piszcie ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

Imagin Harry

Nikt mi nie powie, że nie prawdą jest, iż kobiety mają cięższe życie niż mężczyźni. Można to stwierdzić łatwo na moim przykładzie.
Wstałam z samego rana. Właśnie tego dnia miałam przyjąć mamę Harold'a po raz pierwszy. Oczywiście mój ukochany jeszcze smacznie sobie spał. Wzięłam szybką kąpiel. Związałam włosy w kok i ubrałam się w dres. Poodkurzałam, umyłam podłogę, pozmywałam, starłam kurze, wypucowałam szyby, pościeliłam łóżka w pokojach i ogółem wyczyściłam mieszkanie na błysk. Zabrałam się za gotowanie. Wszystko wydawało się ogarnięte, kiedy to królewicz nie wkroczył to kuchni z pretensjami.
-Hej kochanie.-Pocałował mnie w szyję obejmując mnie w tali, podczas gdy stałam do niego tyłem.-Gdzie śniadanie?-zapytał oczywiście nie zwracając uwagi na moje zmęczenie. 
-Zrób sobie sam, nie mogę teraz, szykuję jedzenie na obiad.-Odpowiedziałam spokojnie.
-Co? Boże, rzeczywiście taka ciężka praca przygotować mi płatki albo kanapki?Żebyś się nie przemęczyła tym gotowaniem makaronu. Rączki by ci nie odpadły.-Złośliwie wyrecytował odchodząc ode mnie. Myślałam, że się przesłyszałam. Odwróciłam się do niego przodem.
-Ty sobie jaja robisz?-Już wściekła się skrzywiłam.
-Nie. Nic by ci się nie stało, gdybyś podała mi czasami śniadanie do łóżka.-Nie, no w tamtym momencie zwyczajnie przegiął. Zdjęłam z siebie fartuch i rzuciłam w niego.
-A tobie nic by się nie stało gdybyś ruszył czasami dupę i pomógł mi! W ogóle to myślisz? Od rana do nocy pracuję w robocie i tutaj. Muszę wszystko ogarniać, podczas gdy książę z bajki przychodzi i z piwskiem w łapie ogląda mecz! Jesteś psychiczny! Wstałam o piątej rano i zapieprzam tak od tamtej pory, kiedy ty chrapiesz w ciepłej pościeli! Jestem dla ciebie niczym więcej jak sprzątaczką i kucharką! Nie szanujesz mojej pracy i jeszcze masz czelność bulwersować się brakiem śniadania?! Mam tego dość! Sam ugotuj i zajmij się swoją mamą! Nie mam ochoty harować na takiego pasożyta jakim jesteś ty!-Wykrzyczałam to co już dawno powinnam i pobiegłam do sypialni. Najlepsze jest to, że łóżko nadal oczekiwało ogarnięcia. Ponieważ Wielki Lord nie mógł narzucić kołdry na poduszkę, no przecież. Walnęłam się na materac i zaczęłam płakać z bezsilności. Nie wytrzymałabym dłużej w takim środowisku, z taką fleją. Dotarło to do mnie, w końcu. Po chwili namysłu stwierdziłam, że nie będę histeryzować przez to. Otarłam poliki i poszłam do łazienki. Poprawiłam swój wygląd i spakowałam kosmetyki do torby. Później zapełniłam walizkę ubraniami. Przebrałam się jeszcze tylko i zasunęłam pakunek stawiając go do pionu. Wyszłam z pokoju. Zastałam odstawionego od stóp do głów Harold'a. Nie powiem, zatkało mnie. W dłoniach trzymał bukiet białych, moich ulubionych, róż. Wyglądał powalająco. Zbliżył się do mnie na odległość kilku milimetrów. Wykorzystał moje osłupienie i delikatnie musnął moje usta.
-Wybaczysz mi? Wiem, że jestem głupi i nie doceniałem cię wcześniej. Obiecuję, że się zmienię. Odwołałem wizytę matki i mam zamiar zabrać cię na obiad do twojej ulubionej restauracji. Przyrzekam, że się zmienię.-Patrzał na mnie tymi swoimi cudownymi zielonkami, w których od zawsze tonęłam i miękły mi kolana. 
Panie, powiedzcie szczerze kto by nie wybaczył? Kocham tego głupka nad życie i nie potrafię nie przyjąć przeprosin. Może i harujemy jak woły, ale mamy z tego satysfakcję, no i wynagradza nam się to w takich skarbach jakim jest mój Hazz. Co do tego czy się zmienił...Jego wykonanie prac domowych pozostawia wiele do życzenia, ale rzeczywiście, stara się, docenia i pomaga. Warto było się pokłócić, a zgoda to już w
ogóle mnie zadowoliła ;) ...



Hejka! To taki imagin na luzie ;) Mam nadzieję, że się spodoba. Przyznam, że zainspirowałam się pewnym wydarzeniem pomiędzy moimi rodzicami XD Ale, aż do wyprowadzki ze strony macochy i garniaka ze strony taty nie było, ale coś w tym temacie :)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*
P.S. Na mystery1directionff.blogspot.com NOWY ROZDZIAŁ!!!

Girl on the show 16

Zerwałam się i pobiegłam za pojazdem jak najdyskretniej. Niestety w pewnej chwili straciłam z oczu auto. Nie poddałam się. Zaczęłam krążyć po okolicy. Wiele godzin mijało, a ja z każdą kolejną czułam, że go tracę. Kiedy już, po zmroku, szukałam schronienia zauważyłam podobny budynek do tego u nas. Bingo!-Pomyślałam...
***
Wzięłam głęboki oddech. Zdawałam sobie sprawę, że to może być moja ostatnia szansa. Zmuszona byłam znaleźć inne niż główne wejście. Rzuciłam swój pakunek gdzieś w bok i zaczęłam szukać. Zauważyłam uchylony lufcik przy podłodze. Ta głodówka się opłaciła, bez problemu udało mi się wejść do środka. Piwnica. Przemknęłam cały długi korytarz w podziemiu. Na ścianach wisiały pojedyncze lampy, co wskazywało na to, iż nie jest to miejsce nieodwiedzane. Nagle usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Zamarłam na chwilę i w panice wskoczyłam w jakieś zagłębienie w ścianie, coś na kształt okna. Skuliłam się. Obok przeszły głosy dwóch mężczyzn. Jeden z nich był mi znajomy. Zayn.-pomyślałam. Wtedy już pewnie stwierdzałam, że dobrze trafiłam. Kiedy zniknęli za jednymi z wielu par barier metalowych wyszłam z kryjówki. Postanowiłam wyjść z piwnicy, ale co moment ktoś zmuszał mnie swoją obecnością do schowania się. Nareszcie się doczekałam. Udało mi się dotrzeć do wielkich drzwi, wykonanych z najprawdopodobniej, stali. Wnętrze mieniło się w odcieniach zieleni oraz bordowego. Meble były bardzo stare w ciemnobrązowych kolorach. Wszędzie bibeloty, długie zasłony, piękne filary i ramy. Ogółem nie wyglądało to na budynek gdzie się spiskuje. Lecz od czego jest pojęcie kamuflaż. Co moment gdzieś przechodził jakiś mięśniak, więc kryłam się za wszystkim co napotkałam na drodze. Właściwie to nie wiedziałam czego szukałam. Nie miałam pojęcia jak znaleźć Lou. W pewnej chwili znalazłam się, chyba, w salonie. Rozejrzałam się. Nikogo nie było, jak myślałam. Ledwie postawiłam kilka kroków, a poczułam jak lecę ku górze. Czemu? Bo jakiś ogr złapał mnie za bluzkę i uniósł nad ziemię.
-Zostaw mnie!!!Puszczaj psychopato! Odwal się!-darłam się wniebogłosy. Wierzgałam, ale jego siła przeważała.
-No laluniu, tu nie centrum handlowe. Tu się nie wchodzi od tak.-Zaszydził ze mnie. Przerzucił mnie sobie przez ramię i już niósł mnie w kierunku drzwi do podziemia, kiedy przypomniało mi się coś z jeden lekcji samoobrony od Li, kiedy byliśmy jeszcze mali. Ścisnęłam miejsce pomiędzy jego ramieniem, a szyją jak najmocniej. Miałam nadzieję, że się uda. Nie zdążył nawet nic powiedzieć. Zwyczajnie runął na podłogę razem ze mną. Wstałam i spojrzałam na nieprzytomnego napastnika.:
-Oby żył.-westchnęłam. Niespodziewanie ktoś zasłonił mi usta i jednak zaciągnął do piwnicy. Już nie udało mi się wyrwać. Jednakże tajemniczy "porywacz" wepchnął mnie do innego pomieszczenia. Jedyne co się w nim znajdowało to okrągły stół, wokół którego siedzieli sami obleśni faceci, a po środku nad nią widząca zielona lampa z widoczną żarówką. Brakowało kogoś, gdyż jedno miejsce było wolne. Przygotowywali się do gry w pokera popijając alkohol. Wszystkie pary oczu skierowały się na mnie.
-Jest wasza.-Gościu za mną odezwał się i zatrzasnął za sobą drzwi. Bałam się. Na ich twarzach pojawiły się cwane uśmieszki. Zaczęli mnie obłapiać. Nie potrafiłam się obronić, to niewykonalne przy tylu mężczyznach większych, o wiele, od siebie. Łzy leciały po moich polikach jak krople deszczu po szybach. Już traciłam ubrania z ciała, kiedy ktoś wpadł do pokoju.Wszyscy się zatrzymali. W tym czasie założyłam ramiączka bluzy z powrotem na ich miejsce na mnie. Otarłam oczy i zerknęłam zrozpaczona na "gościa". T-O   L-O-U-I-S-!-!-!...








Hejka! Oto kolejny rozdział :) Mam nadzieję, że się spodoba :3 Jak myślicie co się teraz wydarzy? Piszcie ;) Jestem ciekawa :D
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

środa, 11 lutego 2015

I can't find this feeling 5

 Serce mi się krajało widząc jak cierpi. Nie mogłem sobie wyobrazić jak bardzo ją skrzywdził, w sumie nawet nie chciałem. Na samą myśl co jej zrobił przechodził mnie dreszcz.  Zdawałem sobie sprawę, że to będzie dla niej rana na całe życie. To wszystko moja wina!-Karciłem się w myślach. Jej rozpacz nie ustawała. Nie dziwiłem się. Jak on mógł to zrobić?! Tak niewinnej i delikatnej osóbce. To było straszne, okropne. Obiecałem sobie coś-"Znajdę go i zemszczę się, choćby najbrutalniejszą karą."...
***
-Ciii...Koni. Wszystko będzie dobrze...-Starałem się ją  uspokoić.
-Musi być.-Zatkało mnie. Przestała. Otarła twarz i odsunęła się by spojrzeć mi w oczy. Uśmiechnęła się delikatnie. Nie mogłem uwierzyć.-Mogę dzisiaj zanocować u ciebie? Nie chcę żeby widziała mnie w takim stanie.-Zapytała wstydliwe. Byłem w takim szoku, że ledwo docierały do mnie jej słowa.  Zawsze myślałem, że dziewczyny muszą wygadać się sobie nawzajem. Ale nie chciałem naciskać.
-J...jasne.-jęknąłem. Dezorientacja dawała mi się we znaki. Kiwnęła głową i spuściła wzrok. Ruszyła przodem, ja za nią.-Koni?-Odwróciła się do mnie twarzą.-Moje mieszkanie jest w tamtą stronę.-Poinstruowałem ją. Zgodnie z moją wskazówką zmieniła kierunek chodu. Objąłem ją i zaprowadziłem do siebie. Nie zamieniliśmy słowa podczas "spaceru". Wydawała się taka zamyślona. Co się dziwić? Nie rozumiałem już nic. Byłem wściekły, zrozpaczony, współczułem. Jednym słowem zmieszany. Aż mnie nosiło aby znaleźć tego sukinsyna i uciąć mu "jego dumę". Zdawałem sobie jednak sprawę, że muszę dla K zachować spokój. Gdybym jeszcze ja zaczął fiksować, ogółem by się załamała. Wprowadziłem blondynkę do swojego mieszkania. Nadal obejmowała sama siebie. Jednakże jej twarz nie wyrażała określonej emocji. Szok także nade mną władał. Przecież to niespotykane kiedy dziewczyna po takich przeżyciach nie okazuje nic związanego z rozpaczą. Nie miałem zamiaru jej tego wytykać, gdyż to nie ode mnie zależało.-Chodź, zaprowadzę cię do łazienki.-Tak zrobiłem. W czasie kiedy brała prysznic przygotowałem łóżko w swojej sypialni. Miałem zamiar spać w salonie. Wyszła w rzeczach, które jej pożyczyłem. To znaczy w krótkich koszykarskich spodniach i białej koszulce z Nike. Jak można się domyślić nie była uśmiechnięta, ale szczególnego smutku nie zauważyłem. Nadal w głowie siedział mi ten psychol, który tak ją skrzywdził. Gdy już leżała u mnie w łóżku, opadłem na sofę w salonie. Rozmyślałem. Szczerze to wściekłość mnie roznosiła. Sam już nie wiem czy chodziło o niego, czy o to, że mogłem pomóc, a jestem idiotą i nie zdążyłem. Niszczyłem wszystko co napotkałem na drodze podczas krążenia po pokoju. Miałem ochotę odebrać sobie życie. W sumie to nie wiedziałem dlaczego. Przecież znałem Koni od zaledwie kilku dni. W życiu nie spotkałem się z czymś takim.-W ten sposób to sobie wyjaśniłem. Lecz pewien tej racji nie mogłem być. Wreszcie zmęczyłem się tym nabuzowaniem i ległem się. Nie miałem sił.
Obudził mnie trzask za oknem. Byłem wyczerpany. Pół nocy przewracałem się z boku na bok śniąc o tym jakim to nie jestem debilem i ciotą. Podniosłem się do pozycji siedzącej i przetarłem twarz dłońmi. Westchnąłem głośno i zerwałem się. Postanowiłem zajrzeć do blondi. Uchyliłem lekko drzwi. Nie było jej. Na łóżku leżała tylko kartka. Ująłem ją w dłonie i przeczytałem:

"Dzień dobry. Zbudziłem się wcześniej i nie miałam zamiaru przerywać ci wizyty u Morfeusza. Wróciłam do Alby. Proszę cię, nie mówmy już o wczorajszym zajściu. Nie chcę tego rozpamiętywać. Wolę zapomnieć. I reszta nie może się dowiedzieć. Błagam nie zdradzaj tego sekretu. 
                                                                                                   Koni.  
                                                                                                                                                      XoXo."
Odłożyłem świstek. Byłem bezradny. Oczywiście, nie zamierzałem rozpowiadać. Zastanawiało mnie czemu tak bardzo zależy jej na dyskrecji. Nie ogarniałem tej laski. Bez żartów. Nie pozostało mi nic jak spełnić jej prośbę, przecież nie miałem prawa zmuszać jej do czegokolwiek. Jednakże zamierzałem odkryć to co leżało jej na sercu, gdyż wszystko na to wskazywało. Miałem dziwne wrażenie, że to nie coś lekkiego do zniesienia. Czułem, że to coś co rzeczywiście poważnego. Wziąłem kąpiel i ubrałem się. Ogółem ogarnąłem się. Ponownie miałem wolne. Ruszyłem do siostry. Tego co tam zastałem śmiało nazwać można niespodziewanym...









Hejka! Oto kolejny rozdziałek. Przepraszam, że późno, ale byłam na łyżwach poza miastem i nie miałam czasu ani możliwości dodać cokolwiek... Nie gryźcie ;) Mam nadzieję, że się spodoba ^^ Jak myślicie o co cho Koni? Piszcie ;) 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

wtorek, 10 lutego 2015

Little Sweet Angel 38

 Kiedy już leżeliśmy wykąpani i czyściutcy obok siebie w łóżku "uderzyłam".
-Kochanie, mogę cię o coś zapytać?-Zbliżyłam się jeszcze bardziej niż mnie "miał".
-Oczywiście.-Zgodził się.
-Dlaczego jesteś taki zmartwiony, nieobecny? Coś się stało?-Zapadła długa chwila milczenia. Jego puls drastycznie wzrósł. Zaczęłam obawiać się odpowiedzi.
***
Oczekiwałam w napięciu. Spodziewałam się wszystkiego, ale tego co powiedział...
-No, bo mam wrażenie, że twoi bliscy nie za bardzo mnie polubili.-W tamtym momencie moja psychika leżała rozbita o bruk. Myślałam, że trzepnę mu w tą lokatą łepetynę.-Bardzo się cieszę, że wam się udało dogadać, ale obawiam się czy twoja rodzina mnie zaakceptuje.-Zamilkłam. Chciałam się uspokoić, żeby mu nie przyłożyć. Ja się o niego martwię a on z takim tekstem...
-Czy ty chcesz żebym na zawał padła?-warknęłam.-Ja już tu czarne scenariusze piszę. A ty z takimi?-Mimo, że byłam na niego zła, to z drugiej strony cieszyłam się, że to nic poważnego. Nie odpowiedział. Ogarnęłam się trochę.-Po pierwsze, to nie prawda. Bardzo spodobałeś się dziadkom, a buni to już w ogóle.-Zachihotałam i pocałowałam go delikatnie.-Mama jest zauroczona toba. Luke i reszta "bractwa"także. Ojciec może tego nie okazuje, ale też cię polubił. Właśnie co ci tam porozprawiał o mnie na boku? Wiesz jest taki służbowy, zachwuje się jak nie miałby serca, więc musi se pogadać.-Zaśmiałam się.
-Nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo on cię kocha. Ma serce, uwierz. Szczerze, to nie była to rozmowa polegająca na straszeniu mnie. Mówił, że jego córki, to jego największe skarby, królewny, duma. I, że nie wybaczyłby sobie gdyby pozwolił komuś je skrzywdzić. Prosił, abym nigdy nie sprawił ci bólu i opiekował się jak najlepiej potrafię. Pytał czy jestem pewien, czy jestem gotów, czy znaczysz dla mnie cały świat. Twój tata nie wyobraża sobie życia bez was. Twierdzi, że Luke jest jego pierworodnym, ale to nie to samo co posiadanie takiego cuda jakim jesteście dla niego wy, więc nie troszczy się tak o niego. Uważa, że wychował go w taki sposób, że nie musi się martwić jak poradzi sobie z życiem, przecież jest mężczyzną i nikt nie może skrzywdzić go tak jak was. Myśli, że wpoił mu to jak powinno traktować się kobiety. Chciałby, abyście znalazły ideały. Jest to naprawdę świetny mężczyzna, może nie okazuje tego tak hucznie, ale nie ma dla niego nic ważniejszego niż rodzina.-wyrecytował mój ukochany.
Zaskoczył mnie. Nie wiedziałam o tym wszystkim.
-Nigdy nam tego nie wyznawał.-stwierdziłam.
-Gdyż, nie do kńca potrafi.-wyjaśnił Harold.
-W życiu nie postrzegałam go w ren sposób.-Mije serce biło jak oszalałe.-Widzisz?-Lekko klepnęłam go w klatkę piersiową.-Zależy mu, abyś został ze mną. Wszyscy cię polubili. Poważnie.-Musnęłam jego wargi.-I już więcej mnie nie strasz i nie przeżywaj, bo zejďę przez ciebie.-Wtuliłam się w niego mocniej.
-Myślisz?-Dopytał.
-Ja to wiem.-Wspólnie się zaśmialiśmy.
-Kocham cię.-Wpił się w moje usta i podniósł się tak, że górował nade mną trzymając ręce po obu stronach mojego ciała. Wiedziałam do czego zmierza.
-Ej, rodzice dwa pokoje dalej.-Lekko go od siebie odsunęłam.
-Od kiedy jesteś taka grzeczna? Tchórzysz?-Zaszydził ze mnie.
-Ja? Nigdy.-Złapałam go brutalnie za koszulke i przyciągnęłam do siebie...





Hejka! Oto kolejny rozdział. Jak się podoba? Myśleliście, że to coś tak poważnego ;D?
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

Girl on the show 15

 Nie miałam zamiaru go puszczać. W pewnym momencie usiedliśmy na ziemi. Właściwie to ja na jego kolanach.
Obudziłam się...U siebie w mieszkaniu. Tam gdzie spałam zanim mnie "porwano". Zaczęłam się rozglądać. Jeszcze kilka dób wcześniej byłam w stanie poświęcić czyjeś życie do trafienia tam. A wtedy kompletnie mnie to załamało Nie mogłam uwierzyć...
***

Zostawił mnie. Wstałam i wybiegłam z pokoju już ze łzami w oczach. Byłam u siebie, sama. Zostawił mnie, ale ja nie zamierzałam zostawić go. Jak najszybciej, nadal płacząc, wzięłam prysznic. Wysuszyłam ciało i włosy, które pospiesznie splotłam w koński ogon. Ubrałam bieliznę i coś wygodnego. W niecałe kilkanaście minut dobiegłam pod ten budynek. Zatrzymałam się pod drzwiami. Były zamknięte, dobijałam się z całych sił. Nikt nie otwierał. Cofnęłam się kilka kroków i zza łez ledwo dostrzegłam otwarte na pierwszym piętrze okno. Nie miałam wyboru. Wspięłam się po rynnie. Zaczęłam przesuwać się po cienkim parapecie wzdłuż "akademika". Wiele razu o włos nie spadłam. Nareszcie weszłam do środka. Jak się okazało znalazłam się w swoim pokoju. Wybiegłam na korytarz. Wpadłam do sypialni Lou. Pusto, dosłownie. Nie było ubrań, rzeczy. Zostały tylko meble. Nigdzie ani żywej duszy. Ostatnie zostało pomieszczenie gdzie spał mój brat. Traciłam siły. Opadłam na jego łóżko łkając w poduszkę. Podnosząc się po długim czasie rozpaczy zerknęłam na stolik nocny. Dziennik, w nim zapisywał wszystko. Leżał tam. Zerwałam się i otworzyłam go na pierwszej stronie.:
"Wiem, że tu trafisz Ice, znam cię. Posłuchaj. Nie wiem co się stało pomiędzy tobą a szefem, ale wiem, że serio coś się wydarzyło, bo nigdy się tak nie zachowywał. Zarządził natychmiastowy wyjazd do innej kryjówki. Błagam cię, nie szukaj nas. Tam gdzie się wybieramy słońce wstaje tak wcześnie jak my. Proszę."
Przeczytałam. Mój Liam. Kocham go nad życie, za wszystko. Dał mi nadzieję, Od razu wiedziałam o jakie miejsce mu chodzi. Nie rozumiałam tylko czemu "Pan" przede mną uciekał. Dlaczego tak bardzo mnie nie chciał. Nie rozumiałam tego. Uspokajając się ruszyłam na dół. Wyszłam przez drzwi i udałam się do sebie. Spakowałam to co mi potrzebne do małej torby sportowej i wezwałam taksówkę. Trafiłam na lotnisko. Kupiłam bilet lotniczy w TO miejsce. Przez kolejne cztery godziny czekałam na lot, przebyłam odprawę itd. Nareszcie mój środek transportu wystartował. Nie umiałam się uspokoić. Nie histeryzowałam, ale cała się trzęsłam. Myślałam o nim, o nas, o tym co będzie dalej, jak na mnie zareaguje. W połowie podróży zaczęłam mieć obawy o to czy docieram w dobre miejsce. Może się pomyliłam? Nie, to niemożliwe. A może...-Tak rozprawiałam sama do siebie. W końcu mogłam wysiąść. Po półtorej godzinie stałam na głównym placu. Niby napisał mi jakie to będzie miejsce, ale dokładnego adresu nie znałam. Opadłam bezsilnie na ławkę znajdującą się najbliżej. Nagle do moich uszu dotarł znajomy dźwięk. Podniosłam głowę. Przed oczami mignął mi TEN samochód. To był dowód na to, iż się nie pomyliłam. Zerwałam się i pobiegłam za pojazdem jak najdyskretniej. Niestety w pewnej chwili straciłam z oczu auto. Nie poddałam się. Zaczęłam krążyć po okolicy. Wiele godzin mijało, a ja z każdą kolejną czułam, że go tracę. Kiedy już, po zmroku, szukałam schronienia zauważyłam podobny budynek do tego u nas. Bingo!-Pomyślałam...






Hejka! Wiem, niby był skończony, ale z komentarzy wynikało, że nie jesteście zadowoleni z końca. Dlatego postanowiłam napisać ciąg dalszy i dokoñczyć jakoś lepiej :) Mam nadzieję, że nie będziecie źli i spodoba się wam. 
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

poniedziałek, 9 lutego 2015

Imagin Niall

Jestem taka jaka jestem, żyje się tylko raz.-Tak brzmiało moje motto. Nikt nie był w stanie mnie zmienić.  Czy byłam zła tak o sobie? Nie, taki miałam charakter. Uwielbiałam się bawić. Alkohol, dyskoteki, bójki, wyścigi, szaleństwo, oto co kochałam. Nigdy nie byłam szarą myszką. Od zawsze wyróżniałam się z tłumu. Mieszkałam w Las Vegas, to chyba mówi samo za siebie.
Tego wieczora nie mogłam się zalać. Kolejnego dnia musiałam być w pracy, a kac raczej nie był najlepszym kompanem do ośmiogodzinnej harówy. Ubrałam swoją słodką różową mini odsłaniającą sporo mojego idealnie wykrojonego ciała. Nałożyłam na rzęsy tusz, na poliki róż, a na usta malinową szminkę. Podkręciłam włosy i pozostawiłam rozpuszczone. Na nogi nasunęłam koturny. Dobrałam czarną skórę, bransoletkę od Pandora'y i ogólnie biżuterię. Złapałam za torebkę i spakowałam co mi potrzebne. Przejrzałam się po raz ostatni w lustrze i wyszłam z domu. Jak można się domyślić mieszkałam blisko klubu. Największy w mieście. Przywitałam się z moim kumplem, ochroniarzem i zostałam wpuszczona bez kolejki. Od razu złapałam klimat. Jak zawsze zamówiłam drink i pomknęłam na parkiet zapełniony po brzegi mieniący się w odcieniach czerwieni, różu, niebieskiego oraz zieleni. Muzyka świetna, alkohol smaczny, brakowało tylko towarzystwa. Ledwo zdążyłam o tym pomyśleć a na biodrach poczułam dłonie. Odwróciłam się przodem do "napastnika". Wysoki blondyn o niebieskoch oczach. Naprawdę przysyojny. Uśmiechnęłam się i przykleiłam do niego z przyjemnością bujając się na boki. Po tańcu zabrał mnie do swojej loży.
-Hej.-przywitałam się.
-Hej. Jestem Niall.-przedstawił się.
-Nicki.-Także podałam swoją godność kiedy muskał mój polik.
-Jesteś śliczna. Wiesz?-Zaczął bawić moimi włosami.
-A ty przystojny.-Nieco się do niego zbliżyłam. Ogółem spodobał mi się. Jednakże był trochę za spokojny. Ale cóż przeciwieństwa się przyciągają. Po raz pierwszy w życiu porozmawiałam i poznałam kogoś lepiej na imprezie. Około 3 nad ranem postanowiłam wrócić do domu. Blondas odprowadził mnie i pożegnał całusem w policzek. Zasnęłam z satysfakcją. Kolejnego dnia wyszykowałam się do pracy i poszłam do niej. Po południu odebrałam wiadomość:
"Cześć. Masz ochotę się dzisiaj gdzieś się ze mną poszwędać Piękna? Xoxo."
Uśmiechnęłam się i odpisałam:
"Hejka. Oczywiście, że tak Przystojniaku. Adres znasz. Wpadnij po 20.00. :*"
Potwierdził i zakończyliśmy sms'owanie. Po robocie wróciłam do siebie i się odświeżyłam. Włosy splotłam w koński ogon. Pomalowałam się lekko jak zawsze. Ubrałam czrne rurli, zwykłą luźną białą koszulę na długi rękaw, skórzaną kurtkę z poprzedniego wieczora oraz niskie Converse pod kolor rurek. Efekt końcowy spryskałam ulubionym kwiatowym zapachem. Złapałam za torebkę i niebawe usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam i znów ujrzałam niebieskookiego. Przywitałam się z nim i ruszyliśmy. Spacerowaliśmy po Vegas co nie zdarzyło mi się nigdy wcześniej. Naprawdę miło spędzałam z nim czas. Wcześniej myślałam, że trzeba imorezy do dobrej zabawy. On zwykłym sobą, zmienił moje poglądy. To pierwsze a co otworzył mi oczy. Nie raz znów to się powtórzyło. Zakochałam się w nim. Zostaliśmy parą. Zmieniłam się nie do poznania. Okiełznał mnie. Ale nadal lubię dobry fun, którego z moim Nialler'em nie brakuje. Kocham tego wariata nad życie. Warto balować, w końcu bez tego nie poznałabym Horan'ka. :)





Hejka! Oto taki sobie weselszy, jak na mnie, imagin ^^ Mam nadzieję, że się spodoba. Wybaczcie jakiekolwiek błędy, ale pisałam na fonie i mogą się jakieś wkraść.
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

I can't find this feeling 4

 Nie wiem co się ze mną stało, ale nagle w mych oczach pojawiły się łzy. Nie miałam zamiaru się z tym obnosić. Wybiegłam z budynku łapiąc swoją torebkę. Nie chciałam, aby ktokolwiek mnie widział. Coś okropnego. Usłyszałam kilka wołań, ale nie zwróciłam na nie uwagi. Jak najszybciej otarłam policzki i pomknęłam przed siebie, nie wiadomo gdzie. Niespodziewanie na tej samej części ciała ponownie znalazły się czyjeś dłonie. Po sprawdzeniu dowiedziałam się, iż to ta sama osoba. Nie wyglądał już tak "radośnie" jak w klubie. Wtem wiedziałam, że nie skończy się to dobrze. On był nieobliczalny...
***
-Zostaw mnie!-Znów zaczęłam się wyrywać. Trzymał mnie kurczowo przy sobie. Używał całej siły mnie ściskając. 
-O nie, skarbie.-Zaśmiał się szyderczo.-Myślałaś, że tak zwyczajnie ci odpuszczę?! Jesteś zwykłą suką, która już ma fagasa! I gdzie on jest? No gdzie?-Wręcz szydził ze mnie. Moje kruchutkie ciałko w tym przypadku nie pomagało. Nie miałam żadnej szansy na ucieczkę. Przestałam się wyrywać. Pozostało mi tylko ratować się drogą słowną. Alkohol aż z niego bił.
-Odwal się! Jesteś nachlany! Daj mi...-Darłam się mu w twarz. 
-Dawać to zaraz ty będziesz!-Przerwał mi. Bałam się go. Stać mogło się wszystko. Po jego bełkocie wiedziałam już co zamierza. Przerażało mnie to. Nie miałam szans...
*Oczami Zayn'a
Wybiegłem za Koni z lokalu, ale jej już nie było. Szukałem jej po całym mieście, ale Sydney jest wielkie. Po około dwóch godzinach zauważyłem ją przechadzającą się brzegiem morza. Podbiegłem tam jak najszybciej. Z bliska w blasku pełni księżyca spostrzegłem, że jej fryzura nie należy do idealnych, ramiączko od sukienki opadło,zaczerwienione ślady dłoni pokrywały jej odkryte ciało. Na nogach nie miała już trampek ani w dłoniach. Złapałem ją za ramię. Zatrzymała się.
-I tak zabrałeś mi sens życia i godność, poczucie własnej wartości. Czego jeszcze chcesz?-Drżącym głosem zapytała. Nie wiedziałem o czym mówi. Zwróciłem ją ku sobie. Obejmowała się rękoma i płakała. 
-Koni? Co się stało?-Zbliżyłem się do niej. Była zaskoczona. Otarła szybko poliki i odsunęła się.
-Nic, nic...-Kręciła głową i przykleiła na twarz sztuczny uśmiech. Nie ufałem jej.
-Przecież widzę, Koni...-Przytuliłem ją, co wyraźnie ją zaskoczyło.-Możesz mi zaufać, naprawdę.-Cofnąłem się nieco i pogładziłem jej polik. Przez moment szukała odpowiedzi w piasku pod naszymi stopami. Później przeniosła wzrok na moje oczy. Wyraźnie bała się swoich słów. Najgorsze migało mi przed oczyma. Rzeczywiście moje podejrzenia się sprawdziły. Kompletnie mnie to nie cieszyło.
-On...Mnie...Zgwałcił.-Wydukała robiąc spore przerwy pomiędzy wyrazami. Wpadła w histerię. Oparła się czołem o mój tors. Łkała. Nie wiedziałem co powiedzieć. Gładziłem jej plecy i głowę. Starałem się ją jakoś wesprzeć. Sam byłem zdruzgotany. Obwiniałem się w stu procentach. Gdybym tylko wiedział. Gdybym od razu ją znalazł. Przeszkodził. Pomógł. Zapobiegł. W tamtej chwili miałem ochotę zabić tego gnoja i załatwić siebie, że nie mogłem zareagować. Ale wiedziałem, że muszę zostać z małą. W pewnym sensie czułem się za nią odpowiedzialny. Serce mi się krajało widząc jak cierpi. Nie mogłem sobie wyobrazić jak bardzo ją skrzywdził, w sumie nawet nie chciałem. Na samą myśl co jej zrobił przechodził mnie dreszcz.  Zdawałem sobie sprawę, że to będzie dla niej rana na całe życie. To wszystko moja wina!-Karciłem się w myślach. Jej rozpacz nie ustawała. Nie dziwiłem się. Jak on mógł to zrobić?! Tak niewinnej i delikatnej osóbce. To było straszne, okropne. Obiecałem sobie coś-"Znajdę go i zemszczę się, choćby najbrutalniejszą karą."...





Hejka! Wiem, że krótki, mam nadzieję, że mimo to treściwy wystarczająco. Nie wiem, przez zakończenie "Girl on the show" nie mam weny. Wybaczcie jestem w rozsypce...
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

niedziela, 8 lutego 2015

I can't find this feeling 3 (Druga część rozdziału)

 Efekt końcowy wcale nie był najgorszy, ale nie do końca to był mój styl, dlatego dodałam coś swojego czyli trampki. Zadowolona Mulatka przyjrzała mi się i skomplementowała sama siebie, gdyż to "jej robota". Wyszłyśmy z łazienki i ukazałyśmy się chłopakom, którzy już umierali z nudów podczas oczekiwań. Zmierzyli nas wzrokiem i szczęki im opadły. Wręcz się ślinili, ale wydawało się, że bardziej na widok mojej towarzyszki niż mój. Jednakże Zayn wręcz pożerał mnie wzrokiem, może to dziwne, ale mało mi to odpowiadało. Nie wiem, po prostu czułam się niezręcznie.
-Wyglądacie...
-Wow.-Wypowiedź Liam'a dopełnił Hazz. Miałam wrażenie, że zapamiętam ten wieczór aż za dobrze...
***
Niall, Harry, Lou i Li, powiedzmy, zajęli się Alby i wyprowadzili ją z mieszkania nie zwracając na mnie większej uwagi. Zostałam w mieszkaniu sama z Malik'iem.
-Pięknie wyglądasz.-Uśmiechnął się lekko trzymając ręce w tylnych kieszeniach spodni i unosząc uroczo ramiona.
-Dziękuję. Ty także.-Spuściłam lekko głowę chowając rumieńce za włosami. Zbliżył się do mnie, a ja nadal kurcząc brodę przy klatce piersiowej patrzałam na niego.
-Ej, nie chowaj się.-Złapał mnie za podbródek i zmusił do prośby.-Nadal cudnie się rumienisz.-Nie wiedziałam jak się zachować. Ewidentnie mnie podrywał. Widziałam zadowolenie w jego ślepiach. Postanowiłam nie dawać mu się. Przecież nazywam się Koni Ani (wiem wymyślni są moi rodzice) Likety.
-A ty nadal jesteś bezczelny.-Poklepałam go po policzku i odwróciłam się na pięcie w kierunku drzwi. Złapał mnie za nadgarstek. Zerknęłam na niego.
-Jeszcze zmienisz zdanie. Pamiętaj "Od nienawiści po miłość".-Wyszczerzył swoje bieluśkie zęby. Uśmiechnęłam się wrednie i ponownie zmniejszyłam dystans pomiędzy nami do kilku centymetrów.
-Długo szukałeś tego lipnego cytatu w necie? Czyjego autorstwa, pozerze?-Jednakże moje przycinki wcale go nie obchodziły. Jakby żył we własnym wyimaginowanym świecie.
-Nie. Mojego, królewno.-Chociaż byłam na niego na max'a wściekła to coś w sercu mnie zakuło na słowo "królewna".
-Nie spodziewałam się, naprawdę. Nie wyglądasz na takiego co lubi myśleć.-Pogardziłam nim.
-Nie lubię.-Wzruszył ramionami. Przystawił usta do mojego ucha.-Ale o tobie uwielbiam.-Wyszeptał i wyminął mnie zgrabnie. Ciarki przeszły moje ciało. Niby miałam z nim wiele wspólnego, czego dowiedziałam się przy śniadaniu, ale chyba pomyliłam się co do niego. Rano wydawał mi się taki...Inny niż wieczorem. Dziwne, że znielubiłam go przez kilka godzin. Ciekawe. Wzięłam głęboki oddech i zamknęłam za sobą drzwi na klucz. Zayn podążał za grupą. Ja postanowiłam do niej dołączyć. Starałam się dobrze bawić, ale ON cały czas zaprzątał mi głowę z tym swoim "Cudnie się rumienisz", "Księżniczko" i "O tobie zawsze". Uważałam to za prostackie. W klubie kompletnie straciłam humor. Wszyscy zniknęli w tłumie./Zajęłam miejsce przy barze i zamówiłam drinka. Nagle na biodrach poczułam dłonie. Odwróciłam się.
-Mówiłam już, że masz się kurwa odwalić!-krzyknęłam na byłego.
-Ale skarbie...-Widocznie nie był trzeźwy.
-Daj mi spokój!-Wyrywałam się mu. Zaczął obłapiać mnie gdzie tylko się mu podobało. Narzucał mi się, to nie podlegało dyskusji.-Zostaw mnie!-Nikt nawet na to nie zareagował.
-No nie bądź taka, daj mi coś słodkiego.-Oblizał wargi obleśnie. Zboczeniec jeden.
-Odpieprz się!-Nie przestawałam protestować.
-Nie słyszałeś?-Nagle pojawił się Zen. Trochę pobił Drake'a i oddał w ręce ochroniarzy, którzy jakoś wcześniej nie byli mną zainteresowani. Czułam się, co może być dziwne, upokorzona. Mulat odwrócił się do mnie przodem i spojrzał z politowaniem.-Wszystko okej?-Troskliwie zapytał. Nie wiem co się ze mną stało, ale nagle w mych oczach pojawiły się łzy. Nie miałam zamiaru się z tym obnosić. Wybiegłam z budynku łapiąc swoją torebkę. Nie chciałam, aby ktokolwiek mnie widział. Coś okropnego. Usłyszałam kilka wołań, ale nie zwróciłam na nie uwagi. Jak najszybciej otarłam policzki i pomknęłam przed siebie, nie wiadomo gdzie. Niespodziewanie na tej samej części ciała ponownie znalazły się czyjeś dłonie. Po sprawdzeniu dowiedziałam się, iż to ta sama osoba. Nie wyglądał już tak "radośnie" jak w klubie. Wtem wiedziałam, że nie skończy się to dobrze. On był nieobliczalny...







Hejka! Druga część :) Mam nadzieję, że się spodoba :3
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

I can't find this feeling 3 (POŁOWA ROZDZIAŁU)

 Czułam się jakbym  przed kimś się chowała, no w sumie tak było.
-Koni?-Dobiegł do mnie głos chłopaka. Zacisnęłam powieki oraz zęby w geście poniesienia porażki. Na pięcie obróciłam się w jego stronę.
-Tak?-Jęknęłam.
-Powaga, nic się nie stało.-Uśmiechnął się.-Jest okej.-Puścił mi oczko.-Jak chcesz, możesz nawet to jeszcze powtórzyć.-Zaśmiał się. Wtem się ocknęłam.
-Wolę nie.-Zachichotałam. Ulżyło mi.
-No dobra, no to ja będę próbował.-Wzruszył figlarnie ramionami oraz brwiami jednocześnie.
-Nie ma mowy Malik!-Wystawiłam język za wierzch.
-Zobaczymy.-Rozbawiony parsknął.-A raczej ja zobaczę.-Jego rechot nabierał na sile.
-Zobaczysz, ale jak to jest dostać w ryj od laski.-Zgasiłam go. Przestał się brechać.
-Widzę, że mamy ostry języczek.-Zbliżył się do mnie znacznie. Musiałam zadzierać głowę, aby spojrzeć mu w oczy. Cholera, wysoki.-Pomyślałam.
-Widzę, że nie znosimy przegrywać gierek słownych.-Skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej.
-Jesteś urocza kiedy się rumienisz, wiesz?-Po dłuższej chwil milczenia z lekkim uśmieszkiem powiedział i musnął mój polik. Wyszedł z mieszkania pozostawiając mnie osłupiałą w korytarzu...
***
Stałam osłupiała tak jeszcze chwilę.
-Koni, coś nie tak?-Nagle pojawiła się Alby.
-Nie, nie. Wszystko okej.-Skłamałam i wycofałam się do łazienki. Weszłam do kabiny. Ciepła woda rozluźniła moje mięśnie. Cały czas myślałam o Malik'u. Dziwne uczucie. Wysuszyłam ciało i włosy, które wyprostowałam i pozostawiłam rozpuszczone. Szybko wykonałam wszystkie czynności poranne i odziałam się. Wyszłam z pomieszczenia i skierowałam się do siebie. Zabrałam potrzebne mi do rzeczy.Tamtego dnia miałam zmianę popołudniową. Pożegnałam przyjaciółkę, która miała akurat wolne i ruszyłam. Cieszyłam się piękną pogodą jaka panowała  w Sydney. Kochałam to miasto, naprawdę piękne. Właśnie przemierzałam promenadę kiedy zauważyłam tego pajaca kroczącego ku mnie.
-Czego chcesz?-Pretensjonalnie zapytałam gdy stanął mi na drodze.
-Proszę cię. Nie możesz mnie tak zostawić. Brakuje mi ciebie.-Robił maślane oczy.
-A mi ciebie nie. Chyba mało cię to obchodziło kiedy pieprzyłeś inną.-Parsknęłam i trąciłam go ramieniem odchodząc. Dalej już nie słuchałam jego zawodów, bla bla bla. Same powtórzenia, które nic dla mnie nie znaczyły tak samo jak on. Trafiłam do sklepu sportowego gdzie sprzedawałam deski surfingowe, piłki, buty, pianki do pływania i inne sprzęty. Niestety bądź stety przypadała mi rola kierownika. Grafiki, rządy i inne zadania ciążyły na mych barkach. Niekoniecznie mi to się podobało. Przywitałam swoich "podwładnych" i przebrałam się w uniform. Zajęłam się pracą. Oczywiście wykonywałam stałe czynności. Około godziny 20.00 zamykałam kasę z moją koleżanką. Po skończeniu roboty udałam się do Starbucks'a. Kupiłam swoją ulubioną kawę na wynos i wzięłam jedną dla Al. Wróciłam do domu. Już na klatce schodowej usłyszałam głosy chłopaków, westchnęłam tylko. Oznaczało to, iż nie zapomnieli o "naszym wyjściu" do klubu. Jak najciszej zamknęłam za sobą drzwi z nadzieją otrzymania więcej czasu na odpoczynek. No niestety od razu wyskoczył na mnie Niall.
-Hej! Alby jest w klopie i się pindrzy, idź też.-Wręcz wepchnął mnie do toalety.
-Mi też miło cię widzieć.-Zaśmiałam się.
-Hej.-Przywitała mnie kumpela poprawiając rzęsy. Wyglądała niesamowicie. Wiedziałam, że jak na mnie spojrzy to nie ominie mnie ta jej 'transformacja'. Nie myliłam się.-Boże! Chyba przyda ci się nieco mojej ręki, bo wiem jak skończysz od własnej.-I się zaczęło!-pomyślałam. Oczywiście kąpiel, układanie włosów, makijaż, ubieranie, czesanie itd. mnie nie ominęło. Efekt końcowy wcale nie był najgorszy, ale nie do końca to był mój styl, dlatego dodałam coś swojego czyli trampki. Zadowolona Mulatka przyjrzała mi się i skomplementowała sama siebie, gdyż to "jej robota". Wyszłyśmy z łazienki i ukazałyśmy się chłopakom, którzy już umierali z nudów podczas oczekiwań. Zmierzyli nas wzrokiem i szczęki im opadły. Wręcz się ślinili, ale wydawało się, że bardziej na widok mojej towarzyszki niż mój. Jednakże Zayn wręcz pożerał mnie wzrokiem, może to dziwne, ale mało mi to odpowiadało. Nie wiem, po prostu czułam się niezręcznie.
-Wyglądacie...
-Wow.-Wypowiedź Liam'a dopełnił Hazz. Miałam wrażenie, że zapamiętam ten wieczór aż za dobrze...









Hejka! To połówka rozdziału, bo nie zdążę więcej przed wyjściem. DokończĘ później :)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*

sobota, 7 lutego 2015

Little Sweet Angel 37

-Calum!-Rzuciłam się przyjacielowi na szyję. Tęskniłam za tym wariatem.
-Hej mała-Ucieszył się obracając mnie.
-Co ty tu robisz?-Stanęłam uradowana na nogi.
-Wpadłem zobaczyć moją małą Michi.-Odsunął się lekko i zlustrował mnie od góry do dołu i z powrotem.
-Yhym...-Ktoś odchrząknął zza bruneta. Wyjrzałam przez ramie przyjaciela. Moim ślepiom ukazał się Michael.
-M!-Kolejny w kolejce do uścisków.
-M!-Zaśmiał się mój ukochany wariat.
-Też tu jestem!-O swojej obecności dał znak Ashton.
-Ash...-Już nie miałam siły się drzeć. Ten dzień był już chory od zbliżeń. Mi to jednak nie przeszkadzało...
***
-Boże, ale się zmieniłaś.-Stwierdzili wspólnie.
-No chyba nie tylko ja.-Wystawiłam język.
-O już cię otoczyli.-Zaśmiał się Luke wchodzący do środka w towarzystwie Harry'ego. Chyba już widział się z chłopakami, bo nie witali się.
-No.-Wtuliłam się w swojego chłopaka.
-Już lżej?-Szepnął mi na ucho.
-Tak. Zdecydowanie.-Równie cicho odpowiedziałam.
-To co? Jemy?-Jak zwykle pierwszy wyskoczył mój brat.
-Tak głodomorze.-Zachichotałam i wróciłam do warzyw. W tamtej chwili dołączyła moja rodzicielka.
-O! Cześć chłopcy!-Przywitała zespół.
-Dobry Pani Robinson!-Chórem odrzekli.
-Jak tam idzie?-Zaczęła mi pomagać.
-Dobrze. Zaraz wstawimy do pieca. Okej?-Przytaknęła mi. Po kilkudziesięciu minutach całą ekipą spożywaliśmy danie. Jak na złość nie miałam ochoty, właściwie organizm odmawiał. Ale jakoś wcisnęłam. Coś jednak nie grało. Hazz naprawdę był spięty. Nie wiedziałam o co chodzi. Czekałam tylko na jakiś znak albo...No cokolwiek. Nic. Więc gestem jakiego zawsze używałam z Lu, zaciągnęłam go do kuchni.
-Co tam?-zapytał opierając się o blat.
-Czemu Harreh zachowuje się tak, dziwnie?-Skrzywił się.
-Skąd mogę wiedzieć. Nawet tego nie ogarnąłem.-Stwierdził.
-Myślisz, że za bardzo go nastraszył?-Natychmiast wiedział o kim mowa.
-Nie, żeby aż tak. Nie rób z ojca potwora.-Podrapał się po karku.
-Nie wiem. Martwię się.-Westchnęłam.
-Oj, mała.-Objął mnie.-Na pewno wszystko gra. To spoko gościu, serio. Może spokojnie być moim szwagrem.-Puścił mi oczko. Zaśmiałam się głośno.
-Ta.-Przytaknęłam.-Dobra, nieważne. Pogadam z nim.-Wróciliśmy do towarzystwa. Po kolacji dziadkowie i rodzice poszli spać. No cóż, tak jest z ludźmi w tym wieku. Zostaliśmy sami w szóstkę. Utworzyliśmy kółko siedząc na podłodze w salonie. Gadaliśmy o wszystkim i niczym. Postanowiliśmy zagrać w butelkę na "prawda czy wyzwanie". Oczywiście głupie zadania nas nie omijały. Ogółem dobrze się bawiłam, ale nadal myślałam o lokatym. Kiedy już leżeliśmy wykąpani i czyściutcy obok siebie w łóżku "uderzyłam".
-Kochanie, mogę cię o coś zapytać?-Zbliżyłam się jeszcze bardziej niż mnie "miał".
-Oczywiście.-Zgodził się.
-Dlaczego jesteś taki zmartwiony, nieobecny? Coś się stało?-Zapadła długa chwila milczenia. Jego puls drastycznie wzrósł. Zaczęłam obawiać się odpowiedzi.










Hejka! Nareszcie coś ciekawszego ;) Mam nadzieję, że nie zawiodę tym rozdziałem :)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*