Właśnie siedziałam przy stole popijając kolejną filiżankę herbaty, gdy zjawiła się Mich. Jej śliczne włosy jakby straciły połysk. Związane były w niedbały kok, który rozpadał się z każdej strony. Na jej drobnym ciałku widniała obszerna biała bluzka w poziome granatowe paski. Nogi bliźniaczki przysłaniały lekko krótkie spodenki pod kolor pasów top'u. Stopy pokrywały papucie za kostkę. Blask w jej oczętach rozmył się już dawno. Uśmiechu nie wywołałoby u niej nic. Smutek bił z niej na kilometr. Niemrawo zbliżyła się do mnie.
-Czegoś ci trzeba skarbie?-zapytałam tuląc ją w pozycji stojącej, jaką zdążyłam przyjąć wcześniej.
-Nie...-Pokiwała głową przecząco.-Nie wiem...-poprawiła się.-Chyba...-dodała.-Tak...-W końcu się zdecydowała.-Jego...-jęknęła mętnie. Nie płakała. Widocznie brakowało już jej łez.-Mogę prosić wodę?-Bezradnie odezwała się.
-Tak. Tak.-Pospiesznie nalałam H2O do szklaki. Podałam Michell naczynie.
-Dziękuję. Idę do pokoju.-oznajmiła nawet na mnie nie zerkając. Nie dała mi szansy na jakąkolwiek odpowiedź. Owszem, znałam ją całe życie, ale nigdy, przenigdy nie widziałem jej w takim stanie...
***
*Dzień wylotu do Paryża, 9.00 rano. Oczami Michell
Absolutnie nie miałam ochoty wyjeżdżać. Jednak taka praca. Nadal byłam wrakiem. Ledwo żyłam. Tyle łez wylałam. Stałam na lotnisku z całą grupą innych modelek. Odeszłam na chwilę od nich, aby pożegnać swoich przyjaciół oraz rodzinę. Brakowało tylko czterech osób-Harold'a, Lou, El oraz Emily. Mała poważnie zachorowała. Ponoć z każdym dniem czuła się coraz gorzej. Martwiłam się bardzo o jej los. Niestety już nie mogłam jej odwiedzić. Starałam się nie myśleć o wszystkim co złe. Próbowałam szukać pozytywów, ale to trudne jeżeli ma się na głowie tyle niedobrego.
-Michi, kochanie. Trzymaj się tam. Bądź dzielna.-Przytulając mnie poleciła Perrie.
-Postaram się.-westchnęłam. Wycałowałam resztę. Szczególnie trudne było rozstanie z rodzeństwem, gdyż to oni trwali przy mnie na zmianę przez ostatnie doby.-Do zobaczenia.-Pomachałam im i zniknęłam za drzwiami do samolotu. Szczęście, że Cin leciała ze mną. Przynajmniej ktoś kto wie o wszystkim Lot dłużył się w nieskończoność. Chciałam już tam dotrzeć, zająć się pracą i może choć na sekundę zapomnieć o załamaniu. Nareszcie znaleźliśmy się we Francji. Rozpakowałam się w swoim pokoju hotelowym. Nie cieszyły mnie zachwycające widoki ani luksusowy hotel, gdyż myśli nadal pochłaniała mi sytuacja z lokatym. Mieliśmy dzień dla siebie. Wszyscy prócz mnie oraz Cindy wyszli na miasto. Przekonywałam przyjaciółkę, by dołączyła do reszty. Była nieugięta. Rozsiadłam się z ciemnoskórą na balonie. Szczerze, nawet nie zauważyłam cudownej Wieży Eiffla, która tak naprawdę znajdowała się tuż naprzeciw. Brunetka nadawała bez przerwy, ja udawałam, że jej słucham. Tak. To niegrzeczne, lecz nie byłam w stanie zachowywać się inaczej. I tak szczęście od Boga, że wyczerpały mi się siły na płacz i histerię. Nie jestem w stanie zapomnieć.
-...Michell!-Wyrwała mnie z zamyślenia. Smutno zerknęłam na dziewczynę. Wszystko co szczęśliwe i tak już zgasło w moich źrenicach.
-Tak?-niemrawo odezwałam się.
-Kochanie, ty w ogóle mnie nie słuchasz.-stwierdziła. Ponownie spuściłam spojrzenie.
-Wiem. Przepraszam.-Głośno i ciężko wypuściłam powietrze z płuc. Czułam jakby ogromny głaz przygniatał moje serce. To nie do opisania jak krwawiłam w bezradności.
-Miśka. Nie możesz aż tak się zadręczać.-Złapała mnie na udo nachylając się lekko, aby do niego dosięgnąć. Zdecydowanie unikałam kontaktu wzrokowego. Zamilkła na kilkanaście sekund. Chyba układała coś w głowie.-Mała, czy ty go kochasz?-zapytała czule.
-Tak.-wyszeptałam z cierpieniem w głosie, potwierdzając fakt dodatkowo ruchem głowy. Łzy zbierały się w moich ślepiach, lecz nie znajdowały ujścia. Jeszcze mocniej pokuliłam nogi do klatki piersiowej obejmując je kurczowo rękami. Zapewne wyglądałam jak chora psychicznie. Taka skulona, trzęsąca się, bez kontaktu z rzeczywistością, wiecznie przygnębiona.
-Zależy ci na nim?-Z marszu zadała kolejne pytanie. Przełknęłam głośno ślinę.
-Najbardziej na świecie.-odrzekłam równie cicho co ostatnio. Mój puls automatycznie przyspieszył. Zdecydowanie pewność w tych sprawach nie stanowiła rzeczy omylnej.
-Ufasz mu?-Wciąż kontynuowała coś na wzór wywiadu.
-Jak nikomu innemu.-Bez zawahania odpowiedziałam.
-Wiesz, że to tej jedyny?-Nie przestawała.
-Nic innego nie jest dla mnie równie oczywiste.-Ściszenie mruknęłam.
-Sama widzisz. Jesteście dla siebie stworzeni. Słońce, on był piany. Nie miał pojęcia co robił...-Cin jako kolejna miała zamiar mi to tłumaczyć. Wiele osób już próbowało: Luke, Tat, Nialler oraz reszta. Jednak ja na temat procentu w jego krwi miałam inne zdanie.
-Może i nachlał się. Ale ponoć w takim stanie wszystko co tak naprawdę w nas siedzi wychodzi na wierzch. Wszystko to czego boimy się wyznać na trzeźwo. Być może, to prawda, tego się najbardziej boję.-Słone krople spokojnie opuściły swoje ramy, a ja nieskutecznie próbowałam je zatrzymać.
-Tego nie wiem, kwiatuszku. Wiem tylko, że Harry...-Ciepły dreszcz przeszedł całe moje ciało na jego imię.-...Żałuje tego jak niczego innego. Gdybyś tylko zobaczyła jak zmarniał bez ciebie. W jakim stanie był już pierwszego dnia. W źrenicach Harold'a płonęła rozpacz, ból, poczucie winy, samotność, wołanie o pomoc i przede wszystkim miłość. Bądź pewna, że nim kierują takie same, a może i silniejsze uczucia względem ciebie, niż twoje do niego.-Głaskała mnie po głowie. Posyłała mi wpierające spojrzenie, do tego masowała moje plecy jedną ręką w geście otuchy.-Jesteście parą idealną. Jesteście dla siebie stworzeni.-Oparłam głowę na jej piersiach.-Na sto procent wszystko będzie dobrze.-Ucałowała czubek mojej głowy. Jej przemowy zawsze potrafiły zmotywować i podnieść na duchu. Cindy miała prawdziwy dar, jeżeli chodzi o to. Jednak mimo tych miłych, pocieszających słów, coś wciąż mnie dręczyło.
-Tyle tylko, że ja się boję...Obawiam się, że przez moją pracę zbyt wiele tracimy...Hazz traci. Chyba ma rację. Zdecydowanie robota mnie pochłonęła. Kocham go nad życie, jak nikogo innego, jestem w stanie poświęcić dla niego ten zawód. Tu nie chodzi o to, że mi to wyznał.-dukałam drżącym głosem.-Bardziej o to, że zawsze czułam, że jest dla mnie a dobry. Prześladuje mnie przekonanie, iż nie zasługuję na takiego chłopaka. To strasznie podcina mi skrzydła. Nie mam tego czegoś. Jestem zwykła, nic we mnie fajnego. Za to H stanowi ideał. To łazi za mną od dawna. Teraz doszło jeszcze to co wykrzyczał mi w twarz. Nie dość, że poczułam się jak z Rich'em, to jeszcze bardziej zaczęłam wierzyć w swoją beznadziejność w porównaniu do zielonookiego. Wydaje mi się, że nasz związek nie jest fair. Że ograniczam Harry'ego...-Krztusiłam się rykiem. Wyrzucenie z siebie tego wszystkiego zdecydowanie jawiło się w ogromnym trudzie.-Te słowa...Złamały mi serce. Potwierdził to, że umiem tylko zawodzić. Wiedziałam o tym, ale starałam się wyprzeć tą informację. Kiedy zaś to usłyszałam...Doszło to do mnie na poważnie i poraniło całą mnie od środka.-Wpadłam w dziką histerię. Wydałam z siebie rzeczy, które skrywałam bardzo długo. Przyjaciółka nie mogła mnie uspokoić. Nieco mi ulżyło. Jednak ten kamień nadal się trzymał.
-To wina Richard'a...-odezwała się po wielu chwilach milczenia podczas mojego lamentu.
-Słucham?-jęknęłam zrozpaczona...

Cześć wam! Oto rozdział #58 :D Szczerze, jestem średnio zadowolona. Na tak: długość, na nie: treść. Nie do końca udało mi się osiągnąć cel. No nic :/ Mimo to, mam nadzieję, że nie jest zły. No to w końcu wiemy co tak dręczyło Michell. Zaskoczeni? Co myślicie o ciągu dalszym? Czekam na wasze opinie ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*
Absolutnie nie miałam ochoty wyjeżdżać. Jednak taka praca. Nadal byłam wrakiem. Ledwo żyłam. Tyle łez wylałam. Stałam na lotnisku z całą grupą innych modelek. Odeszłam na chwilę od nich, aby pożegnać swoich przyjaciół oraz rodzinę. Brakowało tylko czterech osób-Harold'a, Lou, El oraz Emily. Mała poważnie zachorowała. Ponoć z każdym dniem czuła się coraz gorzej. Martwiłam się bardzo o jej los. Niestety już nie mogłam jej odwiedzić. Starałam się nie myśleć o wszystkim co złe. Próbowałam szukać pozytywów, ale to trudne jeżeli ma się na głowie tyle niedobrego.
-Michi, kochanie. Trzymaj się tam. Bądź dzielna.-Przytulając mnie poleciła Perrie.
-Postaram się.-westchnęłam. Wycałowałam resztę. Szczególnie trudne było rozstanie z rodzeństwem, gdyż to oni trwali przy mnie na zmianę przez ostatnie doby.-Do zobaczenia.-Pomachałam im i zniknęłam za drzwiami do samolotu. Szczęście, że Cin leciała ze mną. Przynajmniej ktoś kto wie o wszystkim Lot dłużył się w nieskończoność. Chciałam już tam dotrzeć, zająć się pracą i może choć na sekundę zapomnieć o załamaniu. Nareszcie znaleźliśmy się we Francji. Rozpakowałam się w swoim pokoju hotelowym. Nie cieszyły mnie zachwycające widoki ani luksusowy hotel, gdyż myśli nadal pochłaniała mi sytuacja z lokatym. Mieliśmy dzień dla siebie. Wszyscy prócz mnie oraz Cindy wyszli na miasto. Przekonywałam przyjaciółkę, by dołączyła do reszty. Była nieugięta. Rozsiadłam się z ciemnoskórą na balonie. Szczerze, nawet nie zauważyłam cudownej Wieży Eiffla, która tak naprawdę znajdowała się tuż naprzeciw. Brunetka nadawała bez przerwy, ja udawałam, że jej słucham. Tak. To niegrzeczne, lecz nie byłam w stanie zachowywać się inaczej. I tak szczęście od Boga, że wyczerpały mi się siły na płacz i histerię. Nie jestem w stanie zapomnieć.
-...Michell!-Wyrwała mnie z zamyślenia. Smutno zerknęłam na dziewczynę. Wszystko co szczęśliwe i tak już zgasło w moich źrenicach.
-Tak?-niemrawo odezwałam się.
-Kochanie, ty w ogóle mnie nie słuchasz.-stwierdziła. Ponownie spuściłam spojrzenie.
-Wiem. Przepraszam.-Głośno i ciężko wypuściłam powietrze z płuc. Czułam jakby ogromny głaz przygniatał moje serce. To nie do opisania jak krwawiłam w bezradności.
-Miśka. Nie możesz aż tak się zadręczać.-Złapała mnie na udo nachylając się lekko, aby do niego dosięgnąć. Zdecydowanie unikałam kontaktu wzrokowego. Zamilkła na kilkanaście sekund. Chyba układała coś w głowie.-Mała, czy ty go kochasz?-zapytała czule.
-Tak.-wyszeptałam z cierpieniem w głosie, potwierdzając fakt dodatkowo ruchem głowy. Łzy zbierały się w moich ślepiach, lecz nie znajdowały ujścia. Jeszcze mocniej pokuliłam nogi do klatki piersiowej obejmując je kurczowo rękami. Zapewne wyglądałam jak chora psychicznie. Taka skulona, trzęsąca się, bez kontaktu z rzeczywistością, wiecznie przygnębiona.
-Zależy ci na nim?-Z marszu zadała kolejne pytanie. Przełknęłam głośno ślinę.
-Najbardziej na świecie.-odrzekłam równie cicho co ostatnio. Mój puls automatycznie przyspieszył. Zdecydowanie pewność w tych sprawach nie stanowiła rzeczy omylnej.
-Ufasz mu?-Wciąż kontynuowała coś na wzór wywiadu.
-Jak nikomu innemu.-Bez zawahania odpowiedziałam.
-Wiesz, że to tej jedyny?-Nie przestawała.
-Nic innego nie jest dla mnie równie oczywiste.-Ściszenie mruknęłam.
-Sama widzisz. Jesteście dla siebie stworzeni. Słońce, on był piany. Nie miał pojęcia co robił...-Cin jako kolejna miała zamiar mi to tłumaczyć. Wiele osób już próbowało: Luke, Tat, Nialler oraz reszta. Jednak ja na temat procentu w jego krwi miałam inne zdanie.
-Może i nachlał się. Ale ponoć w takim stanie wszystko co tak naprawdę w nas siedzi wychodzi na wierzch. Wszystko to czego boimy się wyznać na trzeźwo. Być może, to prawda, tego się najbardziej boję.-Słone krople spokojnie opuściły swoje ramy, a ja nieskutecznie próbowałam je zatrzymać.
-Tego nie wiem, kwiatuszku. Wiem tylko, że Harry...-Ciepły dreszcz przeszedł całe moje ciało na jego imię.-...Żałuje tego jak niczego innego. Gdybyś tylko zobaczyła jak zmarniał bez ciebie. W jakim stanie był już pierwszego dnia. W źrenicach Harold'a płonęła rozpacz, ból, poczucie winy, samotność, wołanie o pomoc i przede wszystkim miłość. Bądź pewna, że nim kierują takie same, a może i silniejsze uczucia względem ciebie, niż twoje do niego.-Głaskała mnie po głowie. Posyłała mi wpierające spojrzenie, do tego masowała moje plecy jedną ręką w geście otuchy.-Jesteście parą idealną. Jesteście dla siebie stworzeni.-Oparłam głowę na jej piersiach.-Na sto procent wszystko będzie dobrze.-Ucałowała czubek mojej głowy. Jej przemowy zawsze potrafiły zmotywować i podnieść na duchu. Cindy miała prawdziwy dar, jeżeli chodzi o to. Jednak mimo tych miłych, pocieszających słów, coś wciąż mnie dręczyło.
-Tyle tylko, że ja się boję...Obawiam się, że przez moją pracę zbyt wiele tracimy...Hazz traci. Chyba ma rację. Zdecydowanie robota mnie pochłonęła. Kocham go nad życie, jak nikogo innego, jestem w stanie poświęcić dla niego ten zawód. Tu nie chodzi o to, że mi to wyznał.-dukałam drżącym głosem.-Bardziej o to, że zawsze czułam, że jest dla mnie a dobry. Prześladuje mnie przekonanie, iż nie zasługuję na takiego chłopaka. To strasznie podcina mi skrzydła. Nie mam tego czegoś. Jestem zwykła, nic we mnie fajnego. Za to H stanowi ideał. To łazi za mną od dawna. Teraz doszło jeszcze to co wykrzyczał mi w twarz. Nie dość, że poczułam się jak z Rich'em, to jeszcze bardziej zaczęłam wierzyć w swoją beznadziejność w porównaniu do zielonookiego. Wydaje mi się, że nasz związek nie jest fair. Że ograniczam Harry'ego...-Krztusiłam się rykiem. Wyrzucenie z siebie tego wszystkiego zdecydowanie jawiło się w ogromnym trudzie.-Te słowa...Złamały mi serce. Potwierdził to, że umiem tylko zawodzić. Wiedziałam o tym, ale starałam się wyprzeć tą informację. Kiedy zaś to usłyszałam...Doszło to do mnie na poważnie i poraniło całą mnie od środka.-Wpadłam w dziką histerię. Wydałam z siebie rzeczy, które skrywałam bardzo długo. Przyjaciółka nie mogła mnie uspokoić. Nieco mi ulżyło. Jednak ten kamień nadal się trzymał.
-To wina Richard'a...-odezwała się po wielu chwilach milczenia podczas mojego lamentu.
-Słucham?-jęknęłam zrozpaczona...

Cześć wam! Oto rozdział #58 :D Szczerze, jestem średnio zadowolona. Na tak: długość, na nie: treść. Nie do końca udało mi się osiągnąć cel. No nic :/ Mimo to, mam nadzieję, że nie jest zły. No to w końcu wiemy co tak dręczyło Michell. Zaskoczeni? Co myślicie o ciągu dalszym? Czekam na wasze opinie ;)
Pozdrawiam JEDNOKIERUNKOWYCH :*
O rany...
OdpowiedzUsuńAle się porobiło!
Ona musi mu w końcu wybaczyć!
Super rozdział
Czekam na next
Trochę ;o
UsuńMusi ;)
Dziękuję <3 Bardzo się cieszę ^^
Całuski :))
Niedługo :3